Alfabet udanego związku. P jak przyzwyczajenie

Ze wszystkich sił we wszechświecie najtrudniej jest przezwyciężyć siłę przyzwyczajenia. Siła przyciągania to przy niej pryszcz.

Terry Pratchett

Słowo „przyzwyczaić się” ma w języku polskim trzy znaczenia. Po pierwsze, przyzwyczaić się to tyle, co zacząć traktować coś lub kogoś nieznanego jako coś normalnego lub kogoś znanego. A zatem: oswoić się. Przywyknąć. Zaakceptować. Po drugie, przyzwyczaić się to nabrać nawyku, przystosować się do czegoś. Można przecież przyzwyczaić się do porannego wstawania (podobno!) albo dźwięku wiertarki za ścianą (jeśli tylko wierci odpowiednio głośno, a nam w końcu padnie na słuch). Po trzecie w końcu, przyzwyczaić się to zacząć stale potrzebować czegoś lub czyjejś obecności. I wszystkie te znaczenia w kontekście powyższego tematu będą nam dzisiaj potrzebne.

Skoro wiemy już, czym jest przyzwyczajenie, należałoby jeszcze spytać, po co ono komu. Z jednej strony, przyzwyczajenie jest super. Pozwala nam się z kimś zżyć, zaakceptować czyjąś obecność, zacząć jej potrzebować. To coś więcej niż lubienie czy kochanie – to sprawienie, że dany człowiek staje się dla nas niezbędnym elementem układanki. Spędzanie czasu z nim – codziennym rytuałem. Jego brak – męką psychiczną i fizyczną.

Niestety, jest też druga strona medalu. Przyzwyczajenie wiąże się niekiedy z nudą, monotonią, rutyną. Kiedy wszystkie karty zostały już odkryte, do pokazania nie zostaje właściwie już nic. Wzajemne zainteresowanie słabnie, a wraz z nim – ciekawość, namiętność, pasja. Czasami, choć nie zawsze, zostaje nam jeszcze miłość. Albo chociaż wzajemne znoszenie się – czy to przez wzgląd na wspomnienia, wspólnie spędzone lata, wzajemny szacunek.

Ale przyzwyczajanie działa w dwie strony – z jednej strony to my przyzwyczajamy się do siebie, z drugiej – to ktoś inny przyzwyczaja się do nas. Błogosławieni ci, którym uda się w tym zgrać (a wiadomo, że nie wszyscy mają tyle szczęścia). I wówczas pojawia się kryterium kolejne, jakim jest jeszcze odpowiedzialność. Troska o drugiego człowieka, niechęć do ranienia go. Wówczas cudze przyzwyczajenie staje się tym, czym kotwica dla statku – niby daje względną stabilizację, ale jednak nie pozwala odpłynąć (choć chęci bywają ogromne). I tu od razu przypomina mi się Grace Hopper i jej wspaniała sentencja w temacie: że statek w porcie jest bezpieczny, ale nie po to buduje się statki. I o tym wszystkim chciałabym Wam dziś opowiedzieć.

PRZYZWYCZAJENIE W ZWIĄZKU. DOBRE CZY ZŁE?

Tu należałoby wprowadzić prosty podział: na przyzwyczajenie w związku (o czym teraz) oraz związek z przyzwyczajenia (o czym za chwilę). Od razu uprzedzam – to pierwsze nie jest wcale złe. To normalne, że się do siebie przyzwyczajamy. Że z czasem uczymy się siebie na pamięć, że znamy swoje nawyki, słabości, potrzeby. Że nauczyliśmy się już wzajemnej akceptacji i poza tym, że się kochamy i razem żyjemy, to przy okazji się jeszcze nie pozabijamy – może nawet nie dlatego, że czasem nie mielibyśmy na to ochoty, ale właśnie dlatego, że nawet do największych swoich głupot, natręctw czy fobii jesteśmy zwyczajnie przyzwyczajeni.

Przyzwyczajenie to w końcu tyle, co przywiązanie – to złączenie się z kimś niewidzialną, silną, emocjonalną nicią, która sprawia, że chcemy mieć tego kogoś wciąż przy sobie, więcej i więcej. Że przychodzi moment, w którym nie wyobrażamy już sobie życia bez siebie. Po raz kolejny odsyłam Was zresztą do mojej ulubionej definicji miłości, którą ukuła kiedyś Anna Przybylska. Dla niej składały się na nią łóżko, przywiązanie i kumplostwo – i wierzcie mi, że za tą definicją stoi równie wielka mądrość, co i prostota. Natomiast pamiętajmy, że przywiązanie i przyzwyczajenie potrafią mieć dwa różne oblicza. Zwłaszcza, gdy przyzwyczajenie pojmowane jest jako przyzwolenie i akceptacja. Pewnie, że masa związków właśnie na nim się dzisiaj opiera – na tej bierności, stabilizacji, rutynie i umiłowaniu świętego spokoju. Ale ile namiętności, ile szans, ile nieodkrytych jeszcze dróg codziennie przez to umiera?

Przyzwyczajenie potrafi sprawić zresztą, że przestajemy doceniać to, co mamy. Że zaczynamy uważać, że zwyczajnie nam się wszystko należy. Oczekujemy od drugiego człowieka pełnego poświęcenia, konkretnych słów, zachowań i gestów. Wymagamy, niewiele z siebie dając i nie rozumiejąc, że to, co otrzymujemy, to wyraz miłości, szacunku, uznania. Dobrej woli. A nie coś, co zapisane mamy w ustawie. Przez to wiele rzeczy pojmujemy już po rozstaniu. Rozumiemy, jak miłe były te kanapki, szykowane do pracy, jak pachniały jej perfumy, jak ładnie robiły jej się dołeczki w policzkach, kiedy opowiadaliśmy jej nasze nieśmieszne dowcipy. Dostrzegamy, jak ważne były jego rady, jak pojemne jego ramiona, jak pięknie pachniało jego ciało i jak ciepłe było, otulone kołdrą, tuż o poranku. Tego, co widzi się zawsze, nie widzi się nigdy – jak pisał Karl Ove Knausgård. I w tym rozumieniu nasze przyzwyczajenie to niekiedy i nasza własna zguba.

ZWIĄZEK Z PRZYZWYCZAJENIA. NASZA POLSKA NORMA

Ludzie mają to do siebie, że są leniwi. Czasami nie chcą niczego zmieniać nie dlatego, że zmiana jest niepotrzebna – ale dlatego, że sama myśl o niej napawa ich niechęcią. Żyją w związkach, w których uczucie dawno wygasło, ale pozostało coś innego, czasem równie dla nich ważnego: wzięty niegdyś ślub, kredyt na mieszkanie, dziecko. Nie lubią się, nie kochają, może chcieliby nawet nowych związków, ale wiedzą, że kosztowałoby ich to masę energii, wysiłku, cierpliwości i czasu. Tkwią więc w relacjach, które można określić jednym, dosadnym zwrotem: chujowo, ale stabilnie. I to jest właśnie najgorsze, co zaserwować nam może przyzwyczajenie. To obojętność. Obojętność na własne szczęście i na szczęście drugiego człowieka. Stagnację, pogłębiającą się wzajemną frustrację i niechęć.

Zapytacie: ale do czego człowiek tak właściwie się przyzwyczaja? Ano, do wszystkiego. Fiodor Dostojewski podał kiedyś najlepszą – jego zdaniem – definicję człowieka, rozumianego jako istota, która do wszystkiego się przyzwyczaja. No i pół biedy, jeśli przyzwyczajamy się do tego, że nasz partner chrapie albo krzyczy przez sen. Rozrzuca skarpetki, wyjada nasze ulubione m&m’s-y. Gorzej, jeśli przyzwyczajamy się do tego, że przestaliśmy go obchodzić. Że nie spędza już z nami czasu, nie pyta, jak minął dzień, jak się czujemy, jak było dzisiaj w pracy. Że nie obchodzi go, czy jesteśmy szczęśliwi, a już na pewno przestał dbać o to. Jeszcze gorzej, kiedy gdzieś po drodze zaczął nas oszukiwać i zdradzać, stał się oschły, nieprzyjemny bądź agresywny. Wówczas tłumaczymy jego zachowanie, niejednokrotnie biorąc winę na siebie. I nie, nie robimy tego z rozsądku. Robimy to z jednej strony ze strachu, a z drugiej strony właśnie przez to cholerne przyzwyczajenie – bo jak to by było, musieć nagle zacząć żyć w pojedynkę, przestać budzić się obok siebie?

Podobny wzorzec dają nam zresztą inni. Rozejrzyjcie się dookoła. Ile jest par, które już dawno powinny się rozstać. Które pasują do siebie jak kwiatek do kożucha, a jednak z uporem maniaka w tych swoich związkach tkwią. Wiecie, dlaczego tak robią? Bo nikt nie pokazał im, że można by wybrać inaczej. Rozejść się w przyjaźni, szacunku i zgodzie. A skoro już przy rosyjskich pisarzach jesteśmy, to niech przysłuży nam się tutaj Lew Tołstoj i jego „Anna Karenina”. To tam pada przecież wymowne zdanie, że nie ma takich warunków, do których by człowiek nie przywykł, zwłaszcza gdy widzi, że całe jego otoczenie tak samo żyje.

Poczytajcie relacje dzieci z patologicznych rodzin, które wprost przyznają, że nie widziały w swoich losach niczego niepokojącego, dziwnego – to było dla nich normalne: że ojciec pije, matka pije, wujek pije, dziadek pije. One wychodziły na podwórko i widziały to samo. Inne dzieci i innych dorosłych. Picie i bicie. I nie przeciwstawiały mu się, bo wielokrotnie nie wiedziały, że można żyć jednak inaczej. A jeśli wiedziały, to działały w jeden z dwóch zwykle sposobów: ignorowały tę wiedzę bądź z rodzin tych uciekały. Tylko jak tu uciec, kiedy ma się na przykład 50 lat, dwójkę dzieci i męża, który może i jest katem, ale przynajmniej zarabia na dom?

Albo jeszcze inaczej: ile kobiet tkwi w naprawdę fatalnych dla siebie związkach, pocieszając się, że ich mąż jest, jaki jest, byle nie był gorszy? Bo przecież nieważne, że ich nie szanuje, że je szantażuje, poniewiera, znieważa. Przecież jest dobrze tak długo, jak długo nie pije, nie bije. To przerażające, jak wiele osób wciąż ma zakodowany w głowach taki właśnie wzór cnót. Może nie u nas, nie w pokoleniu obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków. Ale popatrzcie na swoje babcie i mamy. Ile z nich – czując autentyczną potrzebę – zdecydowałoby się na tak radykalny krok i rzeczywiście odeszło? A ile zostało, bo tak wypada? Bo co ludzie powiedzą? Bo przecież tyle lat spędzili już razem? I właśnie dlatego, że człowiek, jak świnia, do wszystkiego się przyzwyczai?

MIŁOŚĆ CZY PRZYZWYCZAJENIE? JAK JE ODRÓŻNIĆ?

MIłość – zwłaszcza na początku – to wzajemna ciekawość, namiętność i fascynacja. Psychiczna i fizyczna. To pragnienie drugiego człowieka, nieustanna potrzeba przebywania z nim, troska o niego, dbałość o jego zadowolenie i szczęście. Bo miłość ma to do siebie, że polega na wzajemnym dawaniu. Że zależy nam nie tylko na własnym, ale i na cudzym szczęściu. Gorzej, jeśli gdzieś po drodze zaburzą nam się proporcje. Kiedy przestaniemy dawać, a chcemy już tylko brać – wtedy mamy wyraźny dowód na to, że coś z naszej strony przestało prawidłowo działać. Jeśli spada nasze zaangażowanie, to najpewniej przestało nam na związku zależeć. A fakt, że z niego nie rezygnujemy, wynika właśnie z przyzwyczajenia, wygody, lenistwa. Albo wiary w to, że jeszcze będzie lepiej. Tylko – jeśli sami się nie zmienimy – to jakim cudem miałoby być?

Przestać kochać to także przestać się starać. To być obojętnym, niechętnym, chłodnym. To tolerować i znosić, zamiast uwielbiać i podziwiać. To dostrzegać w partnerze coraz więcej wad. Denerwować się na cechy i nawyki, na które wcześniej nie zwrócilibyśmy uwagi. To w końcu zastanawiać się, czy jeszcze się kocha.

Sama mam taką swoją prostą zasadę: jeśli zastanawiasz się, czy kochasz, to znaczy, że dawno przestałeś. Tylko jeszcze to do Ciebie nie dotarło, nie zostało przyjęte do wiadomości. Ze strachu, lęku, idącego za tym dyskomfortu. Tylko najgorsze, co można wtedy zrobić, to szukać wrażeń gdzie indziej. Zgodnie z metodą klin klinem czy też opowieścią o małpie, która nie puści jednej gałęzi, dopóki nie uczepi się drugiej. Jeśli czujesz, że to nie to – miej jaja i odejdź. Bo zdrada to nie tylko akt fizyczny, jednorazowy wyskok – to nieokazany na czas szacunek. To krzywda, której można było uniknąć – czy to naprawiając swój związek, czy też kończąc go w porę.

Dlatego na koniec przypomnę Wam słynne słowa lisa z „Małego Księcia”, które najlepiej chyba wszystko to podsumują: Stajesz się odpowiedzialny za to, co oswoiłeś. Dlatego jasne, że przyzwyczajajcie się do siebie, kochajcie i szanujcie, ale pamiętajcie, jak dużą odpowiedzialność bierzecie wówczas na siebie. I nie doprowadzajcie do momentu, w którym w ogóle zadacie sobie pytanie, czy to jeszcze jest miłość, czy już tylko przyzwyczajenie. W zdrowym związku macie w pakiecie jedno i drugie.


Wpis jest częścią nowego cyklu. W „Alfabecie udanego związku” wspólnie porozmawiamy o miłości, zaufaniu, partnerstwie i seksie. Zastanowimy się nad elementami, składającymi się na fajną, satysfakcjonującą relację i – literka po literce – spróbujemy odpowiedzieć na słynne pytanie „jak żyć”. Pytanie tym trudniejsze, że rozbudowane do wersji: „jak żyć we dwoje”?

Do tej pory ukazało się piętnaście tekstów z cyklu:

A jak ambicja

B jak bezpieczeństwo

C jak czułość

D jak dobroć

E jak emocje

F jak fascynacja

G jak granice

H jak humor

I jak intymność

J jak jakość

K jak kryzys

L jak lęk

M jak marzenia

N jak nuda

O jak orgazm 


fot. studiostoks/fotolia.com

4
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment authors
DPDotBratzacieszyciela Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Bratzacieszyciela
Gość
Bratzacieszyciela

Niektórzy mają mądrość życiową i zmysł obserwacji o wiele większe niż mogłyby na to wskazywać ich wiek, postura czy wygląd (to nie pielęgnowanie stereotypów ani schlebianie kultowi młodości czy wyglądu)
Chapaux bas, czy jak tam się to pisze…
I z nomen omen przyzwyczajenia: jak tego nie wydasz w formie książkowej… itd, itd… Masz już wydawcę? :)

Dot
Gość
Dot

*chapeau bas ;)

Dot
Gość
Dot

Prześwietny wpis! :) Moje ulubione i najważniejsze wg mnie fragmenty: „Gorzej, jeśli przyzwyczajamy się do tego, że przestaliśmy go obchodzić. Że nie spędza już z nami czasu, nie pyta, jak minął dzień, jak się czujemy, jak było dzisiaj w pracy. Że nie obchodzi go, czy jesteśmy szczęśliwi, a już na pewno przestał dbać o to. Jeszcze gorzej, kiedy gdzieś po drodze zaczął nas oszukiwać i zdradzać, stał się oschły, nieprzyjemny bądź agresywny. Wówczas tłumaczymy jego zachowanie, niejednokrotnie biorąc winę na siebie. I nie, nie robimy tego z rozsądku. Robimy to z jednej strony ze strachu, a z drugiej strony właśnie… Czytaj więcej »

DP
Gość
DP

Prosto, zwięźle i na temat. Świetnie się czyta! Gratulacje :)