Alfabet udanego związku. L jak lęk

Nazwać swój lęk musisz, nim przezwyciężać go zaczniesz.

Yoda

Co niektórzy z Was życzyliby sobie pewnie bardziej poważnego autorytetu, niż zielony, mierzący niespełna metr wzrostu mistrz Jedi. Natomiast z tych słów płynie mądrość równie duża jak ze słów Zygmunta Freuda czy Antoniego Kępińskiego. Aby móc stawić czoła lękowi, jaki nas dopada, najpierw musimy umieć go nazwać. Nienazwany, intuicyjny, kompletnie niezdefiniowany lęk jest najgorszym z możliwych, bo działa paraliżująco i niekoniecznie daje się przegonić.

Jest zresztą taki ładny cytat z Larsa von Triera: Mam jednak teorię – chociaż może to tylko marzenie – że każdy lęk ma swoją granicę: docierasz do poziomu w którym już nic nie jest w stanie przerazić cię bardziej. Reaguje tylko ciało, które zaczyna zachowywać się inaczej – tak pojawia się depresja. A w depresji się poddałem. Leżałem i myślałem: niech zjawi się tygrys i mnie pożre. A my dziś postaramy Cię przed Twoim tygrysem obronić. Nie dopuścić do tego, żeby ciało wzięło górę nad rozumem, a depresja nad spokojem ducha i choćby prozaicznie postrzeganym szczęściem.

Zdaję sobie przy tym sprawę z tego, że lęków, z jakimi musimy się każdego dnia mierzyć, jest ogrom. Każdy z nas jest inny, ma za sobą inną przeszłość, inny bagaż doświadczeń. Co innego ma w głowie i w planach, inne ma też potrzeby, oczekiwania, charakter. Natomiast na potrzeby mówienia o lęku w kontekście związków zawęzimy to zjawisko do trzech jego odmian: lęku przed związkiem, lęku przed partnerem i lęku przed porażką w związku. Mając jednocześnie świadomość, że jest to tylko kropla w morzu strachu, po którym każdy z nas dryfuje codziennie żadnym tam Titanikiem, ale zwykłą, kolebiącą się na boki tratwą.

LĘK PRZED ZWIĄZKIEM

Najczęściej dotyka ludzi, którzy w związkach już byli. Którzy kiedyś już pokochali, zaufali, oddali się drugiemu człowiekowi – najpewniej z myślą, że to już na zawsze. A później nie wyszło. Nieważne, z jakich powodów, bo na tym etapie liczy się nie droga, a efekt. A efekt jest taki, że ten ktoś, kto bardzo chciał być z kimś, znowu jest sam. Co więcej, musi uwierzyć, że nie wyszło mu tylko ten jeden, jedyny raz. W przeciwnym razie zamknie się w kokonie własnej samotności i przez długie miesiące, jeśli nie lata, nie będzie chciał z niego wyjść.

Pozwólcie, że dzisiejszy tekst będzie obfitował w cytaty, bo jest jeszcze jeden, tym razem zaczerpnięty z polskiej literatury, który szalenie tutaj pasuje. Jego autorem jest Jakub Żulczyk, a słowa pochodzą ze „Ślepnąc od świateł” (tutaj cytatów znajdziecie z niego więcej):

Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja.

Brzmi znajomo? Żadną pociechą nie będzie pewnie stwierdzenie, że każdy z nas to przeżył. Że każdy, albo prawie każdy człowiek na świecie nosi mniej lub bardziej zabliźnioną dziurę po kuli, wyrżniętą mu w okolicach serca. Albo – jak mawiał jeden z moich minionych mężczyzn – z kosą w płucach. Tak, ten zwrot też oddaje ten stan. Stan, w którym czujesz przeszywający ból – tak mocny, że nie możesz już dłużej oddychać.

Natomiast ten stan jest do uśmierzenia. Leczy go czas albo inny człowiek. I choć metoda „klin klinem” wielu kojarzy się z egoizmem i interesownością, to sprawdza się jednak w znakomitej części przypadków. Ba, zawierane w taki sposób związki często kończą się rychłym zamążpójściem, bo oto jedna strona widzi, że związek może wyglądać inaczej. Inaczej, czyli: lepiej. I choćby po to warto kolejne razy próbować. Może nie od razu angażować się jak pięciolatek w lepienie bałwana, ale – zwyczajnie – dawać sobie szansę. Nie drugiej stronie. Sobie. Bo ze złamanym sercem da się żyć, ale ze sklejonym jest lżej, łatwiej, normalniej.

Dlatego jeśli boisz się związku tylko dlatego, że poprzedni Cię zraził, to pomyśl, jak wreszcie przestać. Że tak pozwolę sobie zacytować Annę Dymną, gdyby człowiek miał się bać, nie wychodziłby nigdy z domu, bo mógłby mu przecież spaść na głowę meteor. Spójrz zresztą na statystyki – jakie jest prawdopodobieństwo tego, że skoro raz Ci już spadł, to może spaść jeszcze raz?

Wiem, że łatwiej się mówi, niż robi. Ale wiem też, że kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Mnie do tego mężczyzna jest jednak potrzebny – choćby dlatego, że sama nie potrafię otworzyć butelki. A tak całkiem serio, to pewnie, że możesz żyć w pojedynkę. Tylko niech to będzie Twój własny wybór. Świadoma decyzja, niepodszyta lękiem. W innym razie – staw mu czoła i walcz.

LĘK PRZED PARTNEREM

Ten lęk wymaga ukonkretnienia. Czego naprawdę się boisz? Tego, czy Twój partner naprawdę Cię kocha? Czy Cię akceptuje, chce taką, jaką jesteś? Tego, że nie okażesz się dla niego dość dobra? Czy może boisz się samego partnera? Ostatni przypadek jest tym najbardziej beznadziejnym. Powtarzałam to już wiele razy i powtórzę raz jeszcze: w związku dwojga ludzi nie ma miejsca na strach. Nie ma miejsca na przemoc, agresję, upokorzenia i poniżanie. Nie ma zgody na przemoc słowną czy fizyczną. Wszystkie patologiczne sytuacje wymagają natychmiastowej reakcji – jeśli czujesz, że sama sobie z tym nie poradzisz, marsz do specjalisty!

Psycholog, psychoterapeuta – to są osoby, u których znajdziesz pomoc. Które uświadomią Ci, dlaczego robisz sobie krzywdę, zgadzając się na takie warunki i szczęśliwie pomogą Ci z tego bagna wyjść. Natomiast tu znowu wracamy do podstawy, czyli nazwania przyczyny naszego lęku. Jeśli jest nim realny lęk przed byciem skrzywdzoną, pakuj walizki już dziś. Albo wyjdź z domu teraz, właśnie tak, jak stoisz. Zrób cokolwiek, bo nikt nie zasługuje na to, żeby tak żyć.

Jeżeli natomiast Twój lęk skoncentrowany jest wyłącznie na Tobie, choć masz cudownego i kochającego partnera, to opcje masz tutaj dwie. Albo zaakceptować siebie taką, jaką jesteś, ze wszystkimi kompleksami, niedoskonałościami, może zbędnymi kilogramami i centymetrami – słowem, niedoskonałą, ale dla niego przecież idealną, albo coś z tym zrobić. Znany amerykański mówca, Jack Canfield, wypowiedział kiedyś genialne słowa: wszystko, czego pragniesz, jest po drugiej stronie strachu. Dopiero wtedy, kiedy się go pozbędziesz, otworzysz się też na drugiego człowieka.

Jeżeli boisz się tego, że Twój partner może Cię z jakichś powodów nie akceptować i mimo jego zapewnień, że wcale tak nie jest, zamartwiasz się i szlochasz, zadaj sobie podstawowe pytanie: co tak właściwie możesz z tym zrobić? Jeśli nic, bo na przykład Twoja nadwaga jest wynikiem problemów ze zdrowiem, o których on dobrze wie, to zwyczajnie odpuść i naucz się taką siebie lubić – tak, jak on lubi. A jeśli nie lubi i Ci to wypomina, to rzeczywiście, może lepiej będzie się rozstać. Nie dlatego, że Ty masz grube uda, ale dlatego, że Twój facet to cham tudzież idiota.

Ale jeśli nie akceptujesz siebie, masz kompleksy jak stąd do Abu Dhabi i seks uprawiałabyś najchętniej po ciemku, a wszystko to jest wynikiem Twojego zwykłego lenistwa, to stuknij się piąstką w łeb. Nie możesz unieszczęśliwiać się na własne życzenie. Jeżeli Twoje obżarstwo jest kompulsywne, to marsz do psychologa. Jeśli po prostu lubisz jeść, to albo jedz mniej, albo zacznij się ruszać, albo jedz przynajmniej zdrowiej. A najlepiej rób to wszystko w pakiecie.

Bo o ile złego słowa nie powiem o kobietach, które są grubsze i to w sobie lubią, a przy okazji czerpią z życia pełnymi garściami i tryskają energią bardziej niż niejedna wychudzona nastolatka, o tyle kobiety autentycznie zamartwiające się wyglądem swojego ciała, które za szczyt aktywności uznają polubienie fanpage’a Ewy Chodakowskiej, doprowadzają mnie już do wściekłości. Chcesz być gruba i szczęśliwa? Ok! Ale gruba i nieszczęśliwa, do tego na własne życzenie, nie chcesz chyba być? Tak samo jest z wieloma innymi niedoskonałościami – jeśli tylko masz na nie wpływ, po prostu zacznij nad nimi pracować.

LĘK PRZED PORAŻKĄ W ZWIĄZKU

Boisz się totalnie wszystkiego. Tego, że nie spodobasz mu się goła, że nie będziesz miała orgazmu, on nie spodoba się Twojej matce, a Ty jego sąsiadce. Paraliżuje Cię myśl o zbliżeniu, pierwszym seksie, bliskości. To, że możesz zakochać się pierwsza albo nie zakochać się wcale. To, kto pierwszy wyzna miłość i czego dotyczyć będzie pierwsza kłótnia. Boisz się tego, jak wypadniesz przed jego znajomymi albo czy on nie narobi Ci obciachu, kiedy w odwiedziny wpadnie akurat głupia Jolka. W końcu boisz się też, że Cię zdradzi, albo zostawi w ramach pierwszego lepszego kaprysu. Boisz się w zasadzie wszystkiego, a jedyne, czego jesteś w tym związku pewna, to tego, że dzisiaj mamy piątek.

Złota rada? Najgłupsza z możliwych, ale… ogarnij się. Naprawdę, ogarnij się, bo z takim myśleniem to daleko nie zajdziesz. Nieustannie zadziwia mnie, z jaką częstotliwością ludzie wypatrują na horyzoncie problemów. A – jak mawia Dalajlama – nie trzeba specjalnie szukać problemów, one same nas znajdą. Dlatego nie psuj sobie życia myśleniem o ewentualnej przyszłości i skup się na całkiem realnej teraźniejszości.

Naucz się czerpać z życia pełnymi garściami i nie zamartwiać się tym, co może się złego przytrafić – skup się na tym, że właśnie przytrafiło Ci się coś wspaniałego! Miłość to nie jest choroba ani zagrożenie życia. To najpiękniejszy stan z możliwych – więc jeśli tylko jest to miłość odwzajemniona, to przestań przejmować się całym bożym światem, bo idę o zakład, że świat wcale nie przejmuje się Tobą. Skup się na sobie i swoim szczęściu i pamiętaj, że strach przed cierpieniem jest straszniejszy niż samo cierpienie. Jeśli do niego dojdzie – wtedy będziesz się martwić. Teraz ciesz się tym, co jest.

I jasne, że związki się nie udają. Z masy różnych powodów – to może być Twoja wina, jego wina, albo Wasza wspólna. Może Wam też zwyczajnie nie wyjść. Natomiast jedno jest pewne: nie będziecie tego wiedzieć tak długo, jak długo nie spróbujecie. Pewnie, że związki wymagają pracy, zaangażowania, uwagi. Że nie zawsze jest to pole truskawek, po którym chciałoby się stąpać boso w prześwitującej sukience. Ale związki takie już są – dużo w nich niepewności, ale ta niepewność finalnie jest piękna.

To, że możesz być z drugim człowiekiem, doświadczać go i odkrywać. Że możesz mieć w kimś oparcie, wtulać się w niego i cieszyć tym, jak o poranku pachnie jego skóra. To wszystko jest warte nawet największego strachu. Te wszystkie wspólne spędzone chwile, jakie Was czekają, warte są tego, żeby czasem się zastanowić, wystraszyć, przemęczyć. Zresztą, kto powiedział, że w życiu ma być łatwo? To trochę jak z tymi statkami – jak mawiała Grace Hopper, stojący w porcie statek jest bezpieczny, ale statków nie buduje się po to, aby stały w portach.

Tak samo jest z Tobą.


Wpis jest częścią cyklu, którego kolejne odsłony ukazują się na blogu zawsze w piątek, co dwa tygodnie. W „Alfabecie udanego związku” wspólnie porozmawiamy o miłości, zaufaniu, partnerstwie i seksie. Zastanowimy się nad elementami, składającymi się na fajną, satysfakcjonującą relację i – literka po literce – spróbujemy odpowiedzieć na słynne pytanie „jak żyć”. Pytanie tym trudniejsze, że rozbudowane do wersji: „jak żyć we dwoje”?

Do tej pory ukazało się jedenaście tekstów z cyklu:

A jak ambicja

B jak bezpieczeństwo

C jak czułość

D jak dobroć

E jak emocje

F jak fascynacja

G jak granice

H jak humor

I jak intymność

J jak jakość

K jak kryzys

A już 1 lipca – m jak marzenia. Bądźcie z nami! 

Instagram