Zamykam 2017. Moje sukcesy i porażki, szczerze aż do bólu

Spokojnie, to nie jest clickbaitowy tytuł – tu naprawdę będzie o porażkach. Nie dlatego, żebym znajdowała specjalną przyjemność w powracaniu do nich, ale dlatego, że tak jest po prostu uczciwie. Wiele razy na tym blogu pisałam Wam o tym, co mi w życiu nie wychodzi – ba, zwykle robiłam to na bieżąco. Wiedzieliście, kiedy postawiłam wszystko na jedną kartę i zdecydowałam się lecieć do Oslo, a skończyłam na bezrobociu z mięśniakiem wielkości piłki tenisowej w brzuchu. Wiedzieliście też, jak wyglądał mój poród i jak wiele rzeczy poszło wtedy nie tak. I nawet jak mnie facet rano ze swojego łóżka pogonił, to też dałam Wam znać. ;)

Kiedyś nawet opublikowałam tekst o tym, że nie jestem swoim zdjęciem z Instagrama, w którym próbowałam wytłumaczyć, że życie to nie są filmy z Bradem Pittem i daleko mi do bohaterki komedii romantycznych – ja też mam swoje wzloty i upadki, choć jak upadam, to raczej na tyłek, a nie od razu na twarz. No i Bogu dzięki, bo dużo wydałam na zęby.

Mimo to, wciąż spotykam komentarze, wypominające mi to, jak mi wszystko zajebiście idzie. A idzie to człowiekowi krew z nosa, jak otworzy na sobie drzwi lodówki (wiem, co mówię). Ale że wiecie – piękne zdjęcia, super syn, fajny facet, praca marzeń, czasami jakiś wyjazd, wakacje. A ja czytam to i czytam i jestem dla siebie pełna podziwu, że mi się jeszcze od tego dobrobytu w głowie nie poprzewracało. Przecież z takim życiem to już dawno powinniśmy wygrać jakiś plebiscyt, choćby „Viva! Najpiękniejsi”, a najlepiej od razu wystąpić na sylwestrze w Zakopanem. Tylko wiecie, gdzie leży problem? Ano w tym, że życie na zdjęciach a życie naprawdę mają ze sobą tyle samo wspólnego, co basen w SPA z basenem w szpitalu. Brzmi niby podobnie, a jednak obudzony w środku nocy wiesz, na który wolałbyś trafić.

A że od takiego gadania bardziej mierżą mnie chyba tylko żelki anyżowe, to dziś będzie trochę więcej tego, co to niekoniecznie wyszło. Albo wyszło bokiem, bo i tak się w tym roku zdarzało.


NAJPIERW SUKCESY


NARODZINY STAŚKA

Tutaj miejsce pierwsze i absolutnie bezdyskusyjne, a musicie wiedzieć, że przed własną ciążą byłam kompletnie „niedzieciowa”. To znaczy: nie rozczulały mnie dzieci na ulicach, nie piszczałam na widok dzieci znajomych, nigdy nie trzymałam na rękach noworodka i ostatnią rzeczą, jaką by mi przyszła do głowy, byłoby powąchanie cudzej pieluchy celem określenia świeżości zapachu. Co więcej, to wszystko nawet teraz mnie nie dopadło i nadal uważam, że cudowne dziecko może być tylko własne. Nawet, jeśli czasem robi miny jak Ryszard Kalisz i budzi mnie piąty raz w nocy z rzędu. Natomiast pojawienie się Staśka w naszym życiu uważam za najlepszy dzień ever. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że można kogoś tak bezgranicznie kochać, mieć w sobie tyle miłości, cierpliwości i wyrozumiałości, a przy tym wszystkim tak dobrze się jeszcze bawić. Bo widzicie, my ze Staśkiem robimy wszystko – latamy sobie na wakacje, jeździmy na mecze, gramy na konsoli czy zwiedzamy restauracje. Staszek to w ogóle bardzo towarzyski człowiek i już teraz ma ode mnie więcej ziomków na dzielni. Więc tak, 3140 g szczęścia pojawiło się w naszym życiu 31 marca 2017 roku i dlatego ten rok już zawsze będę uważała za najwspanialszy z wspaniałych.


WY

A konkretnie – ponad półtora miliona osób, jakie w ciągu tego roku odwiedziły blog i ponad sto dziesięć tysięcy fanów bloga na Facebooku. Czyli fantastyczna, zaangażowana społeczność, bez której by tego wszystkiego nie było. Nie wiem, jak Wy, ale ja nigdy nie umiałam pisać do szuflady. Szuflada to takie miejsce, gdzie się upycha niechciane i niepotrzebne rzeczy. A ja bardzo chciałam być chciana i potrzebna – jak dobre wino i „Friendsi” na Netflixie. Co prawda do jednego i drugiego wciąż mi daleko jak do polskiej prawicy, ale jednak codziennie pokazujecie mi, że to, co robię, ma sens. Moje teksty o idiotach w internecie, odpuszczeniu Ance Lewandowskiej czy słowach, jakich nie należy mówić osobom z depresją, przeczytały tysiące ludzi. Sam tekst o porodzie to 120 tysięcy czytelników i setki wiadomości i komentarzy. Dlatego to, że wciąż tu jesteście, ba – że z roku na rok jest Was tutaj coraz więcej – uważam za swój kolejny ogromny sukces. Zwłaszcza, że końcówka ciąży i macierzyństwo to raczej mocno angażujące zajęcia i różnie z tą moją aktywnością tutaj mogło być. Natomiast jest tak, jak należy – regularnie. Choć będzie lepiej, ale o tym już innym razem. Dziś z kolei bardzo Wam za to wszystko dziękuję. Za wszystkie komentarze, prywatne wiadomości, maile. Nawet za lajki, bo one – wbrew pozorom – naprawdę dużo dla mnie znaczą. Miejsce tworzą ludzie i cieszę się, że kolejny rok z rzędu jesteśmy tu razem. 


RANKING KOMINKA

Czy – bardziej oficjalnie – ranking najbardziej wpływowych blogerów, przygotowywany przez Tomka Tomczyka vel. Jasona Hunta. Najpierw pojawiłam się w nim w nadziejach, później awansowałam na srebro, w tym roku przypadł mi dostojny brąz. Czy to źle? Wspaniale! Bo nic tak nie motywuje jak spadek, to raz. Dwa, że w złocie i srebrze są naprawdę mocne nazwiska, a jak przegrywać, to przecież z najlepszymi. Gdzieś zresztą usłyszałam takie ładne hasło – podpowiedzcie proszę, jeśli znacie źródło: że jeśli jesteś najmądrzejszą osobą w pokoju, to znaczy, że jesteś w złym pokoju. Ranking Kominka to dla mnie taki wielki pokój, w którym wiele osób jest dużo lepszych ode mnie. I szczerze mnie to cieszy, bo przynajmniej mam powody, aby jeszcze mocniej nad sobą pracować. Nie, nie dla rankingów, ale po to, by zwyczajnie być lepszą – dla Was i dla siebie. No i mam takie nieskromne marzenie, że jak już udało się odhaczyć srebro i brąz, to w przyszłym roku nie zostaje mi nic innego, jak uderzać po złoto. Chociaż jak piszę te słowa, to mam wrażenie, że lodówka się na mnie jakoś podejrzanie patrzy i jeśli w cokolwiek uderzę, to znowu w jej drzwi.


NO I TERAZ PORAŻKI


NARODZINY STAŚKA

To znaczy: nie jego pojawienie się na świecie, ale to, co je poprzedzało. Szczegółowo opisałam wszystko we wspomnianym już tekście. Kosztowało mnie to bardzo dużo, o czym świadczy już choćby sama data publikacji – poród miał miejsce w marcu, a dopiero w lipcu zdecydowałam się opowiedzieć o tym głośno. I chociaż ten tekst wywołał całą lawinę komentarzy i ogólnopolską dyskusję na temat traktowania rodzących, to i tak samo zajście uważam za swoją ogromną porażkę. Dlaczego? Bo miałam 9 miesięcy na to, żeby się przygotować. Żeby zrobić research, wypytać znajomych, wybrać najlepszy szpital. I… zrobiłam to. Zrobiłam to wszystko, a i tak totalnie nie wyszło. A wiecie, dlaczego? Bo uwzględniłam wszystko, poza zwykłą, ludzką nieżyczliwością. Przejechałam się na absolutnej podstawie, jaką jest szacunek dla drugiego człowieka. Odpowiedzialność za niego, za jego życie i zdrowie. Uznałam, że jeśli wybieram najlepszy szpital, rekomendowany przez najlepszych lekarzy, to przecież będzie dobrze, nie? No więc: nie. Bo na poród składa się nie tylko sprzęt, opinie, budynek. Poród to przede wszystkim odbierający go ludzie. I choć oboje ze Staśkiem wyszliśmy z tego cało, to takiego stresu, bólu i łez nikomu nie życzę. Nie, żebym wychodziła z założenia, że poród nie boli. Ale jak masz wskazania do operacji i wiesz, że to dla Ciebie i dla dziecka jedyne bezpieczne wyjście, a personel Ci jej przez kilka godzin odmawia, to zwyczajnie masz prawo mieć żal. Albo się porządnie wkurwić. Słowo, że obydwie te rzeczy solidnie odbębniłam.


WY

Przez ostatni rok wychodziłam z siebie, żeby ten blog jakoś wyglądał. Żeby regularnie pojawiały się na nim ciekawe treści, żeby nie zabrakło mojego głosu w tak ważnych dyskusjach, jak choćby akcja #metoo, która zmobilizowała chyba pół świata. A jednak wiem, że Was w wielu miejscach zawiodłam. Że w momencie, kiedy jedne z Was prosiły o więcej tekstów parentingowych, inne na ich widok odwracały głowę. Że kiedy mnie robiło się niedobrze na samą myśl o kolejnym tekście związkowym, bo w moim własnym związku nie działo się dobrze, to Wy regularnie miałyście pretensje, że od takich tekstów odchodzę. Że dlaczego jest więcej tekstów produktowych, więcej parentingu, mniej dawnej, zadziornej i „związkowej” Aśki. To zapytam tak uczciwie: pomyślałyście, że nie mam siły? Że jestem wyczerpana, że śpię po dwie, trzy godziny na dobę? Wspominałam o tym, a jakby nikt nie słyszał. Czy któraś z tych uroczych krytykantek, wypominających mi zmianę tematyki bloga, zapytała, czy wszystko gra?

Odpowiem: żadna. Skrajnie rzadko, ale jednak padały czasem pretensje: a po co, a na co, a dlaczego tak. Dlatego ogromnie się cieszę, że to były pojedyncze głosy, które osłabiała cała masa wiadomości i maili pełnych ciepła, wsparcia i dobroci. Natomiast tak, każdy taki negatywny głos też ma dla mnie znaczenie. Tym bardziej mi przykro, że kiedy ja Was wspierałam i rozbawiałam, to było ok, a w najbardziej krytycznych dla mnie momentach potrafiłam się spotkać tutaj z takim zwykłym, pełnym pretensji niezrozumieniem. To nie jest fair. Po pierwsze, blog zawsze był i będzie w zgodzie ze mną, moimi przemyśleniami, potrzebami, odczuciami. To dzięki temu go pokochałyście – dzięki temu, że jest po prostu normalny i szczery. Więc jeśli całe moje życie toczy się wokół dziecka i mam ochotę o nim pisać, to będę to robić. To nie jest egoistyczne, to jest po prostu uczciwe. Robię wszystko, żeby wszystkim nam było tutaj dobrze, ale pamiętajcie proszę, że dobrze ma być także mi. Nie tylko Wam. To raz.

A dwa, że teksty sponsorowane także nadal będą się pojawiały. Nie wiem, jakim cudem w 2018 roku kogoś nadal może dziwić reklama na blogach. Zwłaszcza, że mój jest moim źródłem utrzymania i po to go zresztą zakładałam. Nigdy tego nie ukrywałam, powtarzałam to w komentarzach, wywiadach. Dlatego jak widzę komentarz w stylu „o nie, znowu reklama”, to odpowiedź mam jedną: nie czytaj. Jak często lecą reklamy w telewizji? Albo kiedy oglądacie coś w internecie? Ile jest reklam w jakimkolwiek czasopiśmie? Tam zasada jest prosta: nie chcesz, nie czytasz, nie oglądasz. Zmieniasz kanał, idziesz siku albo zrobić kawę. Przerzucasz stronę. A nie piszesz listy do redakcji, że jakim prawem… zarabia na swojej pracy. Bo tak, pisanie bloga to dla mnie normalna praca. A praca to zarabianie.

O dziwo, jak moi rodzice idą na etat, to nikt się nie dziwi, że dostają za to pieniądze. Jak mój Paweł, który ma własną firmę, wystawia co miesiąc faktury swoim klientom, to – dacie wiarę – oni też się temu nie dziwią! A jednak jak u mnie zdarzy się reklama, to czasem przybłąka się zagubiona owieczka i spyta, jakim prawem. Ano, prawem rynku. I zwyczajnej logiki. Od czterech lat piszę teksty na bloga – najpierw codziennie, później po 3-4 razy w tygodniu. Razem dało to dotąd blisko 750 tekstów, choć przez pierwsze dwa lata nie zarobiłam na tym ani złotówki. Jeśli więc komuś przeszkadza, że dziś jakiś tekst powstaje w ramach współpracy, to mam ochotę zapytać: a za ile z nich sam zapłaciłeś? Dlaczego chcesz czytać za darmo to, co ktoś napisał, poświęcając swój czas, angażując się, rezygnując z innych rzeczy, dzieląc się z Tobą swoim doświadczeniem i wiedzą? Dlaczego uważasz, że powinnam pracować za darmo? I to właśnie dla Ciebie?

Przecież współprace z markami to genialny układ: ja mogę dla Was pisać i jednocześnie mam przy tym na chleb. Wy dostajecie fajne, darmowe treści. Przecież odpowiadam za wszystko, co Wam polecam. Tak szczerze: czy kiedyś doradziłam Wam źle? Nie, bo wiele współprac odrzucam. Zgadzam się tylko na te, które uważam za wartościowe i które doradziłabym własnym znajomym. Dlatego za swoją osobistą porażkę uważam też każdy negatywny komentarz, jaki mi to wypomina – bo to znaczy, że mam tu też osoby egoistyczne i roszczeniowe, które po pierwsze, nie rozumieją, że tak działa ta branża, a po drugie, nie dają nic od siebie i jedyne, co robią, to wymagają. Nie wiem, co zawiodło: komunikacja, edukacja? Ja zawsze życzę Wam jak najlepiej, doradzam w kwestii studiów, matury, pracy, związków, rodziców, rozmów o podwyżkę. Dlatego chciałabym, żeby Was wszystkich tak samo cieszyła też moja praca i moje sukcesy. Bo – powtarzam i nie wstydzę się tego – ja na tym blogu zarabiam. W sumie, cały ten wywód można by zawrzeć w jednym zdaniu: traktuj innych tak, jak chcesz, by Ciebie traktowano. Chcesz pracować za darmo? Ja nie mogę, bo mam dziecko i kredyt, ale jeśli Ty chcesz spróbować, to śmiało. :)


TA FATALNA KSIĄŻKA

Miała być już dawno, a jeszcze przynajmniej przez chwilę jej jednak nie będzie. Dlaczego? Bo nie dałam rady. W 2016 i 2017 roku odezwały się do mnie wszystkie największe wydawnictwa w tym kraju, w końcu podpisałam umowę z tym, które było najfajniejsze. I… zawiodłam. Siebie, swojego wydawcę, redaktorkę, rodziców, przyjaciół, Pawła. I Was wszystkich, którzy na tę książkę czekaliście. Ale nie bez powodu nigdy oficjalnie nie pochwaliłam się ani znalezieniem wydawcy, ani postępami z pracy. Wiele razy wspominałam Wam o tym, że wierzę swojej intuicji i tym razem także mnie nie zawiodła. Ja po prostu podświadomie czułam, że to się nie może udać. Umowę podpisywałam już w zaawansowanej ciąży, miałam skończyć pisanie najpóźniej miesiąc, dwa po porodzie. Tyle, że… nie byłam w stanie. Moja ciąża była cudowna i z chęcią bym ją powtórzyła, ale jednak przyniosła ze sobą sporo paskudnych dolegliwości. I rzyganie naprawdę nie było tą najgorszą z nich.

A pierwsze tygodnie po porodzie? Byłam tak zmasakrowana fizycznie i psychicznie, że o książce nie mogło być mowy. Jasne, że próbowałam. Pisałam najpierw teksty na bloga, później teksty do książki, kładłam się spać koło 3-4 nad ranem, o 5 wstawałam nakarmić Staśka, a o 6 czy 7 zaczynałam kolejny dzień. Efekt? Jestem chudsza niż przed porodem, przez wiele miesięcy byłam głodna, zła, niewyspana. Ba, byłam cholernie nieszczęśliwa i dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z myślą, że nie jestem robotem. Że nie dam rady być jednocześnie świetną mamą, świetną dziewczyną, świetną blogerką i świetną pisarką. Bo wtedy byłam tylko cholernie zmęczonym i smutnym człowiekiem. Ktoś zaraz zapyta: to czemu od razu nie zerwałam umowy? Odpowiedź jest banalna i wcale nie chodzi tu o pieniądze. Ja po prostu nie umiem zawodzić ludzi.

Będę się tak długo męczyć, że mało sama nie padnę, ale zrobię wszystko, żeby się wywiązać z umowy czy dotrzymać słowa. W myśl zasady, że wszyscy są zawsze ważniejsi. Bo przecież mam fajnego wydawcę, bo przecież obiecałam. Nawet sobie nie wyobrażacie, pod jaką ścianę musiałam dojść, żeby się z tego wycofać. I jak bardzo było mi wtedy wstyd. Ba, ja wciąż na samo wspomnienie kulę się w sobie. Ale wiem, że to była jedyna mądra opcja. Czasem, żeby zrobić krok do przodu, trzeba zrobić dwa kroki w tył, bo jak człowiek przykucnie z tym swoim nieszczęściem w jakimś kącie, to później bardzo ciężko jest wstać. A przecież ja bardzo lubię wstawać. To znaczy: z kolan, jak ta nasza Polska, bo z łóżka rano to już niekoniecznie.

A uprzedzając ewentualne pytania: czy kiedyś jeszcze tę książkę napiszę? Tak, może już niedługo. Ale bardziej, niż szybko, chcę ją napisać dobrze. O związkach. Tak, jak lubicie. ;)


Pochwalcie się proszę Waszymi sukcesami i/lub porażkami. Co Was najbardziej ucieszyło? Albo co Was najbardziej zniszczyło? Wierzę w to, że o takich rzeczach warto głośno mówić. Zapraszam. ;)


 

28
Dodaj komentarz

avatar
28 Comment authors
AnimalistkaAsiaNevNatalia Trzcińskakubekczekolady Recent comment authors
  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy
Powiadom o
Natalia
Gość
Natalia

Aśka, człowieku mój, jesteś jedną z najlepszych dziennikarek, blogerek, do której wracam nieprzerwanie od ponad 2 lat! Dziękuję za każdy tekst, przesyłam mnóstwo uścisków i dużo energii, w razie gdyby była Ci potrzebna, bo nie zawsze ‚wszystko gra’. Jak to w życiu. Jesteś piękna, bo jesteś prawdziwa.
Pozdrawiam serdecznie, samych sukcesów w 2018, owocnych kontraktów, zdrowia dla Ciebie i porywacza-serc-Staszka i szczerej radości! :*

karolinaszpringer
Gość
karolinaszpringer

Mój największy sukces? Przetrwałam choroby bliskich mi osób i wyciągnęłam wiele lekcji, stałam się o wiele mądrzejsza, założyłam fanpage na fb i znalazłam miłość. A moja największa porażka? Za mało doceniałam bliskich i siebie. Pozdrawiam!

Ania
Gość
Ania

Trn rok był przełomowy i mega szczęśliwy. Pierwsze miejsce to założenie rodziny. Ślub w czerwcu i narodziny córeczki w listopadzie. Cały mój swiat nagle się zmienił a moje życie dostało skrzydeł. Właściwie wokół tego kręciło sie wszystko. W marcu gruchnela wiadomosc o tym ze jestem w ciąży i reszta juz sie nie liczyla.

A co do porażek to kolejny rok kiedy nie mam odwagi zmienic niszczacej mnie pracy. Kolejny rok kiedy sie z tym nosze ale tylko noszenie mi zostaje bo odwagi brakuje..

Justyna Bidler
Gość
Justyna Bidler

Udany miałaś rok Asiu, bo sukcesy są tak spektakularne, że totalnie odsuwają porażki w cień ;) z resztą – odniosę się do kwestii zarabiania na blogu – naprawdę nie ma się czym przejmować, ani niczego tłumaczyć. Pomimo, że XXI wiek zaczął się już ładny kawał czasu temu, to niektórzy ludzie nadal są przekonani, że zawód to może być lekarz albo ślusarz. Mówię z własnego doświadczenia, ponieważ jestem skrzypaczką i od zawsze spotykam się z komentarzami w stylu „a nie idziesz na jakieś normalne studia?”(to jeszcze w liceum), „a to to jest taka prawdziwa praca, czy to tak po godzinach robicie?”(pytanie… Czytaj więcej »

Kam_Kr
Gość
Kam_Kr

Bardzo Ci dziękujemy za ten rok! mam nadzieję że nadchodzący da ci dużo siły motywacji i pięknych chwil oraz będzie owocny w nowe teksty (nie da się wszystkim dogodzić bo każdy jest na innym etapie, ja czekam akurat na nie parentingowe;)). Dla mnie 2017 to dużo radość i dwa razy tyle bólu, oby 2018 okazał się lepszy! Pozdrawiam

Jan Favre
Gość
Jan Favre

„Jeśli więc komuś przeszkadza, że dziś jakiś tekst powstaje w ramach współpracy, to mam ochotę zapytać: a za ile z nich sam zapłaciłeś? Dlaczego chcesz czytać za darmo, to, co ktoś napisał, poświęcając swój czas, angażując się, rezygnując z innych rzeczy, dzieląc się z Tobą swoim doświadczeniem i wiedzą? Dlaczego uważasz, że powinnam pracować za darmo? I to właśnie dla Ciebie?” – święte słowa!

Katarzyna Borowska
Gość
Katarzyna Borowska

Strasznie wkurzają mnie te wszystkie hejty dotyczące zmiany tematyki. Pamietam jak sama pisałaś, że jest to blog lifestylowy i piszesz o swoim życiu, o tym co aktualnie się w nim dzieje. Dlatego nie rozumiem tych skarg… Owszem sama nie mam dzieci i mam do nich podejście raczej zdystansowane, ale kuźwa! Każdemu w życiu zdarzają się momenty (rzadko bo rzadko, ale jednak) kiedy jest naprawdę szczęśliwy. I nic w tym dziwnego, że chce się tym podzielić z całym światem! Ktoś kto dostarcza ludziom radości, wypełnia nie raz smutne, samotne wieczory chciałby się im czymś pochwalić, a dostaje zjebe, że temat jest… Czytaj więcej »

Sylwia Niedźwiedzińska
Gość
Sylwia Niedźwiedzińska

Moimi największymi sukcesami jest powrót na studia i zdanie pierwszego roku bez poprawek, stworzenie wiele ładnych rysunków, uczenie się języka angielskiego na bieżąco, czego wcześniej nie potrafiłam wdrożyć w życie. Niestety oprócz sukcesów zaliczyłam również pasmo porażek – zerwanie kontaktów z koleżankami, które mnie nie rozumiały, zawód miłosny (a właściwie zauroczenie facetem, który narobił mi nadziei i koniec końców okazał się dupkiem przez duże D) oraz listopadowy nawrót epizodu depresyjnego, który na szczęście udało się opanować odpowiednim dobraniem leków, dzięki którym powoli wracam do formy psychicznej. W sumie w tym całym nieszczęściu uświadomiłam sobie, że pora zmienić terapeutę, bo 1,5… Czytaj więcej »

Monika
Gość
Monika

Kochana Asiu, ja jestem z części bardziej lubiącej zadziorna i związkowa Aśkę, ale nigdy nie miałam Ci za złe malej zmiany nurtu. Nadal wpadam na bloga od czasu do czasu i śledzę Cię na facebooku wybierając interesujące mnie treści, zresztą zdjęcia Staśka też czasem fajnie obejrzeć bo w końcu niezły z niego przystojniak.
Internet jest tak głęboki i szeroki że każdy znajdzie w nim coś dla siebie więc po prostu rób to co kochasz i bądź szczęśliwa. Tego życzę Tobie i nam wszystkim w nowym roku- żebyśmy potrafili i mieli odwagę wybierać to co czyni nas szczęśliwymi.
Wszystkiego dobrego!

Iwona Przybyłek
Gość
Iwona Przybyłek

Aż zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie byłam roszczeniowa… ale chyba nie. Zaglądam na twojego bloga, nawet mój kolega zagląda :) jestem tu krótko, ale wiem, że się mnie nie pozbędziesz. Nawet jak piszesz o dziecku, to jest fajnie, choć ja dzieci to lubię jedynie na obrazku :) moją porażką było nie zdanie egzaminu a sukcesem pozbycie się toksycznej „przyjźni” i to dzięki twoim wpisom.
Dobrego 2018 roku :)

ola
Gość
ola

Uwielbiam twój blog i jego treści właśnie za to, że zawsze piszesz szczerze. Nie chcesz nam, czytelnikom mydlić oczu. I bardzo dobrze. Trzymaj tak dalej! 😊
Nawiązując do roku 2017 to można rzec, że był to najtrudniejszy rok mojego życia. Koniec liceum, wybranie złych studiów, zerwanie przyjaźni, która trwała 8 lat. Ale zaczął się 2018 i jestem bardziej doświadczona i otwarta na życie właśnie dzięki moim porażkom. Co Cię nie zabije to Cię wzmocni jak cholera!

Aneta Zajac
Gość
Aneta Zajac

Ja jak widzę te komentarze, że bla, bla, reklama albo bla, bla znowu dzieci, to nawet we mnie się gotuje, a co dopiero w Tobie. Ważne: nie czytam żadnego parentingowego bloga. Nie mam dzieci, więc ten temat jest mi obcy. Ale jak widzę, że wrzucasz coś o cudownym Staśku, to najpierw wchodzę w komentarze, bo wiem, że ktoś na pewno tam właśnie napisał, że jak mogłaś. No kurczaki, wiedzieliśmy tu chyba wszyscy, że jak będziesz miała dzieciątko, to teksty o nim będą się pojawiać. Ja wchodzę w nie dla pięknych zdjęć, bo przecież nie po to, żeby zaraz kupić przewijak… Czytaj więcej »

Anna Bejrowska
Gość
Anna Bejrowska

No kurczę. Mam wrażenie, że ludzie czytający blogi maja wrażenie że piszą je kosmici. Albo roboty bez uczuć. Że nam czytającym wszystko się należy. Miałam moment jakies pól roku temu by odlajkowac Twojego bloga, jak bylo dużo tych postów o Twoim dziecku ale zrozumiałam że to ja mam z tym problem a nie że to Twój problem. I zmieniłam zdanie. I nie żałuję 😊 Moje porażką jest w tym roku to że czasami nie traktowałam ludzi tak jakbym chciała w szczególności rodzinę. Oddawałam im ich zachowania zamiast byc lepsza. Miałam ogromny żal i pretensje a sama lepsza nie bylam.. Druga… Czytaj więcej »

Anita
Gość
Anita

Cieszę się, że powstał taki wpis! Daje poczucie że jesteś NORMALNA :D A ja to uwielbiam w osobach wpływowych, momenty w których pokazują że są po prostu i aż ludźmi :) Życzę dobrych rzeczy w 2018 :) Niech Staś Zdrowo rośnie, a doba będzie dla Ciebie łaskawsza :) I nie przejmuj się krytykami ( wiem łatwo powiedzieć ) ale ludzie po prostu nie myślą o tym, że tekst na bloga to czas, sporo z nich pewnie myśli że to rach ciach i już jest.. Powodzenia :)

Niki
Gość
Niki

Moim największym sukcesem 2017, podobnie jak u Ciebie, jest mój majowy syn :) Największą porażką to, że zawiodłam męża, skupiając się za bardzo na dziecku :( Ale uczę się na błędach i końcówka roku w naszym związku, w naszej rodzinie, również zaczęła podchodzić pod sukces ;)

90ty.blog
Gość
90ty.blog

Podoba mi się otwartość w Twoim podejściu do finansowania bloga i współpracy biznesowej, większość blogerów wciąż robi z tego igły widły, a tu wszystko prosto z mostu :).

Irmina Liczbik
Gość
Irmina Liczbik

Sama zawsze cieszę się, że ktoś zarabia na blogu czy dzięki działaniu w sieci wprowadza na rynek własny produkty. Skoro ktoś dzieli się wiedzą, to dlaczego ma nie mieć czegoś w zamian? Dla mnie to piękne, że są takie możliwości i że coraz więcej osób z nich korzysta w umiejętny sposób:)

Powodzenia z książką!

Nieidealna Anna
Gość
Nieidealna Anna

Asiu obserwuje Cię od bardzo dawna. Wiesz, dziekuje, ze walisz prawda prosto miedzy oczy, bo to prawdziwe zycie. Prywatnie jako twoja czytelniczka, nie mam ci niccie do zarzucenia, rozumiem. Jako mama, rok po roku, rozumiem. Pisalam bloga na kolanie, a mimo to znalazlam sieand w rankingu JH jako Wschodzaca Gwiazda Blogosfery <3 jako czlowiek, ogarniam totalnie twoje wzloty i upadki i chce Ci powiedziec jedno: nie przejmuj sie tymi negatywnymi komentarzami. Wiem, ze jestes silna kobieta, ale robisz tak wiele, ze tylko ten kto ma podobna sytuacje zrozumie to bez mrugniecia okiem. Zycze ci zdrowia, spokoju i celebrowania macierzynstwa. Wszystko… Czytaj więcej »

Zuza Sadowska
Gość
Zuza Sadowska

Ogólnie nie piszę komentarzy w internecie prawie wcale, to chyba mój drugi kiedykolwiek. Bardzo lubiłam twoje „stare” teksty i to one mnie na bloga przyciągnęły, dodatkowo pomimo iż nie mam własnych dzieci to tematyka parentingowa bardzo mnie interesuje i kiedy ogłosiłaś, że spodziewasz się dziecka miałam nadzieję na wiele tekstów w „starym stylu” na temat przeżywania macierzyństwa, jak do tego podchodzisz, jak sobie z tym radzisz- emocjonalnie. Jednak takich tekstów jest bardzo niewiele i utonęły one w recenzjach i sponsorowanych teksach o produktach dla dzieci. Naprawdę, nie sądzę żeby ktokolwiek miał pretensje do ludzi zarabiających na blogach- tak jak napisałaś,… Czytaj więcej »

AnnaA
Gość
AnnaA

Dokładnie to chciałam napisać! Ja trafiłam na Twojego bloga, bo teksty, które pisałaś były niezwykle odważne, szczere i ciekawe. Pokazywały Twój punkt widzenia, ale też uczyły mnie czegoś. Czekalam na każdym nowy tekst. W tym roku przestałam. Jak widziałam kolejne wpisy, których celem była w zasadzie tylko reklama to wolałam czytać inne treści na innych blogach, które dla mnie były bardziej wartościowe. I absolutnie nie mam pretensji o zarabianie na blogu cieszy, że dobra praca jest nagradzana. Ale w tym przypadku teksty merytoryczne, albo „od serca” zginęły w całym morzu reklamowanych produktów i usług. Ty z kolei nie możesz mieć… Czytaj więcej »

Natalia Majer
Gość
Natalia Majer

Już raz Ci napisałam, ale napiszę jeszcze raz… w Polsce, na zachodzie czy wschodzie, moda na hejt nie znika :) i nie zniknie, więc nie ma co się tłumaczyć, rob swoje i zgodnie ze swoim sumieniem, bo to finalnie będzie zawsze najważniejsze. Sukcesy 2017? Podjęcie wstępnych kroków do realizacji postanowień na 2018r. Pierwszy raz mam postanowienia na nowy rok i dlatego rok 2018 nazywam „rokiem sukcesów”. – i od razu uznałam to za sukces 2017r., bo kończąc 29 lat nie boję się wejścia w 30tkę, czuję się pełna energii, chętna podjęcia wyzwań, których bałam się wcześniej. Nowy rok – nowa… Czytaj więcej »

Ewelina Mierzwińska
Gość
Ewelina Mierzwińska

To niesamowite, jak wiele przemyśleń mam podobnych do Twoich, jeśli chodzi o temat macierzyństwa! Spotkały mnie również komentarze o tym, że jak to tak AŻ tyle dziecka się pojawia – a to były pierwsze 3/4 miesiące życia i mój świat przechodził totalną rewolucję. Mogłam pisać o tym, co z dzieckiem związane albo nie pisać wcale. I tak naprawdę to te komentarze mocno do mnie trafiały, sprawiały że się spinałam i na siłę chciałam udawać, że nic się u mnie nie zmieniło i mogę dalej robić bez zmian to, co robiłam. Córka skończyła rok, a ja dopiero kilka miesięcy temu pozbyłam… Czytaj więcej »

Ewelina L.
Gość
Ewelina L.

Muszę przyznać, że jestem tutaj pierwszy raz- i raczej zostanę na dłużej bo pasuje mi Twój sposób pisania-na luzie, szczery i bez literackiej spiny. Rok 2017 był dla mnie wyłącznie rokiem porażek: związek do bani, w lipcu odszedł mój tata i nie miałam okazji się z nim pożegnać, we wrześniu straciłam pracę i tak dalej… Z nadzieją patrzę na obecny rok.
Życzę Tobie wszystkiego dobrego, niech dzieciątko rośnie zdrowo i gratuluję brązu-trzymam kciuki by kolejne było złoto i by udało się z książką :)

kubekczekolady
Gość
kubekczekolady

A tam, ja czytałam stare teksty i tak samo czytam nowe, bo po prostu lubię tu wpadać :) Teksty się zmieniły, bo Twoje życie się zmieniło, dla mnie proste i klarowne! Posty reklamowe są zazwyczaj dla mnie mniej interesujące, ale nie czuję potrzeby, żeby robić z tego powodu przytyki – wiem, że następnym razem pojawi się coś z inną tematyka i przeczytam z zainteresowaniem. Pozdrawiam :)

Natalia Trzcińska
Gość
Natalia Trzcińska

Hej Aśka! Jestem tu pierwszy raz, chyba z linka na blogu worqshop.pl. Jestem cichym czytelnikiem, to mój drugi komentarz. Przeczytałam ten tekst i tak sobie pomyślałam, co za normalna kobieta! Bez żadnych słodkich tekstów, bez różowienia rzeczywistości i zbędnego przedłużania. Na pewno przejrzę bloga i poszukam tekstów dla siebie. Trzymam kciuki za Twoją książkę i rozwijanie siebie!!!

Nev
Gość
Nev

„Dlaczego chcesz czytać za darmo to, co ktoś napisał, poświęcając swój czas, angażując się, rezygnując z innych rzeczy, dzieląc się z Tobą swoim doświadczeniem i wiedzą? Dlaczego uważasz, że powinnam pracować za darmo? I to właśnie dla Ciebie?” Dlatego, że tu jest internet. Rozumiem twoją frustrację, ale zakładając bloga powinnaś być świadoma, że za czytanie tekstów nikt nie będzie płacił (w końcu nawet płacenie za artykuły online na stronach gazet nie jest szczególnie popularne) i że twoja w tym głowa żeby poświęcając swój czas i zaangażowanie przyciągnąć i utrzymać czytelnika. Myślę że nikt tu nie ma ci za złe, że… Czytaj więcej »