Jak być kobietą i nie zwariować? Historia pewnej znajomości

Chyba każda z nas chciałaby, żeby jej życie choć trochę przypominało dobry program rozrywkowy. A to marzą nam się kreacje jak w „Żonach Hollywood”, a to talent kulinarny na miarę „MasterChefa”, a to chociaż nogi długie jak z finału „Top Model”. Tymczasem moje życie bardziej przypomina zwyczajne losowanie Lotto – oto codziennie staję przed szafą pełną ubrań, a w momencie uchylenia drzwi następuje bezlitosne zwolnienie blokady. Niestety, zamiast 49 szczęśliwych liczb, wysypuje się na mnie cała tona bardziej lub mniej potrzebnych ubrań. I wtedy rozpoczyna się losowanie. Co prawda nie sposób tak wygrać ani miliona, ale przy umiejętnym wyciągnięciu pasujących do siebie elementów można chociaż jak milion dolarów wyglądać. Jedyny minus polega na tym, że – podobnie jak w programie – tak i tutaj komora maszyny losującej regularnie okazuje się pusta. I wtedy następuje ten wielki dzień, kiedy czas wreszcie… zrobić pranie.

Nie wiem, jak Wy, ale ja z perfekcyjną panią domu mam tyle wspólnego, co polskie lato z latem na Jamajce. Dlatego też potrzebuję, żeby mi to domowe życie maksymalnie ułatwiać. Jak czajnik – to elektryczny, jak kuchenka – to taka, która nie parzy. I taka też marzyła mi się pralka – niezagrażająca mojemu życiu, a przy okazji znająca się na praniu lepiej ode mnie. Dlatego zapiszczałam z radości, kiedy odezwała się do mnie Amica. Układ był prosty – ja piszę, czego od pralki wymagam, a oni dobierają pode mnie swój konkretny model. Po czym testujemy się i piszemy, jak było.

Wymagania miałam jasno sprecyzowane – pracuję z domu, więc pralka musi być cicha. Mam dużo delikatnych ubrań, więc potrzebuję dla nich specjalnych programów oraz miłego traktowania. Do tego uważam, że wygląd ma znaczenie – dlatego pralka miała być nie tylko wydajna, ale i… ładna. A gdyby do tego okazała się jeszcze w miarę energooszczędna, to już w ogóle byłby czad. I tak w moje ręce wpadł model EMAWP8143LSLDW. A ja, absolutnie nim zachwycona, zrozumiałam wreszcie, dlaczego dotąd zdarzało mi się nienawidzić mojej własnej pralki.

_mg_7177-2


Też chcecie wiedzieć? To łapcie pięć najważniejszych powodów:

1. Nawet kombajn w żniwa pracowałby ciszej

Jako dziecko wsi i PGR-ów, wychowane w latach 90., doskonale pamiętam dni, kiedy kombajny wyruszały w pole ze swoich ogromnych garaży. Szersze niż niejedna droga, groźne, głośne – można było straszyć nimi dzieci przed snem. I już, już kiedy myślałam, że to wspomnienie na dobre będę mogła wykreślić ze swojej przyszłości, kiedy tylko przeprowadziłam się do wielkiego miasta, na mojej drodze stanął on – kombajn nr 2, może trochę mniejszy, ale równie donośny. Nie pamiętam, ile ta pralka miała lat, ale pamiętam, że była głośniejsza od sąsiada zza ściany. A jako fan muzyki disco, puszczanej bez czasowych i decybelowych ograniczeń, także zaszedł mi wówczas za skórę.

Czego mnie to nauczyło? Żeby przy wyborze pralki patrzeć nie tylko na podstawowe funkcje, bezpośrednio związane z praniem, ale i na sposób tego prania – jeśli o moich planach na sobotni poranek z powodu hałasu dowiaduje się cała kamienica, to coś jest jednak nie tak. A wystarczyło jak w kombajnie, patrzeć w pralkach na silnik. Tutaj mamy wersję Logic Drive, która nie dość, że jest cichsza od każdego kombajnu, to daje przy sobie nawet spać, czytać i pisać. Z pralką w końcu jak z kotem – grunt, aby wzajemnie nie wchodzić sobie w drogę.

_mg_7222


2. Moja pralka sama wychodziła z łazienki

Czyli lepiej niż z psem, bo w końcu pies sam się nie wyprowadzi na spacer. A moja pralka tak. Śmiejcie się, ale kiedy człowiek zaprasza do siebie gości, a nagle na korytarz wychyla się róg niezbyt modnej już pralki, to jednak robi nam się wstyd. Z kolei siłowanie się z nielekkim przecież sprzętem do łatwych zadań nie należy – zwłaszcza, jeśli ma się wzrost krasnala ogrodowego oraz muskuły jak u pięciolatka. Poza tym, ile razy można pokazywać komuś jego miejsce? Rozumiem, że słuchać nie chce mnie mój własny facet, ale jednak człowiekowi robi się smutno, kiedy nie słuchają go nawet sprzęty domowe. Kto wie, może moja stara pralka miała marzenie, żeby być statkiem? Jedno i drugie potrzebowało przecież kotwicy i jedno i drugie działa w oparciu o wodę.

Od razu przyznaję, że i ja nie byłam tutaj bez winy – podobnie jak i w kuchni, wszystkiego dodawałam na oko. Na oko proszku, na oko płynu do płukania. Na oko też prania, bo to człowiek wie, kiedy jest w sam raz? Nie muszę chyba mówić, że nie do końca było to efektywne. Dlatego teraz mam pralkę, która myśli za mnie. Dzięki funkcji Aqua Ball effect środki piorące zostają wykorzystane w 100 procentach, a moja pralka ma opcję automatycznego sterowania praniem. I całe szczęście, bo mnie w temacie sterowania bliżej jednak do majtka, niż do kapitana. No i wreszcie nie ma mowy o trzęsieniu, przesuwaniu czy innych gwałtownych ruchach – na tej pralce da się zrobić makijaż, w tym arcydokładną kreskę!

_mg_701148


3. Zanim skończyła pranie, Egipcjanie zdążyli postawić kolejne piramidy

Ja wiem, że cierpliwość jest cnotą, ale nie, kiedy się mieszka w Warszawie, zawsze wszędzie spieszy, a do tego żyje na 37 metrach. Tu wszystko musi chodzić jak w zegarku i być lepiej zorganizowane, niż Sheldon Cooper w sklepie z komiksami. Ile razy było tak, że już, już miałam wychodzić, ale moja pralka nie kończyła prania, „bo nie”. A tu się zawiesiła w połowie, a tu nie odwirowała, a tu zapomniała, że gdyby ludzie nie potrzebowali sprawnych i dobrze działających sprzętów, to nadal praliby w rzece. Efekt? Odjeżdżające beze mnie autobusy, przesuwane spotkania i padające na całą klatkę słowa, które nie przystoją damie.

Dopiero ostatnie tygodnie pokazały, że życie tak wyglądać nie musi. Moja nowa Amica nie tylko pierze tyle, ile obiecuje i nie wywija po drodze żadnych niespodzianek, ale ma też dwie cudowne funkcje. Pierwsza to program Skróć czas, który pozwala zminimalizować zużycie prądu i wody oraz – jak sama nazwa wskazuje – skraca czas prania, a do tego robi to bez utraty jakości. Druga z funkcji to opóźnienie startu nawet do 24 godzin. Czyli mogę sobie wybrać, kiedy pralka ma się włączyć – na przykład wtedy, kiedy ja wchodzę do kina. A kiedy z niego wracam, świeże pranie już czeka. I wtedy wystarczy rzucić monetą o to, kto je teraz rozwiesi.

_mg_7169


4. W moje nowe, piękne swetry mogły wchodzić już tylko noworodki

Ok, nigdy nie byłam mistrzynią prania – ale też nie kupuję swetrów z kaszmirów, żeby o pięć rozmiarów zbiegały się w pralce. Mimo ustawienia najbadziej delikatnego prania ręcznego. Dlatego kiedy przyszła kolejna jesień i kolejne pranie, które uszczupliło moją garderobę o dopiero co zakupione swetry, powiedziałam: dość. Jeżeli na metce jest wyraźny komunikat, że sweter się do takiego prania nadaje, to chyba nie mojej pralce oceniać, że rozstrzygniemy to jednak inaczej? Co innego samemu zaliczyć wtopę – jak choćby wtedy, kiedy do całej gromady białych skarpet niechcący wrzuciłam nowy, granatowy podkoszulek i w efekcie każda wyciągana z bębna rzecz miała kolor smerfowo-niebieski. A co innego ustawić wszystko tak, jak się powinno, po czym zobaczyć swój ukochany, kupiony za ostatnie pieniądze sweter w rozmiarze XXXS.

Teraz do tego typu prania mam program Wełna, który – jak sama nazwa wskazuje – został opracowany z myślą o tym konkretnym materiale. Delikatne ruchy bębna i automatycznie zmniejszona prędkość wirowania chronią produkty z wełny, a potwierdzeniem skuteczności jest tutaj certyfikat Apparel Care Licensee. W praktyce oznacza to, że pralka wie, jak traktować nawet najbardziej wymagające tkaniny, dzięki czemu po każdym praniu wciąż wyglądają tak samo – ani rękawy nie naciągają się tak, że mogłabym zamiatać nimi ulice, ani talia nie zwęża tak, że po założeniu czuję się jak po zjedzeniu przynajmniej dwudziestu burgerów. Swetry są dokładnie takie, jak były, a ja nie łamię sobie palców u stóp, dając pralce kolejnego kopa.

_mg_7307


5. Zagładzała mi świnki-skarbonki, bo wszystko szło na rachunki

Nie, żebym była wielką fanką świnek-skarbonek. Ale wszystkim, jakie do tej pory miałam, nieustannie burczało w brzuchu – i bynajmniej nie dlatego, że nie wiedziałam, do czego służą. Po prostu mała wypłata w połączeniu z dużymi rachunkami pozostawała mnie co miesiąc w stanie opłakanym. Dopiero poźniej nauczyłam się zwracać uwagę na takie rzeczy, jak żarówki energooszczędne, promocje w marketach czy prosty zwyczaj niełączenia odkręconego na maksa grzejnika z uchylonym jednocześnie oknem. Także sprzęty czas było wymienić wreszcie na nowe – piorąca ponad godzinę pralka to żadna oszczędność – ani czasu, ani tym bardziej energii.

Dlatego nową pralkę kocham za możliwość wyboru ulubionego programu, którym ostatnio ciągle jest Pranie krótkie. 15 minut i 30 stopni wystarczy, aby ubrania cudownie odświeżyć – a przecież nie każda bluzka czy sukienka, jakie wrzucam do bębna, od razu biły się z błotem. A dzięki temu, że trafił mi się model energooszczędny, mogę zyskać nawet do 75 darmowych prań rocznie. Więc skoro na praniu brudnych pieniędzy się dotąd nie dorobiłam, to przynajmniej zaoszczędzę na praniu brudnych skarpet. Bo kto mi z taką pralką zabroni!

_mg_7088-2

Podsumowując – z nową Amicą można konie kraść. To też bym Wam pokazała, ale nie mieliśmy akurat pod ręką żadnego wolnego konia ;)

Instagram