Zadbaj wreszcie o siebie

To było kilka lat temu. Pracowałam wtedy w redakcji portalu, dumnie nazywanego biznesowym. Mieliśmy siedzibę na dziewiątym piętrze nowo wybudowanego biurowca, po wejściu do którego człowiek miał wrażenie, że tu jest jakby luksusowo. Byłam młoda i głupia, a do tego miałam syndrom psa, spuszczonego z łańcucha. To znaczy: pies spuścił się z niego sam, to jest wyprowadził od swojego faceta i myślał, że życie stoi przed nim otworem. Niestety, nie wiedział jeszcze, że tym otworem jest dupa.

JAK TO JEST BYĆ SINGLEM

Na pierwszy rzut oka wydaje Ci się, że jest super. Wszystko możesz, nic nie musisz. Wydajesz wypłatę na naprawdę świetną bieliznę i przechodząc korytarzem zastanawiasz się, z kim chciałabyś jej dzisiaj użyć. Oczywiście, wcale tego nie robisz, ale potrzebujesz myśleć o sobie z poczuciem wyższości i czuć się trochę jak królowa życia, a nie wiecznie ot, giermek. Natomiast rzeczywiście, porę dnia wyznaczają Ci obowiązki w pracy, a porę nocy – wychylone drinki. Od tamtych czasów mam jedną zasadę – po siódmym przestaję już liczyć.

I kiedy tak chłonęłam wtedy uroki bycia singlem i umawiałam się z facetami, a złośliwa przyjaciółka podpytywała, czy chociaż zmieniam między nimi pościel, dostałam w końcu porządnie w twarz. Cios był mocny, bo niespodziewany, to znaczy: przyszedł od osoby, na której zdaniu naprawdę mi zależało. Bez dwuznaczności. Świetny facet, przykładny mąż i ojciec, a do tego cholernie dobry dziennikarz. Kiedy po raz trzeci w tym samym tygodniu (a była dopiero środa) wpadłam do pracy na takim kacu, że ledwo potrafiłam trafić tyłkiem w fotel, podszedł, popatrzył z politowaniem i rzucił: wiesz, ja myślę, że Ty byś była szczęśliwsza, gdybyś trochę o siebie zadbała.

Pierwsza reakcja? Spierdalaj. Mam dobre ciuchy, jeszcze lepsze buty, porządny makijaż, świeżo pomalowane paznokcie. I nawet kreska eyelinerem zrobiona jak od linijki. Przecież na pierwszy rzut oka wszystko gra! Dopiero po chwili przyszła refleksja. A co, gdyby rzucił też drugi?

CO JEST FAJNE, A CO NIE

Bo widzicie, fajnie jest udawać, że macie wszystko w dupie, a karuzela gna. Fajnie jest bawić się do rana i odsypiać na biurku w robocie. Mniej fajnie, kiedy zorientujecie się, że stoi za tym nie Wasze towarzyskie usposobienie, a świadomość, że kiedy człowiek wróci do domu, będzie w nim kompletnie sam. Sam ze swoimi myślami, potrzebami, pragnieniami. Że będzie musiał pomyśleć chwilę o sobie i – o ile nie zagłuszy tej chwili samotności pierwszym lepszym serialem – będzie musiał skonfrontować to, co chciałby mieć, z tym, co aktualnie ma. A ja nie miałam wtedy nic.

Dlatego jeśli pochłania Was wir zajęć, zastanówcie się, z czego on tak właściwie wynika. Czy naprawdę jesteście pracoholikami z natury, a Wasze samopoczucie rośnie proporcjonalnie z liczbą nadgodzin, czy może ta praca to ucieczka od siebie. Czy dlatego zostajecie w robocie, bo chcecie, czy dlatego, że nie macie do czego wracać. Albo to, do czego wracacie, nie jest tym, czego chcecie.

Oczywiście, praca to tylko jedna z możliwych dróg ucieczki. Inna to wieczna impreza. Od drinka do drinka, od nowej sukienki do proszenia przyjaciółki, żeby w kiblu w klubie przytrzymała Wam włosy. Zastanówcie się, czy bawicie się od zmierzchu do świtu, bo za Beatą Kozidrak chcecie śpiewać „płynie w nas gorąca krew”, czy dlatego, że muzyka zagłusza zarówno myśli, jak i słowa.

Kolejna świetna droga? Alkohol. Moim idolem w tamtych latach był Charles Bukowski. Jak mantrę powtarzałam więc słowa: Kiedy pijesz, to świat nadal gdzieś tam sobie istnieje, ale przynajmniej na chwilę zdejmuje ci nogę z gardła. No i rzeczywiście zdejmował. Nieważne, że tylko na chwilę.

I kiedy tak na zmianę upijałam się whisky, tańcem i pracą, starałam się nieustannie uciekać przed sobą. Efekt? Jedno zdanie z kalendarza. Trochę jak klucz, który po latach otwiera w głowie wszystkie zamki. Wiecie, jak brzmiało? To ludzka rzecz, pomylić najebanie z miłością.

ULUBIONA POZYCJA? DYSTANSU

Bo bardzo, bardzo mocno potrzebowałam wtedy miłości. Nie seksu, a zainteresowania. Opieki, zrozumienia, zaangażowania. To były całkiem normalne potrzeby. Chciałam aprobaty, podziwu, czułości. Nie zaraz tam noszenia na rękach. Ot, zwykłego przytulenia.

I chociaż bardzo chciałam to w sobie zagłuszyć, a wszystkich, którzy mi w tym przeszkadzali, mieć zwyczajnie w dupie, to szybko okazało się, że nie jest ona taka znowu pojemna. Że nie da się żyć bez wsparcia, a rozmowy zamienić na zabawę, alkohol, robotę. Nie da się kazać wszystkim od siebie odpieprzyć, bo szybko okazuje się, że nie mamy wystarczająco dużo środkowych palców.

I chociaż w życiu nie lubiłam jogi, to do perfekcji opanowałam wtedy pozycję dystansu. Tak bardzo, że dystansowałam się nawet od siebie. I kiedy tylko dopadał mnie gorszy dzień, w głowie rozbrzmiewała mi Krystyna Janda. Mówię do siebie: NIE MYŚL! Jest tyle kobiet, które nie myślą i jakoś im idzie.

Natomiast dzisiaj z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć: nie idźcie tą drogą. Nie zagłuszajcie problemów. Nie zapijajcie ich, nie zajadajcie, nie zapracowujcie. Myślcie. Zadbajcie o siebie, bo jedną siebie macie. Często wydaje nam się, że chwilę jeszcze możemy tak żyć. Że na wszystko mamy jeszcze czas. Tymczasem jest znacznie później, niż nam się wydaje.

TEORIA PIĘCIU MINUT

Dlatego jedna prośba: nie odbębniajcie życia, byle do jutra. Nie żyjcie od poniedziałku do piątku czy od pierwszego do pierwszego. Dbajcie o to, by celebrować każdy dzień, ale nie lampką szampana i kanapeczką z kawiorem. Po prostu – chwilą dla siebie.

Jest nawet taka teoria, teoria pięciu minut (pisałam Wam o niej już tutaj). Polega na tym, aby każdego dnia mieć chociaż tyle dla siebie. Przez pierwszą minutę, dwie, przez głowę przejdzie Wam burza. Tego, co już dzisiaj zrobiłyście, co jeszcze macie do zrobienia. Ale po drugiej, trzeciej minucie przyjdzie w końcu refleksja.

Miałaś czas, żeby przeczytać ten tekst? W takim razie tych pięć minut też jeszcze znajdziesz. Usiądź, zwolnij, pomyśl. Przestań udawać, że nie masz czasu, bo dla kogo miałabyś go mieć, jeśli nie dla siebie?


PS. Wiecie, że dziś są 69. urodziny Stanisławy Celińskiej? Uwielbiam tę kobietę. I podrzucam Wam jedną piosenkę:

fot. Julia Caesar/unsplash.com

Instagram