A czy Ty jesteś bezpieczny po trzęsieniu ziemi w Nepalu?

Dopóki nie skorzystałem z internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.

Stanisław Lem

Nie wiem, czy macie znajomych poza granicami kraju. Czy wiecie, jak to jest usłyszeć wiadomość o katastrofie, która rozegrała się w miejscu, w jakim pozostają. Ja wiem. I każdemu z Was, kto oznaczył się jako „bezpieczny podczas trzęsienia ziemi w Nepalu”, najchętniej strzeliłabym w twarz.

Wiem, że Facebook pełni rolę zabawki. Że wszyscy wchodzą do niego jak do lunaparku i ubaw mają z tego po pachy. Ale często to także najważniejsze, jeśli nie jedyne źródło informacji o drugim człowieku. To podstawowy dziś kanał komunikacyjny, czy tego chcemy, czy nie. Kiedy ostatnio napisałeś list do swojego przyjaciela? Kiedy pofatygowałeś się, żeby wysłać mu choćby maila? Kiedy zadzwoniłeś pytając, co słychać?

Po co, no nie? O wiele łatwiej jest wysłać głupią nakleję na fejsie. Wymienić się linkami, streścić w kilku emotikonach swój aktualny nastrój i dzień. I serio, mnie nic do tego. Sama korzystam z Facebooka, bo jest najzwyczajniej w świecie wygodny.

Problem w tym, że Facebook postanowił być też przydatny. Wprowadził raporty o bezpieczeństwie, których obsługa jest prosta jak budowa cepa. Pozwala na szybkie wyszukanie znajomych, znajdujących się w zagrożonym obszarze – jeżeli wiemy, że są bezpieczni, możemy sami ich oznaczyć, aby uspokoić innych. Pomyślisz – super sprawa, ale ludzie Ci udowodnią, że nie.

A dlaczego nie? Bo zatarły im się granice tego, co jest fajne, a co nie. Bo siedzą sobie przed swoim kupionym za pieniądze matki komputerem w domu w Bydgoszczy albo innym równie atrakcyjnym polskim mieście, i oznaczają się, rozbawieni do łez, że są bezpieczni w czasie trzęsienia ziemi w Nepalu. To ja od siebie powiem im, że jeszcze bezpieczniej czuliby się w obitym gąbkami pokoju bez klamek, bo tam właśnie jest miejsce idiotów.

Tak, mam dwoje znajomych w Nepalu. Są to osoby na tyle dla mnie ważne, że pierwsze, co zrobiłam po usłyszeniu informacji o tym fatalnym trzęsieniu, to było wejście na ich profile na fejsie i zobaczenie, czy dali znać. Prosty odruch – jak Ci zależy, to musisz to wiedzieć. I tak, to dzięki Facebookowi wiem, że są dzisiaj bezpieczne. Bezpieczne pośród dwóch tysięcy zabitych i tysięcy rannych. Pośród zburzonych budynków, walających się po drogach drzew i szpitali tak przepełnionych, że nie są w stanie przyjmować kolejnych rannych.

Nie wiem, jakim trzeba być człowiekiem, żeby w obliczu takiej tragedii stroić sobie żarty. Żeby siedząc w swoim ciepłym, zawszonym domu szydzić z tych, którzy stracili właśnie wszystko. Jak można przeglądać w internecie zdjęcia rozczłonkowanych ciał, płaczących ludzi, matek, które straciły dzieci i dzieci, które straciły domy. Pytam się, kim trzeba być, żeby nie wcisnąć w swojej tępej głowie hamulca, który powiedziałby „stop”.

Technologia dała nam siłę, o jakiej nasi dziadkowie mogli pomarzyć. Ginęli na wojnie, bez możliwości pożegnania się z tymi, których zostawili w domach. Może byłby dla nich ratunek. Może dałoby się przyjść im z pomocą, gdyby sygnał przyszedł od nich na czas. Ale byli bez szans – bez telefonów komórkowych, bez komputerów, bez nadajników GPS, bez całego tego komunikacyjnego dobrodziejstwa, które nam pozwala dzisiaj na więcej. Dzięki któremu możemy poinformować bliskich, że jesteśmy w niebezpieczeństwie.

Pomyślicie: wow, zrobiliśmy milowy krok w przód. To ja Wam powiem, że nie. Cofnęliśmy się do etapu małpy, która dostaje narzędzia, ale nie potrafi z nich skorzystać. Cofnęliśmy się do poziomu jej emocjonalności, empatii, wyczucia. Ba, czasem mam wrażenie, że najgłupsze zwierzę jest w stanie odczuwać dzisiaj więcej od niejednego człowieka.

Więc na zakończenie bajka. Może ją słyszeliście, a może nie. To jedna z historii Ezopa, która miała uczyć innych życiowej mądrości. Opowiada o chłopcu, który pasał owce. Był do tego zgrywusem, więc lubił straszyć wszystkich krzycząc, że nadchodzą wilki. Wpadał do wioski i darł się wniebogłosy, mobilizując wszystkich do walki. Kiedy widział uzbrojonych mężczyzn, składał się w pół ze śmiechu. Do czasu, bo pewnego dnia wilki przyszły naprawdę. Chłopiec jak zwykle wbiegł do swojej wioski i – tym razem autentycznie już przerażony – błagał wszystkich o pomoc. Ale nikt mu nie uwierzył, więc wilki zjadły mu owce.

I z tą historią zostawiam Was w ten smutny dla ludzkości dzień.