Jak schudnąć 15 kg i znów uprawiać seks

Nie wiem, jak to jest być grubym przez całe życie. Wiem, jak to jest być grubym przez rok (tak, tak, grubym, a nie puszystym, bo puszysty to może być królik albo pies rasy chow chow) i dzisiaj opowiem Wam, dlaczego tyle mi już wystarczy. Od razu też uprzedzam, że szanuję wszystkie wybory i to, że sama wolę siebie w rozmiarze XS, nie znaczy, że uznaję to za ideał piękna. Każde ciało jest idealne, jeżeli tylko Ty sama dobrze się w nim czujesz i jednocześnie nie cierpi na tym Twoje zdrowie. 

54-44-68

Nie, to nie są wymiary, jak słynne 90-60-90. To wahania wagi, jakie zaliczyłam na przestrzeni pewnego roku. No, może z hakiem. Od czasów liceum aż do połowy studiów moja waga wahała się w okolicach 52-54 kg. Nie uprawiam sportu, nie jem zdrowo, a mięśnie oglądam tylko na filmach o byciu fit, więc przy wzroście 1,60 m była to naprawdę przyzwoita waga. Czyli taka, że nikt by mnie nie zatrudnił do reklamowania strojów na plażę, ale i nie było strachu, że jak założę koło ratunkowe, to będzie na mnie pasować. Słowem: był tak zwany złoty środek czy też względna stabilizacja.

Stabilnie przestało być, kiedy pojawiły się problemy ze zdrowiem. Za dużo obowiązków, stresu, nieprzespanych nocy. W efekcie – coraz mniej jedzenia. I to do tego stopnia, że ze swoich radosnych 54 kg w trochę ponad miesiąc zjechałam okrągłą dychę. Może na początku to było zabawne, bo jak człowiek nagle zaczyna kupować ciuchy o rozmiar mniejsze, to rośnie mu poziom samozadowolenia i nawet częściej się umawia na randki. Ba, kupuje też zupełnie inną bieliznę, jakby schudnięcie tych kilku kilo otwierało kolejne drzwi do zaczarowanej komnaty.

Tak zaczęło się dla mnie nowe życie. Fajniejsze, bo chudsze. Jarałam się jak pochodnia, tym bardziej, że już kiedyś wyryło mi się w głowie zdanie z wywiadu z Małgorzatą Sochą, że sukces jest w rozmiarze zero. Tymczasem sama osiągnęłam zupełnie inne zero: zero siły, wiary i ochoty. Waga ciągle leciała w dół, kupowanie coraz to mniejszych jeansów przestawało bawić, a na widok swojego nagiego ciała, które mignęło mi w lustrze w korytarzu w środku jednej z nocy, wpadłam zwyczajnie w płacz. Bo przecież już było spoko, a teraz znowu zaczęło być daleko od spoko. Bo z dnia na dzień przestałam właściwie jeść.

BYCIE GRUBYM NIE JEST FAJNE

Tak dobiłam do 44 kg. Plus: mężczyźni częściej nosili mnie na rękach. Zakładałam spódnice, których nigdy wcześniej bym nie kupiła, nosiłam szpilki, które ledwo pozwalały na utrzymanie względnej równowagi i flirtowałam z każdym, z kim tylko miałam ochotę. Bez wstydu, bez kompleksów, bez żadnych ograniczeń. Ktoś powie, że to próżność. A ja, że to pewność siebie. Bo od zawsze, niezależnie od tego, co wskazywała waga czy moje obwody, miałam w głowie przeświadczenie, że wygląd ma znaczenie. Nie dlatego, że wmawiają nam to kolorowe gazety, ale dlatego, że to wygląd w dużej mierze warunkuje to, jak się ze sobą czujemy. I chociaż podziwiam i szanuję dziewczyny o większych rozmiarach, które dobrze się ze sobą czują mimo sporej nadwagi, to przyznaję wprost, że ja tak nie potrafię.

Nie umiem czuć się dobrze, kiedy robią mi się skrzydełka na plecach i przy ściągnięciu łopatek z nagromadzonych fałd skóry mogę się bawić w anioła. Nie czuję się dobrze, kiedy skóra piecze mnie od robiących się nagle rozstępów ani kiedy ocierają mi się latem uda. Nie czuję się dobrze, kiedy na zdjęciach mam policzki dorodniejsze od tuczonego na siłę chomika, a w jeansy z liceum mogę włożyć tylko jedną nogę, a i to do poziomu łydki.

Nie czuję się też dobrze, kiedy stopa wylewa mi się z sandała, ani kiedy mierzę te same spodnie kolejno w rozmiarze 36, 38 i 40, i muszę prosić ekspedientkę o rozmiar 42, żeby nagle zaczęły pasować. Z całym szacunkiem dla tych, którzy się w tym odnajdują – sama nigdy w życiu nie powiem, że życie z nadwagą jest fajne.

SUKCES NAPRAWDĘ JEST W ROZMIARZE ZERO

A skąd wiem, że kiepsko jest być grubym człowiekiem? Ano stąd, że pewnego dnia wróciła chęć i umiejętność jedzenia. Do tego stopnia, że w ciągu dnia potrafiłam zjeść kilka batonów i kilka paczek ciastek. Czekolada, lody, makarony, pizza – wszystko było super i wszystko było wow. Po miesiącach głodu zwyczajnie się tym zachłysnęłam. I codziennie, stając na wagę, przesuwałam sobie granicę: no, jeszcze do 55 kg będzie ok. No, niech będzie, że do 60. Kurczę, no nie, max do 65. Obudziłam się, ważąc 68.

Część z Was powie, że to tyle, co nic. Że tyle waży normalna kobieta w wieku 25-30 lat. Tak, jeśli jest wyższa. Tak, jeśli uprawia sport. Jeśli zaś ma wzrost krasnala ogrodowego i jedyny maraton, jaki uprawia, to ten na trasie kanapa-lodówka, to przy takiej wadze może się ścigać na liczbę opon z ludzkiem Michelina. Naprawdę, wyglądałam źle. Nie mam z tamtego okresu żadnych zdjęć, bo zwyczajnie zaczęłam się siebie wstydzić. Natomiast doszłam do etapu, w którym: a) przestałam sypiać z facetami, b) przestałam rozmawiać z facetami, c) przestałam nosić ciuchy inne niż dres, d) przestałam publicznie jeść, e) przestałam wychodzić z domu i spotykać się z ludźmi. Bo było mi za siebie wstyd.

Dlatego tak, podtrzymuję tezę, że sukces jest w rozmiarze zero. Ale nie ten aktorski, czy związany z jakąkolwiek karierą, ale ten mój, prywatny, wewnętrzny. Bo z każdym traconym kilogramem wracała mi ulga i pewność siebie. Nie ma cudowniejszej rzeczy, niż odzyskanie kontroli nad własną głową i ciałem. Dlatego szlag mnie trafia, kiedy widzę dwa rodzaje komunikatów: z jednej strony te, zwane dzisiejszymi kanonami piękna i idealizujące modelki przesadnie wychudzone, a z drugiej te, będące zwykłą promocją otyłości i wmawiające, że nadwaga jest całkiem ok i żadna tam z niej choroba. No więc wyjaśnijmy sobie jedno: każda skrajność jest zła.

JEST NADWAGA, NIE MA SEKSU

Nie wiem, jak to jest uprawiać seks, mając nadwagę. Nie wiem, bo się nie odważyłam. Czułam się ze sobą źle i sama nie miałam ochoty na siebie patrzeć, a co dopiero myśleć o tym, że patrzeć miałby kto inny! Może gdybym miała wtedy stałego partnera, nie przeszkadzałoby mi to znowu tak bardzo. Ale rozebrać się przed kimś obcym, nowym? Dla mnie to było jak wystawić się na strzał. Zwłaszcza po miesiącach takiej świetności. Ze świetnie wyglądającej dziewczyny, która umawiała się z połową działu IT, stałam się obłą kulką, zajadającą ciasto w toalecie w pracy. Tak, tam. Żeby nie widzieli.

Nigdy nie zapomnę też słów kolegi, który na wpół zatroskany, na wpół rozbawiony, widząc mnie z zakupami na drugie śniadanie, rzucił mi beztroskie: ale Ty, to się już chyba w życiu najadłaś? Ciastka coraz częściej zaczęły wędrować do kosza, a ja postanowiłam, że czas najwyższy wziąć się w garść. Po to, żeby lepiej się ze sobą czuć, lepiej wyglądać i – tak, właśnie – znów uprawiać seks. Może kojarzycie taki cytat z Jakuba Żulczyka: Każdy normalny człowiek potrzebuje kogoś. Potrzebujemy być blisko. Skóra potrzebuje skóry. Tylko co zrobić, kiedy tej skóry za wiele się jednak ma i w sprawach uczuć i seksu działa to jak największy hamulec?

Mój sposób? To miłość. Zakochałam się na zabój w facecie z Facebooka. Poznała nas wspólna znajoma, bo wybieraliśmy się w trójkę na krótki urlop na słoneczną Majorkę. Najpierw rozmawialiśmy na wspólnym czacie, później już głównie we dwoje. A im bliżej wyjazdu, tym większa była panika: przecież nie pokażę mu się na oczy, ważąc tyle, co mały słoń!

MISJA: MAJORKA

I wtedy zaczęła się największa przygoda. Zielone koktajle zamiast morza ciastek. Woda niegazowana zamiast litrów coli. Codziennie Chodakowska z odznaczaniem treningów na kartce – po tygodniu powtarzałam za nią już wszystkie teksty, ale przy takiej kondycji nie stać mnie było na nic innej niż najlżejszy Skalpel. Później basen, żeby rozciągnąć trochę te zastałe mięśnie. Dacie wiarę, że za pierwszym razem zrobiłam zaledwie 12 długości? Po kilku tygodniach 70 to była już norma.

Do tego oczywiście bieganie. Spokojnie, powoli. Z przerwami na marsz, ale uparcie, zawsze po 5 km. Gorszy dzień? Trudno, maszerować trzeba do nocy. Mój ulubiony cytat motywacyjny z tamtych dni? Andrzej Bart: Najważniejsze to nie wpadać w panikę, a przede wszystkim, nie litować się nad sobą.

Serio, to działa. Żadnego rozmemłania w stylu: a, może sobie dzisiaj odpuszczę. Odpuścić to może Ci ksiądz grzechy na spowiedzi, tutaj zwyczajnie trzeba wziąć się w garść. Przy opcji, że jest się młodym, zdrowym i w pełni sprawnym człowiekiem, nie ma sensu zostawiać sobie miejsca na litość. I choć całe życie byłam najbadziej niezdyscyplinowanym człowiekiem na świecie, a jako tryb pracy najbardziej preferuję chaos, to tutaj nie było zmiłuj.

Wcześniej próbowałam diet przez internet, aerobiku, byłam nawet u dietetyka. Wszyscy głaskali mnie po głowie i mówili, że najważniejsze to pracować we własnym tempie, a efekty przyjdą z czasem. Szczerze? Z takim podejściem gruba bym się zestarzała. Jasne, że każdy człowiek jest inny, ale u mnie zadziałało dopiero stanowcze powiedzenie sobie „dość”. Był rok chudnięcia, był rok obżarstwa, wszystko po omacku i z fatalnymi efektami. To teraz skupiłam się w pełni na sobie, bo czekał na mnie wymarzony chłop.

I wiecie, co? Dojście do obecnej wagi zajęło mi trochę ponad rok. Zrzuciłam 18 kg, dziś ważę trochę ponad 50. I… jest pięknie! Niczego się nie boję, niczego się nie wstydzę. Jem słodycze, kiedy chcę i nie mam problemu z tym, że ktoś wtedy na mnie patrzy. Nie stresują mnie wyjścia na imprezę, przymierzanie ciuchów, paradowanie po domu w majtkach ani – tym bardziej – seks. I nie pamiętam, kiedy byłam bardziej szczęśliwa. Bo w moim przypadku sukces naprawdę jest w rozmiarze zero. To pozbycie się kompleksów, wiara w siebie, samozadowolenie, samoakceptacja i dzika radość, że umiało się o siebie zawalczyć. I wszystkim Wam to serdecznie polecam.

KAŻDA SKRAJNOŚĆ JEST ZŁA

Dlatego mam dla Was dzisiaj jedną radę: nie słuchajcie innych, słuchajcie siebie. Dla kogoś ideał może ważyć 70 kg, dla kogoś 100, a dla kogoś 50. I każde podejście jest w porządku tak długo, jak długo nie kłóci się z Waszym zdrowiem i psychicznym komfortem. Jeżeli macie świetne wyniki i świetnie się też czujecie, to nie dajcie sobie wmówić, że jesteście za chude. Ja ciągle słyszę to od mamy. Za chudy to może być boczek i wtedy smakuje źle. Natomiast człowiek idealny jest wtedy, kiedy idealnie się ze sobą ma.

Nie wtedy, kiedy ma wymiary 90-60-90, ani kiedy w Zarze wkłada ciuchy w rozmiarze XS. Tylko wtedy, kiedy czuje, że żyje pełnią życia, ma w sobie ogromne pokłady energii i niespożytych sił. I chociaż od razu przypomina mi się Bridget Jones i jej wiara w to, że zawsze można znaleźć szczęście, nawet mając tyłek wielkości dwóch kuli do kręgli, to sama wychodzę z założenia, że można, ale po co? Jeżeli lepiej czuję się z tyłkiem o połowę mniejszym, to nic nikomu do tego. Nieważne, co myślą o mnie inni – ważne, bym szczęśliwa w tym wszystkim była ja. 

A tymczasem przez bardzo długi czas byłam skrajnie zrozpaczona, bo zdominowałam liczbami swoje własne życie: a, kupię nowe jeansy za 5 kg, umówię się z facetem za 10, do łóżka pójdę może za 15. I tak się w tym zawzięłam, że przez prawie rok chodziłam w jednej parze spodni, aż mi się na udach przetarły. Ktoś powie: głupota. A ja powiem, że żaden sposób walki ze swoimi słabościami nie jest głupi, jeśli tylko działa.

Więc widzicie: da się? Da się. Da się przekraczać własne granice, próbować rzeczy nowych i osiągać w nich sukcesy. Da się eksperymentować, stawiać na samorozwój, ćwiczyć własny umysł i ciało. Da się w końcu wyznaczać sobie cele i dzień po dniu konsekwentnie je realizować, choćby inni łapali się za głowę z pytaniem: co Ty robisz? Najważniejsze to znać i lubić siebie i walczyć o to, aby każdego dnia było nam w życiu pięknie.


ZA WSZYSTKIM STOI… SKYN™

Przyznaję bez bicia, że to jeden z najtrudniejszych wpisów, jakie dla Was przygotowałam. Chociaż jestem fanką szczerości i bezkompromisowości, to są jednak tematy, o których publicznie mówi się niełatwo. Ale odezwała się do mnie marka SKYN™, której manifestem jest przekraczanie własnych granic i satysfakcja z osiągniętego celu.

Znani od lat jako producent prezerwatyw, postanowili opracować… sportowy strój. Tak zaprojektowali unikalny kombinezon dla skoczków w dal – lekki, wytrzymały i współgrający z ruchem ciała. Co ciekawe, projekt został wykonany z tego samego materiału, który używany jest do produkcji prezerwatyw – dzięki temu pozwala czuć naprawdę wszystko.

SKYNFEEL™ APPAREL to więc projekt na miarę dość szalonego eksperymentu, zaś wyjątkowy charakter nadają mu wypustki, opracowane na wzór skrzydeł ważki i ulokowane na rękawach i nogawkach. Wykonane z cienkiej warstwy, zostały wzmocnione siatką z wycinanego laserowo materiału. Zaprojektowano je tak, aby przylegały do ciała w czasie rozbiegu, a otwierały się przy skoku. Dzięki temu cała konstrukcja jest bardziej aerodynamiczna i pozwala sportowcowi lepiej się wybić się i utrzymać w powietrzu dłużej.

Co zaś wspólnego ma moja historia z historią marki? Otóż SKYN™ realizuje w ten sposób drogę… z sypialni na bieżnię. U mnie historia potoczyła się w odwrotnym kierunku – z bieżni do sypialni. Bo dopiero w momencie, kiedy zawalczyłam o własne ciało, udało mi się odzyskać wewnętrzną równowagę i znowu czerpać radość z życia i seksu. Łączy nas więc wspólna filozofia, która mówi o przekraczaniu własnych granic – dawaniu z siebie 100 procent i byciu skoncentrowanym na celu, choćby pozornie był on daleki. Czego i Wam życzę!

A na deser – film. Tak strój wygląda w akcji:

I tak, naprawdę jest z tego samego materiału, co prezerwatywy:

SKYNFEEL_SHOOT2821 round1 CROPPED SKYNFEEL 1971 CROPPED SKYNFEEL 2634