Zakaz wstępu z dziećmi do restauracji? A może zastanówmy się chwilę nad ich rodzicami

Co jakiś czas w mediach pojawia się mniej lub bardziej ekscytująca dyskusja, która polaryzuje nasze i tak już wyjątkowo skłócone społeczeństwo. Ostatnie miesiące to niekończąca się opowieść o środowiskach LGBT. Za rogiem czają się już skandale, afery i wszelkie brudy będące idealnym orężem w walce w nadchodzących wyborach. Ledwie zdążyliśmy ochłonąć po śmierci Piotra Woźniaka-Staraka, która de facto pokazała, jak bardzo zawistni jesteśmy, a już trzeba rozgrzewać kłykcie do walki o swoje w kwestii dzieci w hotelach i restauracjach. Chwilę temu furorę w sieci robiła przecież dopłata za bachora, jaką jeden z polskich hoteli doliczył pewnej rodzinie, a już pojawia się pomysł, by wprowadzać do restauracji zakaz wstępu z dziećmi. Dlatego i ja dorzucę dzisiaj swoje trzy grosze. I jako bywalec restauracji, i jako ojciec niesfornego dwulatka. 


PARMA I RUKOLA, SZYBKI PRZEPIS NA SŁAWĘ

Dla tych, którzy nie mają TV, internetu i generalnie żyją w chatce w Bieszczadach (i ja Wam często tego zazdroszczę), spieszę donieść, iż polski Facebook, fora dyskusyjne i telewizje śniadaniowe żyją ostatnio sprawą poznańskiej restauracji, która opublikowała kontrowersyjny dla wielu komunikat. Otóż w związku z zachowaniem gości i ich dzieci w lokalu, właściciele zdecydowali się ograniczyć wejście do restauracji dla dzieci poniżej 6. roku życia oraz towarzyszących im opiekunów.

Nie chcę oceniać samej formy przekazu. Nie mam też doświadczenia w tego typu kwestiach, aby ocenić, czy lepiej byłoby wprowadzić taką zmianę „po cichu”, czy jednak z grubej rury zakomunikować to wszystkim tak, jak zrobili to właściciele. Niemniej, ten post rozpoczął całą karuzelę oskarżeń. Oczywiście zaczynając od bezprawnej dyskryminacji, przez brak kultury rodziców, aż po złe wychowanie dzieci. Chcąc nie chcąc, dyskutujący dołączyli do dwóch dość wyraźnie klarujących się od dawna obozów. Są więc rodzice, są i bezdzietne pary z singlami. Ta dyskusja trwa sobie w najlepsze, festiwal wyzwisk ciągnie się w nieskończoność, a sama wymiana argumentów jest nasycona frazami typu „madka” i „lambadziara” niczym dobra kasza skwarkami, jak to mawiali w „Samych Swoich”.

I tak się przekrzykują wszyscy. Jedni domagają się wycofania tej decyzji i ostrzegają inne knajpy przed takim zachowaniem. Drudzy kibicują i domagają się więcej takich miejsc. A gdzie tu jestem ja? Nigdzie. 


ZAKAZ WSTĘPU Z DZIEĆMI? NO NIE WIEM

Jestem ojcem, staram się spędzać czas dość aktywnie. Mocno kibicuję każdemu rodzicowi, który próbuje zachować normalne życie mimo zmian, jakie niosą za sobą narodziny dziecka. Myślę, że dorośliśmy już do tej świadomości, że dziecko to nie koniec świata. To nie są te czasy, kiedy pojawienie się nowego członka rodziny owocowało zamknięciem się w domu, praniem pieluch i gotowaniem obiadów. Dziś staramy się być aktywni, brać udział w życiu różnych społeczności. Spędzać więcej czasu z partnerem, z dziećmi. Nie chcemy rezygnować z dotychczasowych rozrywek czy form spędzania wolnego czasu. To zupełnie normalne.

To normalne też, że jako rodzina chcemy wyjść czasem na wspólne śniadanie czy obiad z dzieckiem. To normalne, że chcemy spotkać się z innymi „dzieciatymi” znajomymi, a warunki najczęściej są takie, że musimy robić to z dziećmi. Kto próbował chociaż raz zgrać na sobotni wieczór 3 dzieciate pary, ten wie, że to praktycznie nie jest możliwe. I ja naprawdę nie widzę powodu, dla którego nie mielibyśmy tego robić. Wszystko jest dla ludzi. Podobno. 


TO NIE RESTAURACJE MAJĄ PROBLEM

To my go mamy. My jako klienci, nieważne po której byśmy stali stronie, nie potrafimy szanować siebie nawzajem. I ja wiem, że ton i argumentacja wielu „aktywistów” obu stron są dużo wznioślejsze, bo przecież dyskryminacja, bo łamanie prawa, bo stygmatyzacja matek (tak, o ojcach nie mówi się często). Ale tu zwyczajnie chodzi o taką wydawać by się mogło prostą rzecz, jak szacunek. I może jeszcze odrobina empatii i wyobraźni. 

No bo postarajcie się na to spojrzeć trochę bardziej obiektywnie. Wiem, że czasem to trudne, ale jednak warto spróbować. Ja jako ojciec chciałbym zabrać żonę i dziecko na obiad. Dlaczego mam sobie tego odmawiać? Moje życie nie kończy się na sadzonych na śniadanie i tłuczonym schabowym do obiadu. Szczególnie, że Asi do schabowego tak po drodze, jak mnie do opery. 


KIDS-FRIENDLY

Tak więc od czasu do czasu pakujemy się we trójkę i ruszamy na miasto coś zjeść. I nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale zawsze podświadomie szukałem miejsc, które są dla dzieci przystosowane. Na początku – bo potrzebne było krzesełko do karmienia, teraz – bo fajnie, gdy jest jakieś miejsce z zabawkami. Tak, abym mógł tam puścić Stasia, a sam zjadł spokojnie. Serio, przez pierwsze półtora roku łapałem każdy kęs jak pelikan rybę i biegłem za małym. To świetne uczucie, kiedy teraz mogę zjeść spokojnie. 

Jadąc do takiego miejsca wiem, że właściciel lokalu jest gotowy na taką klientelę. Że ma to krzesełko, że wskaże mi miejsce do pozostawienia wózka. Pewnie ma jakieś kredki i kartki do malowania. Goście, widząc to wszystko, raczej też są świadomi tego, że może być głośniej, że koło ich stolika czasem ktoś przebiegnie. W końcu to lokal kids-friendly. 


PARENTS-FRIENDLY

Z drugiej strony, kiedy już mamy ten jeden z niewielu dni dla siebie, mamy okazję wyskoczyć gdzieś na obiad czy kolację, to chcemy ten czas spędzić raczej w miłej i kameralnej atmosferze. I tak, tutaj nie chciałbym jednak, żeby klimat między kolejnymi kieliszkami wina burzył rzucający klockami czy makaronem maluch. A gdybym nawet chciał, zabrałbym swojego. Serio, każdy rodzic docenia wyjście we dwoje. Sprawy wychowawcze chce zostawić w domu. Najmniej chce irytować się wychowaniem innych dzieci, które – jak wiadomo – zawsze wychowane są gorzej niż nasze. 


RACHUNEK PROSZĘ

Napisałem wcześniej, że w tej dyskusji jestem… nigdzie. Bo serio, ta cała sprawa nie jest warta strzępienia sobie języka. Nie mam zamiaru chodzić do restauracji, które nie są przygotowane na to, aby mnie i moją rodzinę podjąć. Co więcej, nie mam też zamiaru na biznesowe lunche czy wieczorne kolacje chodzić do lokali gdzie jest jest jeden wielki plac zabaw. Nie dlatego, że chcę być dyskryminowany, czy chcę komuś zrobić na złość. Ja zwyczajnie chcę czuć się komfortowo i nie chcę sprawiać problemów innym. Nie tylko właścicielom, ale i innym gościom. I gdzie jak gdzie, ale w Warszawie, z palcem w nosie jestem w stanie to zrobić. 

I Wam życzę tego samego. Nie rezygnujcie z życia, nie dajcie się zagonić w cztery ściany. Ale pamiętajcie też, że świat to nie tylko Wy i Wasze dziecko. Są też inni, którzy na równych z Wami prawach chcą korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. 

Na zakończenie małe podsumowanie. To jest trochę kuriozalne, bo całej tej zbędnej moim zdaniem dyskusji pewnie by nie było, a na pewno nie eskalowałaby tak bardzo, gdyby nie poszczególne składowe całego ambarasu.


KTO JEST TEMU WINIEN?

Opiekunowie dzieci. Niewiele rzeczy tak bardzo mnie irytuje i smuci zarazem, jak brak szacunku do drugiego człowieka i jego pracy. Nie mamy prawa mieć pretensji do młodzieży, kiedy nie potrafimy zadbać o podstawy kultury i higieny społecznej najmłodszych. Zdjęcia z Poznania oglądałem parę razy, i zastanawiałem się, co tam się musiało wydarzyć. Jak można doprowadzić do takiej sytuacji, narobić takiego chlewu i patrzeć, jak niszczy się cudzą własność. Bo to nie wygląda jak przypadek, a raczej głupia zabawa najmłodszych. Takie zachowanie nie przystoi w żadnym lokalu, nawet tym przystosowanym dla dzieci. I błagam, niech nikt mi nie wyjeżdża z tekstem, że to tylko dziecko. Ja piszę do rodzica, nie do dziecka. To wreszcie zachowanie tego rodzica rzuca niekorzystne światło na całą naszą rodzicielską społeczność. 

Obsługa restauracji. Tu mam dylemat. Bo nie wiem, czy to miała być reklama, wzorowana przykładem Całego Gawła, czy nieudolna forma komunikacji. Cokolwiek by to nie było, dało rozgłos. Pytanie tylko, czy o taki właśnie rozgłos chodziło? Ja natomiast mam inne pytanie: gdzie była obsługa lokalu, kiedy przy stoliku odprawiały się te harce? Nie chcę wierzyć w to, że nikt tego nie zauważył, albo był taki tłok, że nie było czasu zwrócić uwagi. Bo zdjęcia jednak ktoś miał czas zrobić. 

Strony dyskusji. I tutaj czynnik odpowiedzialny za eskalację konfliktu, ocenianie, wyzywanie, oczernianie. Spróbujcie przeczytać ten tekst, wysilić się odrobinę i jednak użyć tej wyobraźni. Niezależnie od tego, po której jesteście stronie. Dyskusja na wyzwiska do niczego nie prowadzi, chociaż wiem, że bywa kusząca, bo jest w końcu najprostsza. 

I to by było na tyle. Dlatego raz jeszcze: szacunku, wyobraźni i empatii życzę. Nie tylko w knajpach.

Wszędzie.


Zdjęcie główne: yana136/fotolia.com

4
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment authors
PiotrZuzaIwonaMarcin Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
Marcin
Gość
Marcin

Znacznie częściej zamawiam jedzenie na dowóz zamawiając jedzenie bezpośrednio ze strony restauracji (omijam aplikacje pośredników) i jadam w domu, ale jeśli mam gdzieś wyjść do restauracji, to mimo iż nie mam nic przeciwko dzieciom, to wolę zjeść w ciszy i spokoju. Jeśli da się znaleźć złoty środek, aby osoby z dziećmi miały swój kącik (tak jak osoby palące), to nie widzę problemu.

Iwona Przybyłek
Użytkownik
Iwona Przybyłek

Szczerze… Jakoś nigdy mi dzieci nie przeszkadzały. Naprawdę. Ale jak dziś po męczących godzinach pracy (a przede mną jeszcze trochę i wierzcie, nie jest to łatwe słodkie i przyjemne) mam siedzieć w jednym miejscu z dziećmi, najczęściej rozwydrzonymi, rozgadanymi, płaczącymi I Bóg wie co jeszcze to autentycznie jestem za zakazem wstępu. Bo nie dość że w pracy się z tym użeraj to jeszcze i na przerwie, w momencie kiedy jedyne czego pragniesz to w 15 minut zrobić siku zjeść i odpocząć.
Ale ogólnie dzieci są spoko.

Zuza
Gość
Zuza

Ostatnio miałam okazję kilkukrotnie obserwować małe dzieci w restauracjach. Wniosek mam jeden: źle wychowane dzieci mają jeszcze gorzej wychowanych rodziców, serio :D
Dziecko może być „energetyczne” i mieć kłopoty z usiedzeniem na miejscu, ale tylko te dzieci, które miały okłopnie (OKŁOPNIŚCIE) nieznośnych rodziców, były w tej swojej energetyczności uciążliwe dla innych. Pozostałe były po prostu pełne energii i zwyczajnie sympatyczne.

Piotr
Gość
Piotr

Zgadza się. Problem nie jest w dzieciach i ich wieku, tylko w ich wychowaniu. Myślę, że niejedno dziecko 6+, które do tej restauracji mogą nadal chodzić może im narobić takiego samego bałaganu.