Nie chcesz aborcji, to jej sobie nie rób

Tytuł to jedno z haseł, jakie można było zobaczyć na niedzielnych transparentach. Inne to: Inkwizycjo, zabierz swój miecz z mojej pochwy, Nie mam ochoty na moralny pas cnoty czy Kościół taki gibki, że wchodzi nam do cipki. O ile zupełnie nie jest to moja retoryka, to nie dziwię się tym wszystkim kobietom, że właśnie w taki sposób postanowiły zabrać głos. To przecież normalne, że jeden absurd pociąga za sobą drugi, a o bardziej absurdalny pomysł niż zaostrzenie w Polsce polityki aborcyjnej, która i tak jest jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie, byłoby chyba trudno.

Natomiast za duże uproszczenie uważam sprowadzanie wszystkiego do macicy, reprezentowane przez hasło Moja macica, mój wybór. Skupmy się jednak nie na aborcji jako takiej, ale tej, akceptowanej obecnie przez polskie prawo, czyli w trzech tylko przypadkach: kiedy ciąża zagraża życiu matki, kiedy do poczęcia doszło w wyniku przestępstwa/gwałtu oraz kiedy płód jest zagrożony chorobą lub upośledzeniem.

PO KOLEI

Przede wszystkim, noszenie w ciele płodu, zagrażającego życiu matki, nie jest problemem tylko jej macicy, ale całego jej organizmu, który zwyczajnie może nie wytrzymać tej próby. Weźmy jedną z częstych przypadłości – ciążę pozamaciczną. Jak sama nazwa wskazuje, rozwija się ona poza macicą, zazwyczaj w jajowodzie. Czyli anatomicznie nie ma opcji, aby urodziło się z tego jakiekolwiek dziecko.

Po zaostrzeniu prawa aborcyjnego, taka ciąża także będzie musiała być donoszona. Już teraz stanowi ona przyczynę śmierci 10 do nawet 15 procent ciężarnych kobiet. Na co więc skaże się kobiety tak zdiagnozowane? Co będzie się musiało wydarzyć, żeby lekarz udzielił im pomocy? Mają się wykrwawić, ma im eksplodować jajowód, na szybie w szpitalu ukazać się musi Jezus? Ponoć aborcja jest kwestią sumienia – więc politycy i księżą nie mają sumienia patrzeć na śmierć zarodka, ale z błogim poczuciem wykonania misji patrzeć będą na śmierć matki?

Także noszenie uszkodzonego płodu bądź płodu pochodzącego z gwałtu nie jest problemem wyłącznie macicy. Jest przede wszystkim problem głowy, czy – mówiąc szerzej – psychiki. Jeśli są tutaj kobiety, które pragnęłyby urodzić dzieci, poczęte w wyniku gwałtu, to naprawdę, podziwiam siłę, upór i determinację. I naprawdę, szanuję ten wybór. Natomiast nie szanuję monopolu na rację. Nie szanuję traktowania tej postawy jako jedynej słusznej. Każda z nas ma inną wrażliwość. Każda inną wytrzymałość na krzywdę. Dlatego każda powinna mieć też prawo wyboru. Każda powinna sama móc zdecydować, czy chce się osobiście z tym zmierzyć. Dlatego rząd powinien zapomnieć o ściganiu matki i w przypadku gwałtów zdecydowanie skupiać się na ściganiu i ukaraniu ojca.

Co do przypadku trzeciego – jak można żyć ze świadomością, że urodzi się dziecko, które „nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku”? Bo takie dziecko jakiś czas temu ratować chciał prof. Chazan. I to nie był wybryk natury, jakiś ewenement, totalna rzadkość. Takie rzeczy się zwyczajnie zdarzają. Zdarzają się dzieci potwornie chore, okaleczone i tak zdeformowane, że albo po urodzeniu nie będą miały szans na przeżycie, albo życie to będzie fatalną wegetacją i męczarnią zarówno dla samego dziecka, jak i jego bliskich.

Świadomość, że przez dziewięć miesięcy trzeba je nosić pod sercem, a później patrzeć, jak na naszych rękach umiera, jest doświadczeniem, którego nie życzyłabym najgorszemu wrogowi. Skazywanie kobiety na przeżywanie go, jest po prostu zbrodnią. A do tego sprowadza się pomysł zaostrzenia w Polsce i tak wystarczająco ostrej polityki aborcyjnej.

MASZ MACICĘ, ALE NIE MASZ MÓZGU

W całej tej dyskusji pojawiają się tacy, którzy motywują swoje działanie argumentem, jakoby życie matki i życie dziecka (na etapie, kiedy biologia nazywa je jeszcze zarodkiem) miało taką samą wartość. A przez to nie powinno się stawiać wyżej dobra matki ani też dopuścić do sytuacji, w której ona sama osądzi, które z nich ma dalej żyć. A przecież ten konflikt można rozwiązać banalnie: tak długo, jak długo płód nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie (z racji np. niewykształconych jeszcze narządów), to jest: przeżyć poza ciałem matki – tak długo wyłącznie matka może brać odpowiedzialność za jego los.

Powtarzam: matka, a nie inkubator. Bo w toku całej tej dyskusji doszliśmy do tak parszywego uprzedmiotowienia kobiety, że przestaliśmy postrzegać ją jako osobą myślącą i czującą. Pozbawiliśmy ją nie tylko wrażliwości, instynktów, pragnień i potrzeb, ale nawet mózgu. Każdy, kto uważa, że zalegalizowanie aborcji doprowadzi do tego, że kobiety rzucą się na nią jak podstarzałe modelki na operacje plastyczne, jest po prostu idiotą.

Aborcja to nie jest zjedzenie pączka. To ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny. To doświadczenie wyniszczające i trudne, ale w niektórych przypadkach po prostu nieuniknione. Dlatego te trzy przypadki, które polskie prawo dopuszcza obecnie, uważam za absolutną podstawę, aby w ogóle można było w tym kraju żyć.

KIEDY ZACZYNA SIĘ ŻYCIE

Tyle razy pada zresztą pytanie o to, kiedy zaczyna się dziecko. To jeden z koronnych zarzutów, jakimi ciska się w stronę zwolenników aborcji. Więc ja powrócę do wcześniejszej definicji. Zapytajcie ginekologów, od którego miesiąca życia dziecko jest w stanie funkcjonować poza ciałem matki. Wtedy macie odpowiedź, kiedy zaczyna się człowiek. Tak długo, jak długo jest tylko bezrozumną, niewykształconą plątaniną komórek, tak samo blisko mu do człowieka, jak i żołądka albo wątroby.

I z chęcią powiem coś jeszcze: normalnie w głębokim poważaniu miałabym polskie prawo, bo stać mnie na to, żeby aborcję zrobić sobie poza krajem. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że są sytuacje, w których nie wahałabym się ani chwili. Możecie nazywać to egoizmem, ale nie zaryzykowałabym własnego życia i zdrowia – ani fizycznego, ani psychicznego – żeby urodzić dziecko, któremu na przykład nie wykształcił się mózg. Chcecie sobie robić eksperymenty i patrzeć, czy i co z niego wyrośnie – śmiało, ale moje ciało to nie laboratorium. Chcecie nazywać dzieckiem coś, co przestanie się rozwijać we wczesnym stadium? Jak dla mnie, możecie mu na różowo pomalować pokoik. Ale nie przenoszę tego w sobie przez kilka miesięcy i nie urodzę, choćby nie wiem co.

Natomiast to jest ten moment, kiedy niezależnie od stanu portfela, trzeba zabrać głos. Trzeba zabrać głos, ponieważ zmiana prawa teoretycznie dotknie nas wszystkie, a praktycznie – tylko te biedne i głupie. Te naiwne, samotne, bez pieniędzy i wsparcia. Te, które nie będą miały ani jak zarobić, ani od kogo pożyczyć. Które będą wyczytywać w internecie, jak za pomocą wieszaka usuwa się płód. 

ABORCJA JAKO WYNALAZEK XXI WIEKU

Swoją drogą, czy rząd albo Kościół naprawdę myślą, że aborcja to wynalazek naszej cywilizacji? Czy nikt nie słyszał o spędzaniu płodu? O kobietach, zrzucających się ze schodów, okładających brzuch pięściami albo rzucających się na barierki? O kąpielach w gorącej wodzie albo o puszczaniu krwi? Nikt nie słyszał o akuszerkach, wygrzebujących płody za pomocą nieodkażonego żelastwa? I czy naprawdę ktoś myśli, że kobieta, której po zajściu w ciążę zawali się świat, z racji restrykcyjnego prawa urodzi?

To jest w tym wszystkim najgorsze. Zakaz aborcji nie ratuje życia dziecka. Zakaz aborcji zagraża życiu matki. A to dlatego, że zdesperowana kobieta zawsze znajdzie drogę, żeby niechcianej ciąży się pozbyć.

Czy nie lepiej byłoby zamiast tego postawić na edukację seksualną i większą dostępność antykoncepcji (zwłaszcza w ujęciu ekonomicznym)? Przecież aborcja to ostateczność. Nikt nie zachodzi w ciążę, żeby ją zaraz usunąć. Dlatego zamiast zakazywać aborcji, zastanówmy się, co zrobić, aby do niechcianych ciąż w ogóle nie dochodziło. I aby nie dochodziło do gwałtów. Tu akurat pomogłoby choćby zaostrzenie prawa, bo czasami mam wrażenie, że większy wyrok niż za zgwałcenie kobiety, dostać można za skrzywdzenie psa. Postawmy też na rozwój medycyny, na zminimalizowanie ryzyka występowania chorób, na skuteczniejsze ich wykrywanie. A nie zostawiajmy te kobiety same, niezależnie od tego, co je w życiu spotyka.

ABORCJA TO NIE AEROBIK

I nie jestem przeciwniczką zmian w prawie dlatego, że seks uprawiam na pomstę, a kolejne aborcje mam wpisane w harmonogram zajęć, między angielski a zumbę. Przeciwnie. Mam prawie 30 lat, stałą pracę, stałego partnera i niewyobrażalną nadzieję urodzić wkrótce piękne, zdrowe dziecko. Natomiast poza tym mam też wrażliwość, empatię i zwykłe, ludzkie zrozumienie dla życia, które nie zawsze toczy się po naszej myśli.

Gwałt czy świadomość tego, że nosi się w sobie zdeformowany czy śmiertelnie chory płód to wystarczająco duża tragedia. Nikt nie ma prawa dokładać nam, kobietom, do pieca. A także naszym mężom, ojcom, braciom. To nie księża ani nie politycy będą patrzeć na nasze cierpienie. To nie oni będą się budzić w nocy, słysząc nasz płacz, to nie oni będą nas uciszać, kiedy po raz kolejny ze snu wyrwie nas krzyk. Mam przeraźliwie smutne wrażenie, że ostatnie dni zdominował głos kobiet, a chciałabym, aby ta dyskusja była też dyskusją naszych mężczyzn. Mężczyzn, którzy nie pozwolą, aby wyrządzać nam tak wielką krzywdę.

WARA OD CUDZYCH MAJTEK

I bardzo boli mnie, że Kościół w taki sposób śmie zabierać głos. Że po raz kolejny Bóg dobry i miłosierny idzie w zapomnienie, a zamiast niego przemawia do nas nowa, uaktualniona inkwizycja. Taka, która konfesjonał zmienia na gabinet ginekologiczny i zamiast zaglądać w swoje pisma, zagląda kobietom między nogi. Oto znów jesteśmy jak te czarownice, które niegdyś paliło się tłumnie na stosie. Lubieżne, zachłanne, puszczające się na prawo i lewo, które dosięgać powinien gniew pański. Dlatego zakazać nam należy aborcji, aby tę chuć i tę niemoralność powstrzymać. Tymczasem podstawowa zasada moralna mówi wprost: wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego.

Pomijając już. Religia to jedno, medycyna to drugie. Jak dla mnie, duchowni mogą się leczyć nawet zapachem kadzidła, natomiast nie mają prawa decydować o czyimkolwiek życiu, poza swoim własnym. Dlatego odwołam się do tytułu tego tekstu i powtórzę: kto uważa, że aborcja to grzech, ten niech zwyczajnie go nie popełnia. Każdy z nas ma sumienie i każdy sam odpowiada za to, co robi. Natomiast stanowienie prawa w XXI wieku w oparciu o listy biskupie czy kościelne przykazania to jest – proszę wybaczyć wulgaryzm – jakiś, kurwa, śmiech.

I naprawdę, bardzo chciałam, aby ten wpis był daleki od złości. Bardzo chciałam nie wspominać w nim o tym, że to nie jest pierwszy raz, kiedy Kościół zagląda komuś w majtki i że nie zawsze były to majtki pełnoletnie, nie zawsze także kobiece. Ale czasami zwyczajnie się nie da. Nieważne, czy za projektem zmiany opowiada się polityk, ksiądz, górnik czy chytra baba z Radomia. Za każdym razem jest to tak samo podłe, krzywdzące, bezduszne.

Ani od episkopatu, ani od rządu nie domagam się dzisiaj zbawienia. Natomiast od każdego domagam się poszanowania moich podstawowych praw. A jednym z nich jest prawo do życia.

TRZY KŁAMSTWA

Natomiast w całej tej dyskusji regularnie przewijają się co najmniej trzy kłamstwa. Pierwsze mówi o tym, że osoby protestujące przeciwko zaostrzeniu przepisów to zwolennicy aborcji. Nie. To po prostu zdroworozsądkowi ludzie, którzy wiedzą, że są sytuacje, w których życie kobiety – nie zarodka – bezdyskusyjnie należałoby stawiać na pierwszym miejscu.

Drugie kłamstwo mówi o tym, że zaostrzenie przepisów zmniejszy liczbę aborcji. To także nieprawda. Po prostu zwiększy liczbę aborcji dokonywanych czy to poza granicami kraju, czy w podziemiu aborcyjnym. Ewentualnie: w zaciszu własnego domostwa, choćby wspomnianym wieszakiem. Co więcej, zwiększy liczbę powikłań, a w efekcie – zgonów bądź samobójstw, bo za pewnik możemy przyjąć, że i do takich w akcie desperacji może zacząć dochodzić.

Trzecie kłamstwo mówi o tym, że rząd i Kościół stają w obronie życia. Nieprawda, bo my, kobiety, także żyjemy. To nas, jako istoty już żyjące, należy bronić. Natomiast stawiając zarodek wyżej od nas, sprowadza się nas do roli wspomnianych wcześniej inkubatorów. Robi się z nas przechowalnie dla płodów, a nie ludzi z krwi i kości, z rozumem i uczuciami. Dlatego wszyscy ci, którzy tak często stawiają sobie pytanie, w którym momencie zaczyna się człowiek, niech spojrzą najpierw sami na siebie i zastanowią się, w którym człowiek się kończy.


A na koniec dowcip, znaleziony u znajomej z Facebooka. Wyłącznie dla rozładowania napięcia, bo żadnej z nas nie jest chyba do śmiechu:

Przychodzi biskup do restauracji i zamawia pieczonego kurczaka. Po 10 minutach kelnerka przynosi mu talerz, a na talerzu upieczone jajko.

Ksiądz: Proszę pani, ale ja zamawiałem pieczonego kurczaka…

Kelnerka: No proszę, to pieczony kurczak.

Ksiądz: Proszę ze mnie nie robić wariata, przecież to jajko!

Kelnerka: Jeśli zapłodniona komórka to dziecko, to to jest kurwa kurczak, więc zamknij się pan i żryj!

Instagram