Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Ja nie myślę o Tobie wcale

Idę ulicą. Przede mną duża, piękna kobieta. Ubrana w genialną, tiulową spódnicę – dokładnie taką, jaką nosiła kiedyś Carrie Bradshaw i jaką sama bym nosiła, gdyby tylko było mnie na nią stać. Na górze ma gorset, zgrabnie ściskający brzuch i tak eksponujący dekolt, że – choć nic się z niego nie wylewa – widzisz, że tymi piersiami mogłaby obdarować niejedną gwiazdę porno. Do tego gęste, czarne włosy, spływające jej aż do samego pasa. Myślę „zjawisko”, a tuż za mną ktoś prycha: „pfff, Fashionelka w rozmiarze XXL”.

Dlatego wściekła jak osa mierzę dwa chichoczące babsztyle i rzucam, że „klasa w rozmiarze XXS”.

CZŁOWIEK TO NIE MYDŁO

Nie wiem, jak wielkim trzeba być kretynem, żeby nie nauczyć się przez dobrych dwadzieścia lat życia – a tyle na oko miały – że człowiek to nie mydło i nie schodzi odmierzony od linijki z tej samej taśmy produkcyjnej. Wszyscy jesteśmy inni, wszyscy się między sobą różnimy. I to jest przecież w tym piękne. Mniej piękne jest to, że nie wszyscy mamy równe szanse. Różnimy się typami urody, kilogramami, centymetrami, czasem chorobami i kalectwami. Natomiast łączy nas jedno: wszystkim nam szacunek należy się tak, jak psu buda.

Wtedy, na tym chodniku, zazdrościłam tej większej dziewczynie. Z gracją szła w szpilkach, w jakich ja nie umiałabym nawet stać, ubrana była tak, jak ja odważyłabym się ubrać może na jakieś wielkie wesele i cała była tak spójna, tak konsekwentna w tym swoim przekazie, że zazdrościłam jej nie tylko urody, ciuchów i pewności siebie, ale i tego, że wow: ona ma przecież odwagę, której nie mam ja. I wystarczyły dwie młode siksy, żeby ten obrazek zrujnować. Bo przypadkiem ich tyłki były równie małe, jak mały musiałyby mieć wynik testu IQ.

WSZYSCY SIĘ PRZEJMUJEMY

Sama mam za sobą spore wahania wagi (przy moim wzroście 15 kg naprawdę robi różnicę) i wiem, że im mnie w obwodach mniej, tym dla wszystkich lepiej. Ale nie dlatego, że bardziej wpisuję się w jakiekolwiek kanony czy łatwiej wbić mi się w jeansy w Zarze, ale dlatego, że czuję się ze sobą lepiej i jestem wtedy szczęśliwsza. A w efekcie – milsza dla innych.

Pamiętam gorszy okres, te wszystkie zajadane smutki, niedopięte spodnie i narastające frustracje. Domyślam się, że bycie grubym to nie jest nic fajnego i przybiję piątkę każdemu, kto chciałby jednak schudnąć. Ale tak samo przybijam ją ludziom, którzy tej potrzeby nie czują. Którzy świetnie czują się w swoim ciele, a charyzmą i wdziękiem robią mi dzień jaśniejszym. Natomiast ludziom takim, jak te dwie dziewczyny, piątkę mogę przybić co najwyżej w twarz.

Niestety, wszyscy przejmujemy się opiniami innych. Moja tiulowa królowa też odwróciła wtedy głowę, a jej mina daleka była od ekstazy. Takie słowa bolą zawsze – jednych bardziej, innych mniej.  Ktoś powie, że „e tam, pierdoła”. Że po co przejmować się słowami obcych lasek. I będzie miał rację, ale to jedna z tych rad, które się powtarza innym, ale do których samemu nigdy się nie zastosuje. Oczywiście, że się tym przejmujemy. Oczywiście, że nie chcemy, aby nas krytykowano, wyszydzano i wyśmiewano. No chyba, że jesteśmy z PiS – wtedy ryzyko jest wpisane w zawód.

Natomiast pamiętajmy piękne słowa Jacka Piekary, że „nieważna jest obiektywna ocena bólu, lecz subiektywne cierpienie, jakiego doznajemy”. Krytyka to nie są „tylko” słowa. To słowa z konsekwencjami. Ktoś na nie odporny otrzepie kolana i pójdzie dalej. Ktoś inny po kolejnym takim upadku może już więcej nie wstać. Dlatego uważajmy na ciosy, jakie zadajemy. To, co dla jednych jest przygłupim żartem, dla drugich może być betonem, przytwierdzonym do nogi na środku oceanu.

A TY TEŻ MASZ ZEZA?

Dla wszystkich tych, którzy jednak chcieliby się uodpornić, a mimo prób nie potrafią, mam tytułowe słowa Coco Chanel. Noście głowę zawsze do góry i posyłajcie nimi na drzewo wszystkich krytykantów. Gdybym sama miała przejmować się wszystkim, co kiedykolwiek napisano o mnie w internecie, pewnie wylądowałabym w wariatkowie. Może nie na całe życie, bo też nigdy nie był to hejt największego kalibru, ale co najmniej na dobry turnus wakacyjny.

Największa szopka była wtedy, kiedy pracowałam w portalu biznesowym i musiałam pisać felietony polityczne. Naczytałam się tam, że pewnie płaci mi za to wujek Tusk, albo że jestem tak głupia, że muszę mieć kredyt we frankach. Żeby było zabawnie, do felietonu dołączone musiało być zawsze zdjęcie autora. W co drugim komentarzu mogłam więc przeczytać, kto by mnie puknął, a kto nie, kto by się ze mną ożenił, a kto dymał tylko przy zgaszonym świetle.

Tutaj, na blogu, dzieje się zwykle sielanka. Ale raz zdarzyło mi się na przykład przeczytać, że jestem pusta i mam zeza, choć nie zamieszczałam jeszcze wtedy żadnych swoich zdjęć. Widocznie są ludzie, którzy muszą czasem coś takiego z siebie wyrzucić. Dlatego mam na nich własną broń. Powtarzać sobie jak mantrę: „Nie obchodzi mnie, co o mnie myślisz. Ja nie myślę o Tobie wcale”.

PO CO?

Zastanówcie się teraz, czy i jak bardzo same przejmujecie się opiniami innych. Ile razy kupiłyście genialną kieckę i rzuciłyście ją w kąt tylko dlatego, że Wasz facet powiedział Wam, że Wasz tyłek jest w niej jednak za gruby? Ile razy zapłakałyście cicho w poduszkę, bo Wasza matka po raz kolejny dała Wam do zrozumienia, że jesteście bezwartościowymi, starymi pannami, którym na starość nikt nawet szklanki wody nie poda. Ile razy w końcu zajadałyście się pudełkiem lodów, bo jakaś wypindrzona dziunia z pracy zaśmiała się na widok Waszej drożdżówki, kiedy sama wciągała zbożowego batona?

A teraz zastanówcie się: po co? Po co się nimi przejmujecie, skoro tacy ludzie byli, są i zawsze już będą. Potraktujcie ich jak grypę – przecierpcie i róbcie swoje. Ja sporo uwag ucinam w jednym stylu. Wiecie, co mówię, kiedy ktoś mi wypomina, że ten tyłeczek to znowu jest jakby większy?

Jest, to jest. Na chuj drążyć temat?


fot. Rodion Kutsaev/unsplash.com

Instagram