Nanga Parbat vs. człowiek, czyli nie mów innym, jak powinni umierać


Zimowa wyprzedaż w Zalando! Rabaty do -70%


Jest takie ładne zdanie: nie umrzesz za mnie, więc nie mów mi, jak mam żyć. Ja bym poszła tu dalej: nie mów też, jak powinienem umierać. W świetle ostatnich wydarzeń pod Nanga Parbat te słowa nabierają zupełnie innego wydźwięku. Mocnego, tragicznego. Bo oto podczas zdobywania jednego z najtrudniejszych szczytów na świecie ginie człowiek. Człowiek, który próbował w swoim życiu zdobyć go już SIEDEM RAZY. Który był doświadczonym himalaistą, dla którego pasja stała wyżej nad własnym bezpieczeństwem. Który zdecydował się na jedno z największych poświęceń i który – choć pokonał wreszcie szczyt, o którym przez tyle lat marzył, to finalnie też sam został przez niego pokonany. 

Tomasz Mackiewicz najpewniej nigdy już nie rozstanie się z Nanga Parbat. I za tę decyzję, ten wybór i tę odwagę – należy mu się szacunek. 

NANGA PARBAT ZABIJAŁA JUŻ WCZEŚNIEJ

Dla niewtajemniczonych: cały dramat rozpoczął się już kilka dni temu, kiedy Tomasz Mackiewicz razem z Francuzką Elisabeth Revol zaczęli mieć kłopoty podczas próby zdobycia Nanga Parbat. Jeśli nigdy wcześniej o nim nie słyszeliście, Nanga Parbat to szczyt w Himalajach, wznoszący się na terenie Pakistanu. Szczyt do tego nie byle jaki, bo liczący ponad osiem tysięcy metrów nad poziomem morza i stanowiący dziewiąty co do wysokości szczyt świata. Jeszcze nie tak dawno był przedostatnim obok K2 ośmiotysięcznikiem, jakiego nie zdołano zdobyć zimą. Pierwsze wejście udało się dopiero ok. 50 lat temu i od tamtej pory kolejne ekipy próbują swoich sił w starciu z gigantem. Jedne odnoszą sukces, inne schodzą na dół z podkulonym ogonem. Jeszcze inne – przypłacają te próby życiem.

Losy Mackiewicza i Revol skomplikowały się, kiedy Mackiewiczowi organizm zaczął odmawiać posłuszeństwa i zapadł na dwie poważne choroby. Pierwsza z nich, choroba wysokościowa, to właściwie cała grupa problemów: zaczyna się od zawrotów głowy, nudności i problemów ze snem, mogą dochodzić też omdlenia czy halucynacje. Druga to ślepota śnieżna, która – wbrew nazwie – wcale nie oznacza, że Mackiewicz zupełnie stracił wzrok. Doznał po prostu ostrego zapalenia spojówek, które nagle zostały wystawione na zwiększone promieniowanie ultrafioletowe. To trochę tak, jakby oparzyć sobie oczy od słońca. Człowiek odczuwa światłowstręt, z bólu kurczy powieki, cierpi też na ból głowy.

W takim stanie w nocy z czwartku na piątek na wysokości 7200 m zostawiła go Revol. Nie dlatego, że nie chciała mu pomóc, ale dlatego, że już nie mogła. Mackiewicz już wtedy był w stanie agonalnym, miał odmrożone nogi, nie mógł się samodzielnie poruszać. Jedyny ratunek mogła mu przynieść ekipa ratunkowa. I o tej ekipie mówi dzisiaj cały świat.

AKCJA RATUNKOWA NA NANGA PARBAT PRZEJDZIE DO HISTORII

Na ratunek Revol i Mackiewiczowi wyruszyli Adam Bielecki i Denis Urubko – dwaj fenomenalni i odważni himalaiści, którzy dokonali czegoś niewyobrażalnego. Trasę, którą przy optymistycznych założeniach powinni byli pokonać w 16 godzin, zrobili w 8. W temperaturze wynoszącej ok. -40 stopni Celsjusza.

– Myślę, że po drodze Adam Bielecki i Denis Urubko pobili jeszcze rekord świata w szybkości przechodzenia w ścianie na Nanga Parbat. Pokonali 120 metrów w pionie, w nocy, po ciemku – relacjonował dla wprost.pl prezes Narodowego Centrum Górskiego, Bartosz Krawczak.

– Helikopter wysadził ich pod ścianą. Zrobili coś niesamowitego. Ok. 1200 metrów w 8,5 godziny. Dotarli do Revol i jak łączyłem się z nimi pod Nangą, brzmiało to dość tragicznie. Eli miała odmrożone ręce i stopy. Mówili, że będą musieli ją opuszczać. Spędzili tam parę godzin, czekali do świtu. Podali jej tlen, niezbędne lekarstwo, może nawodnili i podali coś do jedzenia. O świcie zaczęli schodzić. Ta ściana jest bardzo trudna, początek był wolny. Ale jak doszli do dolnego lodowego kuluaru, zaczęli schodzić szybciej. Sam się zdziwiłem. Ta akcja to był majstersztyk, świetnie przygotowana – opowiadał na antenie TVN24 Janusz Majer, prezes Polskiego Himalaizmu Zimowego.

Czy to wystarczy, aby okrzyknąć ich bohaterami? Bez dwóch zdań. Zwłaszcza, że ryzykowali własnym życiem, decydując się na to w ekspresowym tempie i organizując akcję ratunkową. Zwłaszcza Urubko musiał zmierzyć się jeszcze z innymi swoimi demonami.

– Pamiętam, jak Denis kilka lat temu mówił mi z przekonaniem, że pod Nanga Parbat już się nie pojawi, bo tam w 2013 roku doszło do zamachu terrorystycznego, w którym talibowie zamordowali kilku jego przyjaciół. Opowiadał, że nie mógłby tam, pod szczytem, podawać ręki ludziom, którzy mogą mieć krew na rękach. Ale, kiedy trzeba było ratować życie człowieka, Denis chciał to zrobić za wszelką cenę – napisał Jakub Radomski na łamach serwisu przegladsportowy.pl.

I uratowali. Uratowali przemarzniętą Revol, która poza odmrożeniami nie doznała zdaje się cięższych obrażeń. Teraz – dzięki ich odwadze i zdeterminowaniu – jest już bezpieczna. W przeciwieństwie, niestety, do Tomka.

NANGA PARBAT POKAZAŁA, ŻE MÓWIĆ NALEŻY MĄDRZE ALBO WCALE

Jeden ze scenariuszy zakładał, że uratować uda się także pozostawionego na wysokości Mackiewicza. Nadzieje rozwiała jednak sama przyroda.

– Niestety, warunki się pogarszają, wiatr na górze się wzmaga, jego prędkość dochodzi do 80 km na godzinę. Prognozy nie są optymistyczne, zapowiadane są na wieczór opady, a nawet burza śnieżna. W tej sytuacji akcja ratunkowa po Tomasza nie jest możliwa – tłumaczył Polskiej Agencji Prasowej Majer, cytowany przez rmf.fm.

Ale to nie były jedyne powody, dla których akcja nie miała większego sensu. Po pierwsze, Revol wprost przyznała, że Mackiewicz był w stanie agonalnym w momencie, w którym go zostawiała. To, aby zdołał przeżyć w takich, a nie innych warunkach przez tyle kolejnych godzin, jest właściwie niemożliwe. Po drugie, Bielecki i Urubko, po heroicznym ocaleniu Francuzki, sami potrzebowali odpoczynku. Oni nie poszli na spacer do parku – oni wszystkimi siłami, w katastrofalnych warunkach, ratowali jedno życie, ryzykując własnym. Podłością byłoby oczekiwać od nich, że bez odpoczynku i szans na regenerację wycieńczonych organizmów, pójdą ratować drugie. Zwłaszcza, że w przeżycie Tomka nikt już chyba nie wierzy.

Tymczasem na Twitterze Vanessa O’Brien – Brytyjka, która zdołała zdobyć K2 – napisała, że nie może uwierzyć, że nie poszli wyżej. Że wszyscy ci, którzy cieszą się z uratowania Revol, mają teraz krew na rękach. I ja nie miałabym może żalu, gdyby napisał to Mariusz z VIc albo jakiś Seba, spędzający wieczór z piwerkiem pod blokiem. Chociaż nie – nawet wtedy bym go miała, bo nie wierzę, że komukolwiek z choćby minimalnym poziomem empatii decyzja o pozostawieniu Tomka może wydawać się łatwa. Przeciwnie, to musiała być decyzja najtrudniejsza z możliwych. Nigdy nikomu nie życzę, aby musiał wybierać między życiem cudzym a własnym. Aby nie musiał ratować innych, ryzykując tak wiele. Ale tym mocniej nie mogę zrozumieć człowieka, który był tam, w górach, i napisał to, co napisał. Nie chcę przywoływać słów, które cisną mi się teraz na usta, kiedy o tym myślę, więc niech za komentarz posłuży zdanie z Marka Twaina: Lepiej jest nie odzywać się wcale i wydawać się głupim, niż odezwać się i rozwiać wszelkie wątpliwości. 

NANGA PARBAT KONTRA RYCERZE INTERNETU

Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego musiałam napisać ten tekst. A właściwie, dziesiątki, jeśli nie setki powodów w postaci wszechwiedzących internautów, bez cienia skrępowania rozrzucających swoje obrzydliwe komentarze po wszelkich zakątkach internetu. Komentarze, krzywdzące rodzinę Tomka, jeśli to czyta. Krzywdzące Bieleckiego i Urubko, których – zamiast wychwalać teraz pod niebiosa – miesza się z błotem i nazywa tchórzami. Ich bliskich, którzy przeżywali godziny grozy nie wiedząc, ile osób zabierze tym razem Nanga Parbat. I w końcu – wszystkich himalaistów, których nagle nazywa się idiotami, ryzykantami, ludźmi nieodpowiedzialnymi i bez krzty wyobraźni.

Nie zakładam, że tacy ludzie trafiają też tutaj. Ale jeśli macie ich wśród swoich znajomych, reagujcie. Nie pozwalajcie mieszać tych ludzi z błotem. Ludzie, dla których wspinaczka jest całym życiem, to nie są wariaci, którzy sami proszą się o śmierć i o których w chwilach krytycznych można napisać, że sami się o nią prosili. To ludzie, którzy mają pasję. Jakiś kierunek w życiu, swój sposób na nie. To ludzie, gotowi zapłacić cenę najwyższą z możliwych, byle realizować własne marzenia. To w końcu ludzie, którzy poświęcają całe lata na to, by przygotowywać się do robienia rzeczy, od których my dostajemy ciarek od samego wyobrażenia. Ilu z nas byłoby na to stać? Ilu z nas robi zawsze to, co chce i kocha, nie przejmując się tym, co pomyślą o tymi inni? To raz.

Dwa, że w momencie, kiedy ci wszyscy geniusze i domorośli sędziowie zbijali bąki w swoich ciepłych domach, ewentualnie urabiali się po łokcie w jakiejś gówno wartej pracy, Mackiewicz uczył w Indiach trędowate dzieci. Nikt tego nie sprawdził, prawda? Nikt nie przeczytał, jakim był człowiekiem, jak żył przed wyprawą? Od razu uprzedzę – w młodości był też uzależniony od heroiny i leczył się w Monarze. Ktoś powie: o, jeszcze lepiej! Nie dość, że wariat, to jeszcze ćpun! Więc ja zapytam: ilu ma siłę i odwagę, by wyrwać się z nałogu? Ilu szarpie się ze swoim życiem tak długo, aż odnajdzie w nim spokój, ukojenie i pasję? Jemu się to udało. Miał coś, dla czego chciał żyć i dla czego był gotowy umrzeć.

– Był postacią niezwykle barwną. Żył w sposób w jaki większość naszego społeczeństwa by nie potrafiła. I chyba też to jego odejście odbyło się w takim stylu, jak całe jego życie – mówił w rozmowie z TVN24 Janusz Majer i tak komentował wyprawę na Nanga Parbat:

– Dla Tomka Nanga to było marzenie. Chciał na ten szczyt wejść zimą. Pojechał kolejny raz, to była jego siódma wyprawa. Cena, jaką zapłacił, jest potworna. To była jego decyzja, apeluję o zaakceptowanie tej decyzji. Tomek został na tej górze, którą tak kochał.

NANGA PARBAT TO MIEJSCE NA ŚMIERĆ DOBRE, JAK KAŻDE INNE

I teraz wracamy do samego początku. Nikt nie ma prawa dzielić śmierci na głupie i mądre. Nikt nie ma prawa mówić innym, jak mają żyć, a tym bardziej – jak mają umierać. A takie komentarze widywałam najczęściej. Że przecież sam się o tę śmierć prosił, że gdyby nie poszedł, to by nie umarł. Więc ja podpowiem: wszyscy umrzemy. Przepraszam za bezpośredniość, ale tak wskazuje statystyka. Jedni z nas zginą w wypadku samochodowym, inni umrą na zawał, jeszcze inni na raka. Mackiewicz umarł, robiąc to, co najmocniej kochał. Nie w kraksie, nie w szpitalu, nie w domu, nie w fotelu przed telewizorem. Umarł z jednej strony po cichu, w miejscu, do którego tak mocno go ciągnęło. Z drugiej jednak – tak spektakularnie, że teraz jego nazwisko poznał cały świat.

Dlatego nie zgadzam się na mówienie, że akcja na Nanga Parbat to historia ludzkiej głupoty. To historia wielkiej miłości, pasji, poświęcenia i heroizmu. Historia, która mogła mieć zupełnie inny finał, ale miała jednak ten, a nie inny. A rozprawianie teraz o tym, czy ubezpieczenie było wystarczające, czy słusznie zrobił, osieracając dzieci i czy nie mógł przygotować się do akcji lepiej, są naprawdę bez sensu. Nie mówię, że każdy ma żyć, jak on. Nie mówię nawet, że ktokolwiek ma go za to chwalić. Mówię tylko, że każdy ma prawo wyboru. Że każdy ma prawo decydować o sobie, o swoim życiu i o swojej śmierci. O tym, czy i jak wiele jest w stanie zaryzykować. Mówię w końcu o tym, że czasem – zamiast coś powiedzieć – można się po prostu zamknąć. Bo teraz jest czas na inne słowa i na inne emocje. Na żałobę, smutek, wzruszenie, empatię, na wsparcie. Nie na krytykę, obelgi i oskarżenia.

Bo naprawdę, umrzemy wszyscy. A póki co, szanujmy się trochę.


Zdjęcie: Robert Ulph/fotolia.com
grupa na fb fajne dziewczyny
ikona zapisu do newslettera

Instagram