Alfabet udanego związku. U jak uczciwość


Zimowa wyprzedaż w Zalando! Rabaty do -70%


Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto.

Władysław Bartoszewski


Znajoma opowiedziała mi kiedyś historię mężczyzny, który na potrzeby niniejszego wpisu niechże ma na imię – powiedzmy – Czarek. Czarek nie był już najmłodszy, bo dawno skończył 40 lat i zaliczał się w poczet tzw. starych kawalerów. Czy – mówiąc bardziej współczesnym językiem – był po prostu singlem. Niekoniecznie z własnego wyboru. Czarek owszem, spotykał się za młodu z różnymi kobietami, ale żadna nie okazała się wystarczająco dobra… dla jego matki. Jedna była za brzydka, druga za gruba, trzecia za biedna, czwarta po rozwodzie, a o piątej mówili, że się głupio puszcza. I ja już nawet nie wnikam w to, jak to jest puszczać się mądrze, ani nawet w to, że puszcza to się latawce na wietrze, ale stan rzeczy był prosty: Czarek po tych wszystkich nieudanych wyborach postanowił, że na złość matce będzie teraz sam.

Tak minął mu rok, drugi, później dziesięć, a później piętnaście. W końcu Czarek stwierdził, że samotność na starość jest jednak mało atrakcyjną opcją – zwłaszcza, że matka znacznie podupadła na zdrowiu i wymagała naprawdę sporej opieki, a tu synowa na horyzoncie wciąż nie pokazała się żadna. Czarek postanowił więc znaleźć sobie kobietę, która nie tylko byłaby dla niego partnerką do życia, ale też – patrząc na to z czysto praktycznego punktu widzenia – wsparciem. I co? I znalazł! Może nie od razu, może nie najmłodszą, może nie najpiękniejszą. Ale wystarczającą. To znaczy taką, z którą może by się i związał, ALE.

Otóż musicie wiedzieć, że Czarek na początku znajomości wpadł na pomysł, że trochę tej – dajmy na to – Izie – nazmyśla. Nie był co prawda na liście najbogatszych we wsi (nie byłby na niej pewnie nawet dziesiąty), ale jakiś tam biznes miał. Dom miał duży, choć od dawna nieremontowany, ziemi wcale, oszczędności wcale, ale w swoim osobistym mniemaniu był łupem na tyle atrakcyjnym, że jeszcze któraś by się połakomiła i wyłącznie dla tej kasy wzięła go sobie dla męża.

TYM RAZEM KOPCIUSZEK NIE ZOSTAWIŁ PANTOFLA

Powiecie: idiota? Cóż, mam podobne zdanie. Natomiast Czarek jak pomyślał, tak zrobił. Wkręcił Izie, że jest biedny jak mysz kościelna, że ledwie wiąże koniec z końcem, że do tego ma jeszcze tę starą, schorowaną matkę. Myślał, że w ten sposób sprawdzi, czy Iza to ta właściwa i czy szczerze go z tą jego biedą pokocha. I układało im się super miesiąc, dwa, trzy, sześć. To jest tak długo, jak długo nie musiał już jej zaprosić do tego dużego domu i powiedzieć, że te ostatnie miesiące to była jednak farsa. Że w garażu stoi trochę inne auto niż ten rzęch, którym do niej przyjeżdża, i że to nie jest tak, że mu przy deszczu i śniegu w domu z dachu cieknie, więc musieli spotykać się zawsze u niej, w oczekiwaniu na suszę albo chociaż na wiosnę.

Powiedział to w momencie, kiedy uwierzył, że naprawdę mu się udało. Że po latach samotności znalazł kobietę idealną: bezinteresowną, kochaną, oddaną. I z tego, co mi wiadomo, ona także bardzo szczerze w to wtedy wierzyła. Sama też miała średnią pracę, mieszkała w średnim mieszkaniu i była średnio zadowolona z życia, ale wtedy, w tamtym momencie wierzyła, że wreszcie przestanie być średnio. Że jej „średnio” i jego „średnio” dadzą razem jedno, wielkie „zajebiście”. Tylko tego jednego nie przewidziała.

Wiecie, co miał w głowie Czarek? Czarek myślał, że jak już Iza zobaczy ten jego dom, ten samochód i te oszczędności, to rzuci mu się na szyję niczym ten Kopciuszek na księcia z bajki. Że teraz pokocha go z pięć razy mocniej, że będą żyli długo i szczęśliwie. A tymczasem wiecie, co zrobiła Iza? Zobaczyła to, rozpłakała się, wyszła i więcej już nie wróciła. I choć minęły lata, każde z nich wciąż wiedzie swoje stare, średnie i samotne życie. Bo Iza nie chciała żyć drogo, dostojnie, wygodnie. Ona chciała tylko, żeby było zwyczajnie: z miłością, zaufaniem. UCZCIWIE.

KAŻDA PRAWDA JEST LEPSZA OD KŁAMSTWA

Jasne, że historie takie, jak ta, nie zdarzają się często. A przynajmniej taką mam właśnie nadzieję. Ale to nie znaczy, że we wszystkim jesteśmy zawsze uczciwi. Sama znam sporo osób, dla których prawda to pojęcie względne. Które wychodzą do przyjaciółki, tak naprawdę spotykając się z innym. Które dobudowują sobie niestworzone przygody i zawodowe sukcesy, byle zaimponować znajomym bądź nieznajomym w klubie. Które w końcu potrafią okłamywać żony, mężów, dzieci. Dlaczego? Tu odpowiedzi są różne. Z wygody. Ze strachu. Z wyrafinowania. Z przyzwyczajenia. Z konieczności ubarwienia swojego życiorysu, albo – przeciwnie – wygładzenia go nieco. Natomiast każdorazowo jest to tak samo złe.

Dlaczego? Bo uczciwość to jest – moi drodzy – podstawa. To nie jest wisienka na torcie, tylko biszkopt, samiuteńki spód. To coś, na czym się buduje, a nie coś, czym zwieńcza się dzieło. Nie da się być cudownym, kochanym i oddanym partnerem, nie będąc przy tym partnerem uczciwym. Nie można stworzyć z kimś zdrowego związku, opartego na wsparciu, miłości i bezpieczeństwie, jeśli nie jest się z nim w 100 procentach uczciwym. A kłamstw, choćby najdrobniejszych, nic nie tłumaczy. Wierzcie mi, że dla swoich drugich połówek nie musicie być idealni. Wystarczy, że będziecie sobą – szczerzy, uczciwi, normalni.

Według słownika języka polskiego, uczciwy to nie tylko rzetelny czy zgodny z prawdą. To także: niezdolny do oszustwa. To już brzmi trochę groźniej, prawda? Czasem naszą nieuczciwość łagodzimy na różne, także związane z nazewnictwem sposoby. Używamy słów takich jak kłamstewko, przemilczenie, niedopowiedzenie. Czemu? Żeby przed sobą i przed innymi zataić prawdę, to raz. Dwa, że w ten sposób choć trochę zrzucamy z barków to poczucie winy. Umniejszamy tej naszej nieuczciwości w taki sposób, aby było nam z nią lżej. Aby nie musieć konfrontować się ze smutną prawdą w stylu: ok, zdradziłam mojego partnera. Ok, oszukałam szefa. Ok, okłamałam matkę. No więc: nie, to nie jest ok. Uczciwość należy się wszystkim. W tym samemu sobie.

UCZCIWOŚĆ W ZWIĄZKU A UCZCIWOŚĆ WOBEC SAMEGO SIEBIE

Nie wiem, co jest gorsze – bycie nieuczciwym wobec drugiego człowieka, czy może wobec samego siebie. Bo tak: aby móc być uczciwym wobec innych, trzeba zacząć od siebie. Czyli spojrzeć sobie prosto w twarz i umieć powiedzieć: czy jestem szczęśliwy? Czy odnajduję się w tym związku? Czy to jest to, czego szukałem? Czy kocham i jestem kochany? Czy to jest człowiek, którego chcę oglądać już codziennie, do końca swych lat? Czy może jestem z nim, bo nie mam odwagi odejść? Bo boję się samotności? Bo nie wiem, czy znajdę kogoś lepszego? Bo nie mam ochoty na kolejny związek? Bo nie wiem, czy chciałoby mi się znowu tak starać? Bo co będzie z dziećmi, co z kredytem, no i co powie na rozwód rodzina?

Ten drugi ciąg pytań powoduje, że często – zamiast robić tego, co chcemy i na co mamy ochotę – robimy to, co powinniśmy. Ale nie naszym własnym zdaniem, tylko zdaniem innych. Bo albo tak nas wychowano, albo tak nam wmówiono, albo tak sobie to zawsze tłumaczyliśmy. Przykład? Pokolenie naszych rodziców, nasze pokolenie i… rozwody. To, że zmienił nam się model związku to jedno, ale zmieniły się też mody, oczekiwania, obyczaje. Dziś nie trwamy w beznadziejnych małżeństwach dlatego, że powinniśmy i zamiast wierności mimo wszystko wybieramy po prostu rozstanie. Czy to jest dobre? Pewnie można by się trochę pospierać, ale wniosek jest jeden: odchodzimy znacznie częściej i łatwiej niż dawniej.

Dlatego jeśli nie jesteś szczęśliwa w swoim związku i nie chce Ci się tego zmieniać, zmień partnera. Nie okłamuj go, nie oszukuj, nie zmyślaj, nie przemilczaj, nie przeinaczaj. Zrób to nie dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że tak jest po prostu uczciwie. A jeśli dopiero poznałaś mężczyznę, który ma co do Ciebie ambitniejsze plany, a Ty nie podzielasz przy tym jego wizji – mów mu o tym śmiało. Nie traktuj tego jako relacji na przeczekanie, nie trać czasu ani swojego, ani jego. Ile razy słyszałam o związkach, które jedną ze stron zostawiały w ruinie, podczas gdy ta druga wprost przyznawała, że od początku tego nie czuła. A mimo to – z jakichś powodów (nudy, ciekawości, braku alternatywy) mimo wszystko w tym trwała. To też nie jest uczciwe – uczciwa wobec siebie i wobec niego byłabyś bardziej, będąc od początku sama.

I na koniec najtrudniejsze: czy łatwo jest być uczciwym? Nie zawsze. Ale „uczciwszy” finalnie zawsze oznacza „szczęśliwszy”.


Wpis jest częścią cyklu, którego kolejne odsłony ukazują się na blogu zawsze w piątek. W „Alfabecie udanego związku” wspólnie porozmawiamy o miłości, zaufaniu, partnerstwie i seksie. Zastanowimy się nad elementami, składającymi się na fajną, satysfakcjonującą relację i – literka po literce – spróbujemy odpowiedzieć na słynne pytanie „jak żyć”. Pytanie tym trudniejsze, że rozbudowane do wersji: „jak żyć we dwoje”?

Do tej pory ukazało się dziewiętnaście tekstów z cyklu:

A jak ambicja

B jak bezpieczeństwo

C jak czułość

D jak dobroć

E jak emocje

F jak fascynacja

G jak granice

H jak humor

I jak intymność

J jak jakość

K jak kryzys

L jak lęk

M jak marzenia

N jak nuda

O jak orgazm

P jak przyzwyczajenie

R jak romantyzm

S jak szacunek

T jak tęsknota


Zdjęcie główne: studiostoks/fotolia.com
grupa na fb fajne dziewczyny
ikona zapisu do newslettera

Instagram