Bo wszystkie mamy ten sam cel. Życie bez bólu

Ból jest nieunikniony, ale cierpienie jest wyborem.

Haruki Murakami

Pamiętam, jakby to było dzisiaj. Leżę w szpitalu po dość inwazyjnym zabiegu – niby wszytko poszło, jak trzeba, a jednak miesiąc później trafiłam tam znowu, tym razem z komplikacjami. Zdarzają się w 2 do 4 procent przypadków, więc czuję się trochę jak wygrany w Lotto, a trochę jednak jak frajer. Ale nie narzekam – no chyba, że na szpitalną kuchnię. W menu na zmianę: parówki, pulpety z ryb, pulpety z mięs, czekamy na pulpety z ludzi. Obok mnie leży kobieta, codziennie odwiedza ją mąż, raz trafia na porę obiadową. Zagląda więc w talerz i rzuca do pielęgniarki:

– Boże, kto u Was gotuje? Siostra Eutanazja?

KTO ZAADOPTOWAŁ MAŁEGO HINDUSA?

Dzisiaj mnie to bawi, wtedy przerażało. Kiedy w żyłach płyną Ci środki przeciwbólowe, a pielęgniarki żartują, że jeszcze trochę i będziesz jak najfajniejszy neon w mieście, bo zaczniesz się od tych mikstur świecić, to jednak sytuacja tylko z pozoru wydaje Ci się zabawna. A do tego codziennie zmieniają Ci się koleżanki na sali i w końcu trafia się ona – kobieta tak abstrakcyjna, że do dzisiaj nie wierzę, że naprawdę się przydarzyła. Miała z 55 lat, sporą nadwagę i – jak mi się początkowo wydawało – jeszcze większą wyobraźnię. Codziennie opowiadała, jak to sprawdza jej się wróżenie z natki pietruszki i dlaczego wierzy we wszystko, co mówią horoskopy.

Do tego dochodziły niestworzone historie o cudach, ozdrowieniach i Bóg jeden wie, czym jeszcze. Aż w końcu wypaliła, że 20 lat wcześniej zaadoptowała małego Hindusa. Tak mocno przewróciłam wtedy oczami, że bałam się, że mi ten grymas zostanie. Cała sala miała z niej wtedy ubaw, po czym minęło pół godziny i do sali wszedł… on. Hindus. Młody, przystojny i całkiem miły Hindus. To było tak nieprawdopodobne, że równie dobrze mogła wejść tam wtedy Królowa Śniegu albo Wróżka Zębuszka. No ale wszedł, był totalnie prawdziwy i – jakby tego wszystkiego było wtedy mało – miał na imię… Henio. Hindus Henio. Dzieci musiały mieć w szkole używanie.

Niestety, na tym mój osobisty limit nieszczęść wcale się wtedy nie wyczerpał. Kobieta chrapała tak głośno, że podobny dźwięk musi wydawać tylko przejeżdżający nam obok czaszki traktor. W połączeniu z niesamowitym bólem, który nie pozwalał mi każdego dnia zasnąć, wszystko jawiło mi się jak moja własna wersja koszmaru z ulicy Wiązów. I kiedy pewnej nocy nie pomogło nawet trzaskanie szufladami i krzyczenie, żeby się zlitowała, zrobiłam to, co każdy człowiek zrobiłby na moim miejscu. Poszłam do pielęgniarek i się rozpłakałam.

JAK CZEKAĆ, TO NA KSIĘCIA Z BAJKI

Nawet nie wiecie, jak wielka była moja radość, kiedy wreszcie stamtąd wyszłam. Kiedy po dwóch tygodniach opuszczasz szpital, dziwi i zachwyca Cię wszystko – to, jak wieje wiatr i to, jak świeci słońce. Masz wyostrzone zmysły i cieszysz się absolutnie wszystkim – jak dziecko, które właśnie puszcza latawiec na łące. Tylko w tej radości wciąż przeszkadza Ci jedno. To, co wcale nie zostało za szpitalnymi murami i towarzyszyć Ci będzie jeszcze przez kolejne tygodnie. Trzy litery, przez które widzisz świat jak przez mgłę. B, Ó, L.

Przez kolejny tydzień robiłam najgorsze, co można w takiej sytuacji zrobić. Czekałam. A przecież czekać to można na księcia z bajki, jak się ma pięć, w porywach do dziesięciu lat. Płakałam z bólu, zaciskałam zęby, leżałam i ciskałam we wszystkich piorunami. Wiedziałam, że ten ból jest teraz normalny i że z czasem minie, więc wolałam nie wchodzić mu w paradę. Chociaż na biurku piętrzył się stos recept, to jakoś nie miałam ochoty niczym się faszerować. Wytrzymałam tak kilka dni. Z perspektywy czasu, najgorszych dni, jakie tylko można sobie wyobrazić.

A przecież wystarczyło wybrać te cholerne tabletki i mieć to choć na chwilę z głowy. Dlatego kiedy w ręce wpadł mi Haruki Murakami i słowa, że ból jest nieunikniony, ale cierpienie jest wyborem, poczułam się jak największy gamoń świata. Jasne, że bolało, bo miało boleć. Ale nie bolałoby tak mocno i bez przerwy, gdybym sama zechciała sobie pomóc.

KIERUNEK OSLO

Wiem, że część z Was myśli podobnie. Że po co się truć, po co nam ta cała chemia. To ja tylko delikatnie przypomnę, że chemia jest wszędzie, a czasy męczenników mamy dawno za sobą,  więc nie warto tracić życia na dni pełne bólu, skoro tak łatwo można go dzisiaj uśmierzyć. Dlatego wiecie, co w pewnym momencie zrobiłam?

Kupiłam bilety do Oslo. Od lat mieszka tam moja najlepsza przyjaciółka, wtedy zbliżały się jej urodziny. Znajoma wpadła na pomysł, żeby zrobić jej niespodziankę. Kilka godzin walczyłam sama ze sobą – jak to, tak po szpitalu? Przecież mnie ciągle coś boli! Więc zdradzę Wam tajemnicę – wszędzie boli tak samo, bez względu na współrzędne geograficzne. I wszędzie boli tak samo mniej, jeśli człowiek w porę postanowi zareagować.

Dlatego nie zastanawiając się długo, zabukowałam bilety i zaczęłam szukać prezentu. Potem pakować walizkę i przeklinać wymiary, jakie ktoś ustalił na bagaż podręczny. W głowie kłębiły się dziesiątki myśli i dzięki temu hen, na szary koniec spadła ta, która wcześniej miała miejsce pierwsze. W ten prosty sposób udało się wreszcie pokonać ból i choć nawet już w Oslo bolało, to jednak przyjemniej się robi człowiekowi na sercu, kiedy do łez doprowadza go nie cierpienie, a śmiech przyjaciół, a dookoła roztacza się piękna Norwegia.

#KOBIETAJAKJA

Dlatego tak chętnie dołączam dzisiaj do akcji #KobietaJakJa i Was także gorąco do tego zachęcam. Tym bardziej, że do wygrania są świetne nagrody. Na czym polega zabawa? Zaczynasz od tego, że wypełniasz szybki quiz – dzięki 10 odpowiedziom na pytania określasz, jakim typem kobiety jesteś. Mnie wyszła artystka, ale na liście jest jeszcze kobieta modna, aktywna, mama i podróżniczka. Następnie pokazujesz, co osiągnęłaś dzięki temu, że sama pokonałaś ból. Może też zaliczyłaś swoją podróż życia? Przebiegłaś maraton? A może poszłaś na randkę i znalazłaś swego księcia z bajki? Możesz przysłać wideo, zdjęcie albo zwykły opis. To może być wszystko, bo każda historia jest na wagę złota. Pamiętajcie tylko, że jakość zgłoszeń się liczy, bo dzięki niej zwiększacie swoją szansę na wygraną! 

Do wygrania jest aż 25 świetnych voucherów o wartości do 500 złotych każdy. Drużyna artystek wykorzysta je na eventim.pl – zgarnąć można tam bilety na koncerty, festiwale, spektakle i jeszcze inne cuda. Marzy Ci się koncert Bryana Adamsa, Jimka albo Kings of Leon? Weź udział w konkursie, a nie będziesz musiała płacić za nie fortuny! To niezły sposób na to, żeby zrobić komuś prezent – w tym oczywiście i sobie!

Dlatego wbijajcie na stronę konkursową i dorzucajcie tam swoje historie. Mocno trzymam za Was kciuki i kibicuję – zwłaszcza moim artystkom! A na koniec, jedna myśl: Nieważne, jakim typem kobiety jesteś. Bez względu na wszystko, szkoda życia na ból.


Wpis powstał w ramach współpracy z producentem marki Ibum


fot. Julia Caesar/Unsplash.com

Instagram