Oswajam własną przestrzeń. Metr po metrze

Dom to oglądanie księżyca wschodzącego nad szałwią i towarzystwo kogoś, kogo można przywołać do okna, żebyście obejrzeli to razem.

Stephen King, „Dallas ’63”


Zanim trafiłam tu, gdzie dzisiaj jestem, mieszkałam w dziesięciu różnych miejscach. Łącznie – w trzech różnych miastach, oddalonych od siebie nawet o 500 kilometrów. Czy moje obecne mieszkanie jest tym ostatnim? Nie wiem. Wiem, że wreszcie trafiłam gdzieś, gdzie czuję się w stu procentach dobrze. I że to mieszkanie też będzie już moje na dłużej niż zwykle. Może z sentymentu, a może z lenistwa. A już na pewno z kredytu na trzydzieści lat. Tylko wiecie, że nie sztuką jest przeprowadzić się do nowego miejsca, prawda?

Prawdziwą sztuką jest jego oswajanie.


KIEDY TWOJE MIESZKANIE PRZESTAJE BYĆ TWOJE

Kiedy szukaliśmy z Pawłem mieszkania, byłam już w widocznej ciąży. Poprzednie, z oszałamiającym metrażem w postaci 37 metrów, ledwo mieściło nas dwoje – co oznacza, że kompletnie nie sprawdziłoby się przy dziecku. Mieliśmy więc konkretny powód, aby szybko coś znaleźć. Czy mieliśmy na to czas i ochotę? Przyznaję szczerze, że średnio. Zobaczyliśmy zaledwie kilka mieszkań, ale w tym, w którym dzisiaj jesteśmy, totalnie się zakochaliśmy. To znaczy: ja się zakochałam. Paweł w końcu też je zaakceptował.

Na początku wydawało się idealne. Pięknie, fajnie urządzone, nowe i w naprawdę dobrym guście. Ale wystarczyło kilka miesięcy, żebym zaczęła się wiercić. Żebym zrozumiała, że to wszystko nie moje i poczuła się jak krasnoludki z bajki o królewnie Śnieżce, wołające: ktoś jadł z mojej miseczki! Ktoś pił z mojego kubeczka! Ktoś spał w moim łóżeczku! Wymieniliśmy oczywiście naczynia, kupiliśmy nowe pościele i część dodatków, ale szybko przyszedł czas na większe zmiany. Najpierw łóżko okazało się za niskie i za twarde, a ściany w pokoju Stasia – zbyt ciemne i szare. I choć uporaliśmy się już z dwoma remontami, to ratunku potrzebowało jeszcze jedno miejsce – nasz wymarzony taras (nie mieliśmy takiego nigdy wcześniej), o którym można było powiedzieć naprawdę dużo, tylko nie to, że jest choćby znośny.

Dlaczego? Bo ktoś położył na nim brzydkie, szare płytki – chyba najtańsze z możliwych. Do tego zamontował je tak, że chybotały się pod stopami. A jakby tego było mało, to były jeszcze oszpecone plamami po wielkich, drewnianych donicach z na wpół żywymi krzewami. Rdza, brud, zalegające miesiącami płatki kwiatów – wszystko to sprawiło, że na posadzkę na nasz wymarzony taras aż żal było patrzeć. A przecież mieliśmy takie plany – miał być piękny komplet wypoczynkowy i wieczory z książką. Duży stół, który pomieściłby kubki z kawą dla wszystkich naszych przyjaciół i miejsce do zabawy dla Stasia, gdzie mieliśmy rozłożyć jego pierwszy w życiu hamak. Miały być też koce na chłodniejsze wieczory i oświetlające półmrok lampiony. Tymczasem przyszedł październik i wszystko wskazywało na to, że nasz piękny plan weźmie w łeb. Aż nagle… wystarczyły dwa dni, żeby nasz taras przeszedł metamorfozę na miarę Chodakowskiej.


JAK BYŁO?


CO SIĘ ZMIENIŁO?

Wszystko! A raczej: wszystko, co najważniejsze. Czyli podłoga. Okropne płytki schowaliśmy pod najpiękniejszymi na świecie deskami, wykonanymi z Thermo Jesionu Amerykańskiego. Co to oznacza w praktyce? Nie tylko najwyższą klasę drewna, ale i naprawdę wymarzoną przestrzeń. Mieszkamy na typowym, warszawskim osiedlu, gdzie królują bloki z widokiem na bloki. Namiastka natury w takim miejscu to coś, o czym wcześniej mogłam tylko marzyć. Jasne, że próbowaliśmy ją tu wcześniej przemycić, ale ograniczało się to do podlewania naszych wątpliwej urody krzaków. A teraz? Teraz jest tu pięknie.

Ktoś zapyta: po co nam to na zimę? Przede wszystkim po to, że w nowy sezon chcemy wejść już gotowi. Nie szukać wtedy firm, nie wybierać desek, nie zwalniać się z pracy, żeby doglądać remontu. Chcieliśmy skorzystać z tych ostatnich dni, kiedy jeszcze jest w miarę ciepło, a wiosną wziąć się od razu za urządzanie. Poza tym jestem z gatunku tych ludzi, którzy kochają całoroczne tarasowanie. Jeśli mogę wyjść z kubkiem gorącej kawy na balkon choćby i przy minus 20 stopniach, macie pewność, że w pierwszy wolny poranek to zrobię. Bo z przyjemnościami – ani tymi małymi, ani większymi – naprawdę nie warto czekać na wiosnę.

Po drugie, wybraliśmy deski, odporne na działanie czynników atmosferycznych. Wiatr, śnieg, ulewy i minusowe temperatury naprawdę nie są nam teraz straszne. Co więcej, thermo drewno jest też odporne na działanie szkodników, grzybów, pleśni i chyba jedyne, co mogłoby mu zaszkodzić, to piła mechaniczna albo meteoryt.

jesion amerykański


CZY UKŁADANIE DESEK BYŁO UCIĄŻLIWE?

Wcale! Najpierw myślałam, że wpadnie nam tu ekipa z kilofami i skuje płytki, przyprawiając sąsiadów o zawał serca, a nas – o kilogramy gruzu. Ale nic w tym stylu! Zamiast tego zdecydowaliśmy się na płytki drewniane w systemie QuickDeck, które są montowane na specjalnych podstawach z wytrzymałego tworzywa sztucznego z zaczepami. Co to znaczy? Że nie zrywa się starej powierzchni, niczego nie skuwa i nie wywozi taczkami. Zamiast tego – układa płytki jak puzzle! Albo na starych płytkach, albo na kostce brukowej, albo na wylewce – co tam już kto ma. Wystarczyły dwa dni i dwóch monterów i było po wszystkim.

No i na koniec hit – jeśli ktoś myśli, że taki taras nie wytrzyma zimy, to – uwaga – wytrzyma przynamniej 25 zim. Bo tak się składa, że thermo jesion amerykański charakteryzuje się pierwszą klasą odporności na biodegradację, oznaczającą właśnie żywotność 25+. A do tego to jedyne deski tarasowe na rynku z 15-letnią gwarancją. A to już chyba dla każdego brzmi przekonująco.

Thermo drewno ma zresztą masę innych zalet. Po pierwsze, ma niepowtarzalny kolor. Po drugie, jest przyjazne dla środowiska. Po trzecie, jest świetne dla alergików. Po czwarte, jego stabilność jest największa ze wszystkich rodzajów drewna – ba, jest nawet większa od plastiku, metalu czy betonu. A po piąte – nie wymaga impregnacji.

Jak to możliwe? Ano tak, że deski Thermory są modyfikowane termicznie i tak, jak wspominałam wcześniej, żadne czynniki zewnętrzne nie są dla nich groźne. Po prostu montuje się je na tarasie i nie robi się z nimi absolutnie nic przez wiele kolejnych lat. My akurat nasze zaimpregnowaliśmy, ale z powodów czysto estetycznych. Olejowanie pełni tu bowiem funkcję dekoracyjną, zabezpieczając kolor drewna, jaki został uzyskany podczas thermo modyfikacji, przed promieniami UV. Co by się stało, gdybyśmy darowali sobie impregnację? Po prostu nasza deska z upływem czasu zmieniłaby kolor z brązu na platynową szarość. Ale nie straciłaby nic a nic ze stabilności czy wytrzymałości.

THERMORY THERMO JESION

THERMORY THERMO JESION

Thermory QuickDeck


RADOŚĆ RAZY STO!

No i na koniec najważniejsze. Kto nam to robił? Podwarszawska firma Komplex Market, która jest wyłącznym dystrybutorem marki Thermory w Polsce. A czemu akurat ta marka? Bo lepszego producenta thermo drewna próżno chyba szukać. A my wychodzimy z założenia, że takie rzeczy jak taras, robi się jeśli nie na całe życie, to na naprawdę wiele lat. Nie chcemy wracać do problemu za dwa sezony ani nawet za pięć. Zależało nam na tarasie, który nie straci nic ze swojego uroku i nie będzie odstraszał gości i domowników tak, jak tamte feralne płytki. Bo to naprawdę kiepskie uczucie, kiedy taki taras wieńczy Wasze wymarzone i ciężko wypracowane mieszkanie.

Nie wiem zresztą, jaki Wy macie do tarasów stosunek, ale dla mnie to naturalne przedłużenie domu. Miejsce, w którym mogę pooddychać świeżym powietrzem, nie przekraczając jego progu. No i sporo dodatkowych metrów do życia, co jest nie bez znaczenia, gdy się mieszka w bloku.

Czy jest się czym zachwycać? Ja się cieszę jak dziecko. I czuję, że tworzę sobie dom – metr po metrze.

Wpis powstał we współpracy z firmą Komplex Market

Zdjęcia po metamorfozie: Agnieszka Wanat

Instagram