100 powodów, by kochać Ryana Goslinga

Na zdj. kadr z filmu „Kocha, lubi, szanuje”, reż. Glenn Ficarra i John Requa

Bez względu na to, czy od lat chorujesz już na goslingozę, czy dopiero ostatnio zapadłaś na tę cudowną przypadłość, mam szczerą nadzieję, że 100 powodów, by kochać Ryana Goslinga okaże się nieocenioną pomocą w twoim trapionym obsesją życiu. Książka może być również wykorzystywana jako materiał źródłowy, pozwalający dokładnie ocenić, jak bardzo wszyscy inni faceci nie dorastają do pięt Jego Goslingości. (Oraz tak, będą w niej zdjęcia klaty Ryana.)

Joanna Benecke, „100 powodów by kochać Ryana Goslinga”

Jeżeli nie zemdliło Was po przeczytaniu tego przydługiego wstępu, spieszę podawać kolejne kwiatki. W ramach wyjaśnień powiem tylko, że z braku większych upokorzeń pasjonuję się czytaniem kiepskiej literatury, czego najlepiej dowodziło już omówienie debiutu pisarskiego Sashy Grey. Dziś przyszedł czas na kolejną pozycję – dlatego przed Wami kilka słów na temat książki o znamiennym (i gardzącym zasadami interpunkcji) tytule „100 powodów by kochać Ryana Goslinga”.

Gotowych sięgnąć po samodzielną lekturę ostrzegam, że książka zaczyna się nawet fatalnie. Otóż w ramach wstępu otrzymujemy, co następuje: Witajcie, drodzy Gosliniarze i Gosliniarki! Cieszę się, że traktujecie swoją Ryligię poważnie. Z jakimikolwiek Ryanowskimi potrzebami przybywacie, zostaną one tu zaspokojone. Znajdziecie tu zrozumienie. Znajdziecie strawę dla złaknionej duszy.

Czy tylko mnie brzmi to jak połączenie świadka Jehowy z Magdą Gessler? Albo jak zwiastun filmu o obcej cywilizacji? Naprawdę, wiele jestem w stanie zrozumieć – sama wzdycham na widok Goslinga, ale żadna szara komórka mi nie umiera od tego. Tu z kolei dostajemy zwroty typu „Gosliniarze” czy „Ryligia”, a każda kobieta, grająca kiedykolwiek w filmie czy – co gorsza – będąca w związku z Goslingiem określana jest jako „ta #farciarskasuka”. Serio – hasztagiem. Serio – jako farciarska suka. Za to nie podaje się ludzi do sądu?

Hasztagów mamy tu zresztą więcej, jak np. padające ni z tego ni z owego #SorkiNaChwileBoZanadtoSieSlinie. Z ciekawości sprawdziłam zdjęcia autorki i na pewno nie ma już 15 lat, na co wskazywać mógłby ten mało wyszukany poziom komunikacji.

Ryan GoslingBa, w książce padają też komentarze typu „fiuu”, „mniam mniam” czy „miodzio”. Poza tym czytamy, że „Ryan to prawdziwy towar”, każda z nas „chce, aby jak najszybciej zapłodnił on jej jajeczka”, no i oczywiście „wszystkie chciałybyśmy zobaczyć jego czarodziejską różdżkę”. Osobiście zamiast tego wolałabym zobaczyć tutaj czyjś wynik testu IQ.

Równie irytujące są zwroty do samego Ryana, jakby nie miał on w życiu bardziej żenujących zajęć niż czytanie wypocin na własny temat. Przykład? „Przyjmij to na klatę: jesteśmy Slaves 4 U”.

Książka z założenia miała być zbiorem ciekawostek na temat Goslinga i jako taka sprawdziłaby się pewnie świetnie. Niestety, zamiast tego dostajemy zbiór wyjętych z czapy i ubranych w fatalne zdania westchnień autorki, którą emocjonuje w nim totalnie wszystko, zaczynając od odsłanianego raz po raz torsu, a kończąc na zamiłowaniu do włóczkowych swetrów. Najtrudniej wybaczyć jej jednak infantylne, momentami żenujące wręcz komentarze. Przykład? Punkt o psie Goslinga, bo przecież Gosling kocha zwierzaki:

Związek Ryana i Georga to więź doskonałej miłości i zaufania, zbudowana najwyraźniej w celu roztapiania kobiecego serca w ciepłą kałużę feromonów i syropu klonowego. Jeśli o mnie chodzi, z przyjemnością byłabym suczką Ryana.

Znowu jedyne, o co mam ochotę zapytać, to: babo, ile Ty masz lat? Ewentualnie: godność zostawiłaś dzisiaj w łazience?

Co więcej, przekonywani o wspaniałości Goslinga jesteśmy argumentami tak smutnymi, że mam wrażenie, że niejedna panda umarłaby od tego. Jak choćby wtedy, kiedy autorka przekonuje nas, że nawet jego byłe nadal go kochają. Skąd wniosek? Bo przecież w wywiadach nie pada ani jedno złe słówko o RyRy’u, najdrobniejsze napomknięcie, że zostawia otwartą klapę sedesu, pierdzi w łóżku albo poświęca za dużo czasu na żelowanie włosów czy nacieranie piersi oliwką. To kolejny wyraźny dowód na genetycznie uwarunkowaną wyższość Ryana nad resztą męskiej rasy.

Autorka sili się więc na dowcip, ale ani śmieszne to, ani żadne. Poczucie humoru raczej toporne, tytułowe powody niekiedy absurdalne i choć wiem, że książka nastawiona była na łatwy zysk, to dziwię się, że ktokolwiek zechciał się pod nią podpisać. Tym bardziej, że widać, że do szczęśliwej setki autorka dobijała na siłę. Chcecie dowodów? Bardzo proszę. Oto 10 przypadkowo wybranych powodów, by – zdaniem autorki – kochać Ryana Goslinga:

1. Zabiera ze sobą mamę na premiery.

2. Z nim polityka jest gorąca na ekranie.

3. Z nim polityka jest gorąca poza ekranem.

4. Z nim polityka jest gorąca na styku ekranu i życia.

5. Ma małe, słodziutkie uszka.

6. Nie jest mormonem.

7. Jak bum cyk-cyk nigdy nie spodziewał się zostać symbolem seksu.

8. Lubi robić na drutach.

9. Wiadomo, że dmie w konchę.

10. Latem funduje swojemu psu irokeza.

Na koniec spieszę pocieszyć, że to nie jest tak, że ta książka jest TAK CAŁKIEM zła. Jej największym atutem jest fakt, że jest krótka – mieści się do torebki, waży niewiele, a jednak na tyle dużo, że idzie ubić nią muchę. Do tego to całkiem okazały zbiór zdjęć Goslinga, więc jeśli zapomnicie zapłacić rachunki za internet, to ślinić do niego możecie się tutaj. Byle umiarkowanie, bo – jak czytamy na okładce – „kartki nie są ślinoodporne, więc trzeba uważać z lizaniem”.

(Kurtyna, dziękuję, haft.)