Alfabet udanego związku. M jak marzenia

Marzenia się spełniają. Bez tej możliwości natura nie podburzałaby nas do posiadania ich.

John Updike

Z marzeniami jest jak z klockami Lego. Jeśli wiesz, co i jak chcesz z nich zbudować i krok po kroku będziesz zmierzać do zrealizowania swojego planu, to najpewniej Ci się to uda – niezależnie od rozmachu konstrukcji. Czasem możesz zgubić któryś klocek i chwilę się przez to posmucić, albo przeciwnie – uśmiechnąć się do siebie pod nosem i uznać, że phi, kto by go potrzebował. Ale finalnie i tak zbudujesz z nich koparkę, fabrykę albo plan Londynu.

Gorzej, jeśli nie wiesz, czego chcesz i od początku działasz po omacku. Wtedy Twoje życie przypomina dywan, po którym ktoś te cholerne klocki jakby na złość Ci porozrzucał. A Ty nieustannie na któryś musisz wejść, najpewniej gołą stopą. Może tylko jękniesz, bo stopa zaboli, a może wyłożysz się na środku podłogi, bo o upadek tutaj nietrudno.

To teraz pomyśl, że ktoś przychodzi do Ciebie w gości. Rozsypuje swoje klocki po tym samym dywanie i nieważne, jak szło Ci z nimi do tej pory – znowu musisz od nowa nauczyć się budowania całości. Z tym, że elementów jest więcej i niektóre mogą się wzajemnie wykluczać. Nie wierzysz? To pomyśl, czy się ucieszysz, jak ktoś pomiesza Ci Lodowy Zamek Elzy z najdroższą Gwiazdą Śmierci.

NIE WIEMY, CZYM SĄ MARZENIA

Zanim jednak wpuścimy tego gościa do siebie, skupmy się na marzeniu w pojedynkę. Idę o zakład, że od małego każdy z nas genialnie to umie. Wyobraża sobie, że będzie księżniczką, modelką, tancerką. Strażakiem, lekarzem, prawnikiem. Taylor Swift albo Mickiem Jaggerem. Będzie miał duży dom z białym płotem, chatę z bali gdzieś za Karpaczem albo letnią posiadłość na boskich Malediwach. I te marzenia są piękne. Natomiast ludzie mają jedną okropną wadę – zapominają o nich wraz z wiekiem.

I gdyby jeszcze wymieniali je na inne (ot, wiadomo, że życie weryfikuje niektóre, zwłaszcza szczenięce poglądy), to wcale byśmy się o nic nie gniewali. Ale ludzie zapominają marzyć w ogóle. Wpadają w wir dorastania, dojrzewania, zarabiania, zdobywania, a finalnie – umierania. Nawet, jeśli kupują kolejną sokowirówkę, torebkę albo nowe Porsche, to nie potrafią się tym cieszyć, bo tyle to ma wspólnego z ich marzeniami, co proszek do prania z upieczeniem szarlotki. Oczywiście, zakupy mogą być niekiedy z marzeniami tożsame – problem w tym, że zwykle nie są. Jeśli marzysz o kupieniu własnego mieszkania, w którym nareszcie rozpalisz w kominku, przeciągniesz się w wielkim fotelu albo – opierając się o parapet – będziesz czytać dziecku książkę – to ja to marzenie kupuję.

Ale jeśli nazywasz nim nową torebkę od Korsa, to darujmy sobie rozmowy o życiu i spotkajmy się gdzieś na Pudelku. W końcu równie ważne, jak Twoje wielkie marzenie, jest to, że Rafał Maślak stylizuje się na włoskiego szafarza, a Jessica Mercedes pokazuje stopy. Nie, żebym krytykowała – wierzę w siłę maksymy „każdemu według jego potrzeb”. Natomiast życie pokazuje, że niektóre potrzeby bywają zwyczajnie głupie lub złe. Poza tym lekko niezasadne jest nazywanie marzeniem czegoś, co prędzej czy później uda Ci się mieć za złotówki.

MARZENIA SIĘ NIE SPEŁNIAJĄ

Problem drugi zasadza się na jednym z największych przekleństw ludzkości. Daliśmy sobie wmówić, że marzenia się spełniają. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przekręceniem pierścionka, stuknięciem o siebie dwoma trzewikami. Pewnie, że można zbierać czterolistne koniczyny, wrzucać pieniążki do fontann i wypatrywać spadających gwiazd, ale wiara w spełnienie wypowiadanych w ich towarzystwie życzeń powinna być równie silna, co wiara w św. Mikołaja, gdy ma się już 30 lat.

Jaki z tego wniosek? Prosty. Marzenia się nie spełniają – marzenia człowiek musi spełniać sobie sam. Jest zresztą taki ładny cytat z Anatole’a France’a, który mówił o tym, że aby osiągnąć wspaniałe rzeczy, musimy marzyć tak dobrze, jak działać. Bo żaden cel, choćby nie wiem jak piękny, szlachetny i doniosły, nie zrealizuje się za nas sam. Najprędzej zrozumieją to ludzie z korporacji, którzy przez osiem godzin dziennie nie wychylają nosa zza rubryczek Excela. W nich cel jeszcze nigdy nie wykonał się sam.

Natomiast to, co jest Wam dzisiaj potrzebne, to nie tylko same marzenia, ale i cierpliwość, siła, zaangażowanie, konsekwencja i wytrwałość. Bo nikt nie powiedział, że Wasze marzenia uda Wam się spełnić dzisiaj, jutro czy pojutrze. Czasem bowiem potrzebny jest jeszcze czas. Oraz elastyczność, jeśli spełniać je macie zacząć we dwoje.

MARZENIE WE DWOJE

Otóż marzenia w związku powinny mieć jedną, zasadniczą cechę: być wspólne. A jeśli już nie są wspólne, to przynajmniej nie powinny się one wykluczać. Przykład? Twój facet chce być rześkim singlem gdzieś do sześćdziesiątki (później planuje umrzeć na jakąś egzotyczną chorobę na pięknej, tropikalnej wyspie), a Ty chcesz mieć dziecko – teraz, już. Realizacji tych dwóch marzeń nie da się pogodzić i kiedy dochodzi do ich zderzenia, rzeczywiście rodzi się konflikt. Inny przykład? Ty chcesz zwiedzić cały świat, a on nawet raz w tygodniu nie potrafi całkowicie odkleić się od swojego biurka. Co wtedy?

Przede wszystkim, wyznaczyć sobie priorytety. Zweryfikować raz jeszcze wszystkie swoje założenia i dołączyć do nich to, co się zmieniło – fakt, że teraz jesteście już we dwoje. Całe życie upierałaś się, że nie chcesz mieć dzieci? Ok. Ale całe życie czekałaś też na faceta takiego, jak on. Może warto więc usiąść na spokojnie i raz jeszcze pomyśleć? Wypisać sobie na karteczce dobre i złe strony, zastanowić się, czy lepiej zaryzykować i spróbować stworzyć z tym człowiekiem rodzinę, czy obstawać przy swoim, choćby on gotowy był odejść? Życie to sztuka wyboru, ale są wybory, których dokonywać należy we dwoje. 

Co więcej, nasze plany, marzenia i priorytety, też mają prawo ewoluować. Marzysz dziś o apartamencie na dziesiątym piętrze przeszklonego wieżowca, wykończonym designerskimi meblami, pustym i pachnącym wolnością? Ok, to może kusić dzisiaj. Ale uważaj, żebyś nie obudziła się któregoś dnia, mając wszystko, czego pozornie pragnęłaś i nie zrozumiała, że… to jednak nie o to chodziło. Bo zamykając się na wszystkich i chcąc być sobie samemu sterem, żeglarzem i okrętem ryzykujesz tym, że prędzej czy później w Twoje żagle przestanie wiać wiatr.

ŻYCIE JEST INNE

Ktoś powie, że to głupota. Rezygnowanie z własnych marzeń na rzecz marzeń cudzych. Natomiast  sama zachowałabym się bardziej dyplomatycznie i powiedziała, że nie ma w tym nic złego, dopóki jest to zdrowy kompromis. Oczywiście, że nie można rezygnować z własnego szczęścia, byle tylko uszczęśliwiać innych. Ale jest masa drobnych sytuacji, kiedy żadna wieża nie runie, jeśli zdecydujesz się odrobinę ustąpić. Pamiętaj, że nikt z nas nie jest nieomylny i nikt nie ma monopolu na rację.

Twój facet uważa, że za dużo pracujesz i że na dobre wyszłaby Wam roczna przeprowadzka na wieś? A może przeciwnie, uważa, że już dosyć nasiedziałaś się w domu i powinnaś wrócić do pracy? Posłuchaj go czasem i zastanów się, czy nie ma w tym racji. Bo czasem marzeniem drugiej osoby jest po prostu… Twoje własne szczęście.

A na koniec dobra rada dla tych, których marzenia się nie spełniają – choćby nie wiem, jak ciężko na nie pracowali i nie wiem, jak bardzo się starali. To, że czasem coś idzie nie po naszej myśli, nie znaczy jeszcze, że idzie źle. Może nie zostałaś Taylor Swift albo Mickiem Jaggerem, ale czy i bez tego nie jesteś wystarczająco szczęśliwa? Może nie odhaczyłaś wszystkich punktów na swojej osobistej wishliście, ale czy mało masz jeszcze życia, żeby je odhaczyć? A może niektóre z nich wymieniłaś na inne, chociaż ich na tej liście nie było?

Pewnie, że spełnianie marzeń jest super. Ale nie trać małych przyjemności życia w pogoni za tymi większymi. I nie zapominaj, że i bez pomocy spadającej gwiazdki życie potrafi być piękne. Może nie usłane różami, ale – po prostu – wystarczająco dobre. Ważne w tym wszystkim jest to, aby gdzieś z tyłu głowy mieć dwie rzeczy – że naprawdę warto marzyć i robić wszystko, by te marzenia realizować, ale też nie zanosić się łzami, kiedy coś pójdzie w naszym życiu nieco innym torem. W końcu, jak mówił, Szekspir: 

„Życie nie jest lepsze ani gorsze od naszych marzeń. Jest tylko zupełnie inne”.


Wpis jest częścią cyklu, którego kolejne odsłony ukazują się na blogu zawsze w piątek, co dwa tygodnie. W „Alfabecie udanego związku” wspólnie porozmawiamy o miłości, zaufaniu, partnerstwie i seksie. Zastanowimy się nad elementami, składającymi się na fajną, satysfakcjonującą relację i – literka po literce – spróbujemy odpowiedzieć na słynne pytanie „jak żyć”. Pytanie tym trudniejsze, że rozbudowane do wersji: „jak żyć we dwoje”?

Do tej pory ukazało się dwanaście tekstów z cyklu:

A jak ambicja

B jak bezpieczeństwo

C jak czułość

D jak dobroć

E jak emocje

F jak fascynacja

G jak granice

H jak humor

I jak intymność

J jak jakość

K jak kryzys

L jak lęk


fot. studiostoks/fotolia.com

Instagram

113k
12,8k
Dołącz do grupy na FB 4,3k
Zapisz się do newslettera! Newsletter
Do góry