Zamknij oczy i myśl o Anglii


Zimowa wyprzedaż w Zalando! Rabaty do -70%


Znacie tytułową radę? Jeśli wierzyć historii, udzielić jej miała królowa Wiktoria swojej własnej córce. I to w jakim momencie – tuż przed jej nocą poślubną! Przekaz był więc prosty: zrób to, chociaż wcale nie chcesz. Nie analizuj, nie rozpaczaj, nie próbuj protestować – po prostu zrób to, w imię celu wyższego niż Twoja własna przyjemność.

I chociaż powiedzenie to stało się niechlubną wizytówką epoki wiktoriańskiej i powinno zdezaktualizować się razem z końcem XIX wieku, to nietrudno odnieść wrażenie, że ciągle jednak jest żywe. Wciąż zdarza nam się myśleć o seksie jako o czymś dziwnym, wstydliwym. Nie rozmawiamy o tym, a jeśli już – to przy winie, w gronie najbliższych tylko przyjaciółek.

Nie zapomnę, jak w redakcji w poprzedniej pracy padło pytanie, która z dziewczyn wypowie się na temat erotycznych zabawek i zgodzi się tę wypowiedź podpisać swoim imieniem i nazwiskiem. Jeden z kolegów rzucił wtedy rezolutnie: dajcie spokój, nikt Wam nic takiego nie powie, lepiej od razu kogoś sobie zmyślić.

I pal licho, jak świadczy to o kondycji współczesnego dziennikarstwa. Ale jak świadczy to o mentalności nas, kobiet? I o tym, jak jesteśmy postrzegane przez mężczyzn?

Nigdy nie zapomnę też afery, jaką zrobiła jedna z moich najbliższych przyjaciółek, kiedy nakryła chłopaka swojej siostry na przeczesywaniu stron porno. Oburzeniu nie było końca: a że to zdrada, a że nie wypada, a że obrzydliwe i jak tak w ogóle w cywilizowanym świecie można. I kiedy tak rozpaczała i rozpaczała, jej siostra, mimowolnie tracąc powagę, wybuchnęła w końcu gromkim śmiechem. Bo oni generalnie to porno to we dwoje też oglądali, a jako gadżet erotyczny kupili sobie nawet na Allegro przezroczysty strój płetwonurka. Nie pytajcie, po co, jak i ja nie pytałam.

Seks jest dla ludzi. Niezależnie od tego, czy uprawiasz go w parze czy w pojedynkę

Nie znam pytania, ale na pewno seks jest odpowiedzią – powiedział kiedyś Woody Allen i powinniśmy sobie wziąć te słowa do serca. Seks to nie tylko kilka ruchów i orgazm. To przede wszystkim sposób na zrelaksowanie się, odprężenie, rozładowanie napięcia. To gwarancja osiągnięcia maksymalnej bliskości, a przez to fantastyczne przeżycie na poziomie fizycznym i emocjonalnym. To w końcu konkretny zastrzyk endorfin, które poprawiają humor lepiej od komiksów z Kaczorem Donaldem oraz maratonu z Sheldonem Cooperem. To po prostu trzeba przeżyć i chcieć przeżywać później jak najczęściej.

Tymczasem od zarania dziejów wmawia się ludziom, że seks jest zły. Zwłaszcza ten, nieprowadzący do prokreacji, czy – co gorsza – w pojedynkę. Historia zna przypadki, kiedy chłopcom przed snem zakładano na genitalia skórzane pasy bądź metalowe obręcze, żeby czasem się TAM nie dotykali. Ba, pod koniec wspomnianej już epoki wiktoriańskiej postanowiono skorzystać z dostępnych zdobyczy techniki i podłączać nieszczęśników do urządzenia, które w razie erekcji… raziło ich prądem. A przecież znów ma się ochotę zacytować Allena i jego słynne: Nie krytykuj masturbacji! To seks z kimś, kogo się kocha!

Ale to wszystko i tak pikuś w porównaniu do tego, co urządzano kobietom. Podczas gdy panowie mogli zażywać publicznie nagich kąpieli, uprawiać seks z kim i jak popadło, a nawet… fotografować małe dziewczynki (i tu wybaczcie, jeśli zburzę Wasz świat, ale takie właśnie hobby miał autor „Alicji w krainie czarów”), kobietom nie wolno było zdjąć w towarzystwie choćby rękawiczki. Wmawiano im, że od chodzenia z odsłoniętymi włosami wyłysieją, od pocałunków nabawią się opryszczki, a od wypatrywania kolejnych amantów – wytrzeszczu.

Nie lepiej podchodzono też do tematu kobiecego orgazmu – uważany był bowiem za symptom chorobowy, a jego brak – za skuteczny środek antykoncepcyjny. Dlatego wmawiano kobietom, że jak już dochodzi w ich życiu do seksu, to konieczne jest, aby nie odczuwały z niego żadnej przyjemności. Ot, miały leżeć na plecach i patrzeć w sufit. Nie brzmi to jak noc życia, nawet w najszczęśliwszym małżeństwie, prawda?

Jeśli uważasz, że seks nie jest ważny, to znaczy, że masz słaby seks

O dziwo, od tamtej pory minęły setki lat, a ja i dziś znam kobiety, które robią to samo – zamykają oczy i myślą – jeśli nie o Anglii – to o minionym dniu, nowej sukience, liście zakupów, planach na obiad. Które pospieszają swoich partnerów, kochają się od niechcenia, lojalnie uprzedzają ich o braku własnej satysfakcji bądź udają przez długie lata coraz to wymyślniejsze orgazmy. I które – zapytane o to, jak im się żyje – całkiem serio zdają się odpowiadać, że dobrze.

A ja się pytam: jak? Jak życie może upłynąć Ci bez orgazmu? Jak można regularnie decydować się na seks, który nie przynosi przyjemności? Jak patrzeć w oczy człowiekowi, który mimo setek odhaczonych nocy ani razu nie dał Ci choćby minimum satysfakcji? Za tym musi stać albo wielka, ślepa miłość, albo cholerna głupota. I od razu przypomina mi się Carrie Bradshaw z „Seksu w wielkim mieście” i jedna z jej najsmutniejszych randek: Tej nocy kochaliśmy się jak w szkole średniej, to znaczy on nie wiedział, co robi, a ja się nie odzywałam. I pomyśleć, że ktoś na własne życzenie może chcieć dla siebie takiego życia codziennie.

Oczywiście, nad wszystkim można pracować. Można nauczyć się najpierw obsługi własnego ciała, samodzielnego osiągania orgazmów. Woody Allen powiedział kiedyś, że seks jest jak gra w brydża: jeżeli nie masz dobrego partnera, to musisz mieć przynajmniej dobrą rękę. I nie ma w tym absolutnie nic złego! Masturbacja to świetna droga do poznania tego, co sprawia nam największą przyjemność – a później subtelnie i finezyjnie (lub przeciwnie, wprost i łopatologicznie!) przekazania tego naszemu partnerowi. Trochę na zasadzie drogowskazu, a trochę koła ratunkowego, które ma pomóc nam w ocaleniu jakości naszego własnego życia.

Kolejne koła to gadżety i porno. Pierwsze w bardzo konkretny, fizyczny sposób podkręcają napięcie i pozwalają osiągnąć przyjemność, jakiej nie sposób było doświadczyć wcześniej z samym partnerem. Drugie świetnie nakręcają i podpowiadają konfiguracje, których może sami z siebie wstydzilibyście się spróbować.

I nie mówię, że od razu musicie skuwać się kajdankami i znać na wyrywki RedTube’a, ale czasem zdrowo jest wrzucić na luz i trochę tę atmosferę podkręcić. Bez poczucia wstydu czy zażenowania, bo seks jest przecież dla ludzi. W przeciwnym razie iskrę pożądania zmienicie szybko w niewypał tudzież ciepło domowego ogniska. A jedno i drugie brzmi równie atrakcyjnie, jak wizja wykucia tabliczki mnożenia po czesku.

Od strażaka po nauczyciela tenisa. Poznajcie chłopaków ze Smile Makers

Czemu mówię Wam o tym właśnie dzisiaj? Bo nadarzyła się świetna okazja. Odezwała się do mnie marka Smile Makers, której nazwa zdradza właściwie już wszystko. Stoją za nimi wysokiej jakości produkty, przeznaczone wyłącznie dla kobiet i skutecznie poprawiające im nastrój. I dziś skupimy się na ich masażerach, realizujących zasadę 3F: Feminine, Friendly & Fun. Co to oznacza w praktyce? Że produkty Smile Makers są kobiece, przyjazne i zabawne. A ja bym dodała jeszcze, że bajecznie ładne! Zapomnijcie więc o wulgarnych wibratorach, których nie chce się nawet ściągać z sex-shopowej półki. I poznajcie tę czwórkę o wymownych nazwach: The Fireman, The Frenchman, The Tennis Coach i The Millionaire.

sm

Sama przygarnęłam strażaka i przyznaję szczerze, że nawet Apple mogłoby się uczyć od nich designu. Jest pastelowo, subtelnie i pięknie, bez kiczowatych kolorów ani brzydkich wypustek. Do tego wszystkie masażery zostały wykonane z najlepszego silikonu, jaki jest dostępny na rynku. W praktyce oznacza to, że gwarantują Ci nie tylko maksymalnie przyjemne doznania, ale i komfort oraz bezpieczeństwo użytkowania. Nie znajdziesz tu żadnych szkodliwych substancji, wszystko ma współgrać z Twoim ciałem i przynosić Ci czystą satysfakcję. A jeśli cenisz sobie dyskrecję, to kolejna dobra wiadomość jest taka, że Smile Makers są najpewniej najcichszymi osobistymi masażerami na świecie. Do tego są łatwe w czyszczeniu i całkowicie wodoodporne, dzięki czemu można używać ich w wannie bądź pod prysznicem.

Co więcej, stoi za nimi marka z naprawdę sensownymi zasadami – tworzący ją ludzie chcą sprawić, żeby seksualność przestała być tematem tabu, a kobiety mogły swobodnie o niej rozmawiać i czuć się przy tym wspaniale. I ja mocno im w tym kibicuję – zwłaszcza, gdy słyszę, że w XXI wieku do niektórych wciąż „przyjeżdża ciotka”, robią ze swoim facetem „to” albo mają jakieś problemy „tam na dole”. Że tak pozwolę sobie zacytować klasyka – tam na dole, to ja mam stopy.


Masażery możecie kupić pod tym linkiem. Z kolei więcej zdjęć znajdziecie na Instagramie marki.
Bawcie się dobrze! 


fot. lucky1984/fotolia.com
grupa na fb fajne dziewczyny
ikona zapisu do newslettera

Instagram