15 października. Dzień Dziecka Utraconego

To było końcem lata, rok temu. Zrobiłam dwa testy ciążowe, byłam po pierwszych dwóch wizytach u lekarza. Testy nie kłamały, USG z bijącym serduszkiem tym bardziej. Byłam w ciąży. Jakoś w 9. tygodniu. Jeszcze trochę takich tygodni i miał urodzić się Stach.

Żebyśmy miały jasność – nigdy nie byłam ani zbytnio „dzieciowa”, ani tym bardziej sentymentalna. Kiedy słyszałam o cudzych poronieniach – a słyszałam wcześniej o przynajmniej dwóch w moim bliskim otoczeniu – bagatelizowałam je w myślach, bo zupełnie obce były mi i te wydarzenia, i towarzyszący im możliwy ból, rozpacz czy strach. Ot, skończyło się coś, co ledwie się zaczęło. Tyle ciąż kończy się przecież poronieniem, że nie ma co robić z tego dramatu. Ba, przez pierwsze trzy miesiące to w ogóle nie liczy się przecież jak dziecko – lepiej nikomu nie mówić, nie oswajać się z myślą, nie przyzwyczajać. Dzisiaj ciąża jest, jutro może jej nie być. Wiadomo – różnie bywa.

No więc przyszedł ten moment, kiedy sama byłam w ciąży, w tym 9. tygodniu, który absolutnie wystarczył mi do tego, żeby wszystkim powiedzieć, żeby się oswoić i przyzwyczaić. Żeby wiedzieć, że będzie chłopiec, że nazwę go Stasiek i będziemy chodzić razem na wycieczki do parków i lasów. Jednego z takich ciążowych wieczorów mój Paweł pojechał nad Wisłę z kolegami, a ja miałam mieć wieczór dla siebie. Ale to był zły wieczór. Taki, w którym co chwilę czułam jakiś niepokój i po raz dziesiąty chyba wpisywałam w hasło wyszukiwarki pytanie: kiedy najczęściej dochodzi do poronień?

Było około godziny 22, jak naczytałam się już tak, że zrobiło mi się niedobrze, rozłożyłam się wygodnie na tej naszej kanapie i powiedziałam zapobiegawczo do brzucha: ej, kolego, ale Ty mi się nigdzie stamtąd nie ruszaj.

Przed północą poszłam do toalety i zobaczyłam krew. Przed pierwszą byłam już w szpitalu, ze wstrzymanym oddechem wpatrując się w ekran USG i wyczekując słów lekarki, że moje dziecko wciąż żyje.

Natomiast wiecie, co usłyszałam wcześniej? Proszę położyć się na fotelu, ale ostrzegam, że jest środek nocy, więc w razie poronienia do rana i tak tego już nie ruszymy.

Do rana.

Tego.

Już.

Nie ruszymy.

CHCE PANI PORONIĆ? NO CHYBA NIE TERAZ?

Kilka miesięcy temu opisywałam Wam, jak dramatycznie przebiegał mój poród. Żałuję, że na bieżąco nie opisywałam też tego, jak wyglądały moje wizyty na izbie przyjęć. W tym samym, renomowanym, warszawskim szpitalu. Żeby nie było – tamtej nocy nie trafiłam na jakiegoś starego, zarozumiałego profesora, któremu te wszystkie ciąże już się opatrzyły. Nie, żeby to go jakoś za takie słowa usprawiedliwiało. Ale ja trafiłam na kobietę, do tego minimalnie starszą od siebie. To była piękna, młoda lekarka, w okolicach trzydziestki. Zadbana, a z racji miejsca pracy – wnoszę też, że wykształcona. I ona śmiała mówić do drugiej kobiety takim, a nie innym językiem.

Ba, zanim wyszłam z gabinetu spytałam, czy krwawienie może się nasilić i kiedy ewentualnie powinnam ponownie zgłosić się do szpitala. Wiecie, co usłyszałam? Jak krew zacznie lecieć pani po nogach.

Nie żartuję. Bardzo bym chciała, bo czarny humor zawsze spoko, ale to nie był, kurwa, żart.

Mówiła tak do mnie druga kobieta. Do mnie, absolutnie przerażonej swoją pierwszą, niełatwą przecież z racji mięśniaka ciążą. Mówiła do mnie tak, że później pierwszy raz w życiu żałowałam, że nie uderzyłam drugiego człowieka w twarz.

Ale ja to ja. Mam więcej siły, niż wzrostu, miałam też przy sobie Pawła, no i miałam wciąż Staśka. Ale co by było, gdyby na moim miejscu, w tej zimnej poczekalni siedziała wtedy inna dziewczyna? Samotna, przestraszona? Co, gdyby miała mniej szczęścia? Gdyby poroniła? Kto miałby ją wtedy wesprzeć? Trzymać do tego cholernego ranka za rękę? 

PORONIENIE TO STRATA. MASZ PRAWO DO SWOJEJ ŻAŁOBY

Dlaczego w takim razie zaczęłam od tego, że na mnie samej poronienie nie robiło kiedyś większego wrażenia? Ano właśnie dlatego. Żeby pokazać Wam, że prędzej czy później optyka nam się zmienia. Prędzej czy później to my znajdujemy się na miejscu tych ludzi, przeżywamy ich emocje, zaczynamy rozumieć dramaty. Jest mi wstyd, że wtedy, dla tamtych dziewczyn nie znalazłam w sobie więcej zrozumienia, chęci pomocy, jakiejś takiej zwykłej, ludzkiej empatii. Jasne, że nie powiedziałam im nic przykrego, nie pamiętam już nawet, jakie to mogły być słowa. Natomiast wiem, że nieświadomie próbowałam te ich tragedie zbagatelizować.

Dlatego dzisiaj chciałabym coś Wam wszystkim powiedzieć:

Jeżeli poroniłaś, daj sobie czas. Masz prawo do smutku. Do żałoby. Do przepracowania tego z partnerem, psychoterapeutą lub w samotności. Nieważne, który to był tydzień ciąży. Starta zawsze jest stratą, a ból i jego skala są zawsze wartością subiektywną. Masz prawo od razu otrzepać kolana i przejść nad tym do porządku dziennego, ale masz też prawo płakać, wściekać się i walić pięściami w poduszki. Masz prawo oczekiwać od najbliższych wsparcia i pomocy, a od lekarza – profesjonalizmu i empatii. Masz prawo nie przeżywać tego poronienia wcale albo przeżywać je w sobie latami. Natomiast nikt nie ma prawa go bagatelizować, ani – tym bardziej – Ciebie o nie obwiniać. Powodem większości poronień – zwłaszcza tych wczesnych – są wady genetyczne zarodka. Nie Twój tryb pracy, wysiłek fizyczny, kłótnie z facetem czy stres. Wady genetyczne – coś, na co zupełnie nie miałaś wpływu. Dlatego pamiętaj – nie zrobiłaś niczego złego i niczemu nie jesteś winna.

A jeżeli sama nigdy nie poroniłaś, nie oceniaj. Nie odbieraj drugiej kobiecie prawa do żałoby, nie umniejszaj jej cierpienia, nie dziw się jej emocjom. Każda z nas jest inna. Ma inną wrażliwość i inną grubość pancerza. To, co na Tobie nie zrobiłoby wrażenia, dla kogoś innego może być końcem świata i pogrzebaniem marzeń. Dlatego uważaj, co mówisz. Albo nie mów nic.

Niestety, okazuje się, że cała masa kobiet, jeśli już odważy się powiedzieć o poronieniu bliskim, słyszy te same teksty – tak samo głupie, niepomocne i bezzasadne. Nie twierdzę, że wypowiadane w złej wierze – ale nie bez powodu mówi się, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

A zatem – czego nie mówić kobiecie po poronieniu?

1. To był dopiero piąty/dziesiąty/piętnasty tydzień

Nie. To w czyimś odczuciu mogło być już dziecko. Nie kartka z kalendarza. Dziecko. Nieważne, ile miało wtedy tygodni. Ważne, że było.

2. Będziesz miała jeszcze inne dzieci

Po pierwsze, to nie jest handel wymienny, że żywe dziecko za martwe dziecko. To dwoje różnych dzieci. Po drugie, skąd wiesz, że będzie? Część kobiet już po pierwszym poronieniu dowiaduje się, że na donoszenie ciąży nie ma co liczyć. A i te, które słyszą, że następnym razem będzie lepiej, często są pełne strachu i żalu i tęsknią za tym jednym, konkretnym, utraconym już dzieckiem.

3. Widocznie tak miało być

Jasne. Widocznie miała też być II wojna światowa i widocznie po poniedziałku musi następować wtorek. Pocieszenie żadne, więc błagam, daruj sobie. Dla mnie to tak, jak z napisami na nagrobkach „Bóg tak chciał” – przez całe dzieciństwo zastanawiałam się przez nie, dlaczego Bóg jest złym człowiekiem.

4. Nie martw się / nie przejmuj się

Kobieta po poronieniu ma prawo być zmartwiona. Ma prawo być nieszczęśliwa. I, jak pisałam już wcześniej, ma prawo do żałoby, do własnej rozpaczy. „Nie martw się” to natomiast niezawodny sposób na bagatelizowanie cudzego cierpienia, podważania jego sposobu odczuwania. Można się nie martwić plamą na koszuli, ale jak można nie martwić się poronieniem?

5. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni

Jedno z największych kłamstw współczesnego świata. Prawda jest zupełnie inna, ewentualnie prawdy są dwie: co Cię nie zabije, to Cię wkurwi lub: co Cię nie zabije, to Cię mocno zrani.

6. Mogło być przecież chore

A mogło być też zdrowe. Naprawdę, jak masz mówić takie rzeczy, to lepiej milcz.

7. To i tak nie był dobry moment na dziecko

Każdy moment jest dobry na dziecko, jeśli się go chce.

8. Nie Ty pierwsza i nie ostatnia

Ale najważniejsza. Pamiętajcie, że żadne tragedie nie obchodzą nas tak bardzo, jak nasze własne. A to, czy jednocześnie poroniło 5 czy 500 innych kobiet, dla tej jednej nie ma najmniejszego znaczenia.

9. Wiem, co czujesz

Usłyszane od osoby, która nigdy nie poroniła, jest nie tylko kłamstwem. Jest też zwykłym chamstwem.

10. Przynamniej wiadomo, że możesz mieć dzieci

Argument nie dość, że okrutny, to jeszcze chybiony: to, że kobieta może zajść w ciążę, nie znaczy jeszcze, że może tę ciążę donosić. Niestety.

11. Jesteś jeszcze młoda

To ja mam pytanie: kiedy jest się wystarczająco dorosłym/dojrzałym/starym, aby nikt nie umniejszał naszemu cierpieniu?

12. Spróbuj o tym nie myśleć

A Ty spróbuj wyrwać sobie ząb bez znieczulenia. I o tym nie myśleć.

13. Najgorsze już za Tobą

Fizycznie? Może. Psychicznie: nie. Czym innym jest sama strata, czym innym przepracowanie jej, uporanie się z nią. Najgorsze dzieje się tu i teraz i dlatego kobieta po poronieniu wymaga zarówno delikatności, jak i wsparcia.

14. Odczekacie chwilę i spróbujecie znowu

Ciąża to nie tramwaj, że zaraz przyjedzie następny. Kobieta po stracie często potrzebuje przede wszystkim czasu, a nie kolejnej ciąży.

15. Musisz być teraz silna

Nie, wcale nie musi.


Co w takim razie mówić?

Bardzo mi przykro.

Możesz na mnie liczyć.

Co mogę dla Ciebie zrobić?

Jestem z Tobą.

Możesz też przytulić, zrobić herbatę, potrzymać za rękę.

Czasem najlepsze słowa to te niewypowiedziane.


Instagram