Kobiety spod znaku Charlotte

Jest poniedziałek, godzina 8. Na śniadanie idę do Charlotte. To ładne miejsce. Jedno z niewielu pomiędzy uroczymi uliczkami Wrocławia, które oferuje wczesne śniadania. Ciągnę ze sobą walizkę, bo przede mną 500 km drogi. Kiedy zajmuję maleńki stolik, telefon już cicho wibruje. Rozglądam się, gdzie by tu podłączyć laptopa. A przede mną trochę „Seksmisja”. Prawie cała sala to my. Kobiety. Młode, silne, niezależne. I zawsze z laptopami.

Gdzieś po drugiej stronie globu mam Ewę. Ewa jest w moim wieku, czyli niespiesznie dobiega trzydziestki. Piękna, mądra, zabawna. Śmieje się, że ma CV długości rolki papieru toaletowego.

– Problem w tym, że życie też mam kompletnie do dupy.

Nie pamięta już, czy był jakiś punkt zapalny. Terapia ciągnęła się wtedy latami, chociaż na zewnątrz nikt nic nie widział. Mieszkanie z narzeczonym, dobra praca, choć szefowa – sknera. Poprawne stosunki z matką, choć wiecznie była na fochu. Tam, gdzie mieszka, nie dotarł jeszcze XXI wiek. Nie rozumie, że dzisiaj przed ślubem mieszka się z mężczyznami, ale częściej i tak uprawia się jogę niż seks.

– Z Darkiem było ok, ale wiesz, jak to jest ok. To tak, jak szykujesz sobie gorącą kąpiel, nagle ktoś zadzwoni, pogadacie chwilę, a kiedy w końcu wsadzasz nogę do tej wody, to ona okazuje się letnia. I w sumie dobra, tak też się przecież wykąpiesz. Tylko nie na to przecież liczyłaś. I taki był właśnie nasz seks.

Dlatego przestała słuchać matki i biadolenia o rychłym zamążpójściu. Bibliotekę zamieniła na basen, wyciągnięty dres na zajęcia pole dance, a psychoterapeutę – na bilet. Gdzieś w kierunku północy. Tylko dla siebie. Tylko w jedną stronę.

– Wczoraj spotkałam się z Chrisem. Chris jest Australijczykiem i jest taką moją gwiazdką na niebie – zaczyna niespiesznie opowieść.

Poznali się już w samolocie. Miał złamaną rękę, nie radził sobie z kurtką, a miejsce miał obok niej. Pomogła, zagadał. Okazało się, że jest nauczycielem tańca.

– Rękawy całe wytatuowane, styl ciuchów jak z zadupia robotniczego USA lat sześćdziesiątych. Od kilku lat ciągle w podróży po świecie, bo uczy tego tańca to tu, to tam. Pierwsza myśl: cudowny! Druga i trzecia: ta sama.

Ewa mówi, że to z nim miała pierwszy seks. Dziwię się, bo przecież był Darek. Cztery lata Darka? Nie pamiętam, może nawet pięć.

– No tak, Darek. Ale nie mówimy o Darku, mówimy o moim seksie – rzuca pierwszy raz tak stanowczo.

Czyli: to teraz lepiej uważaj.

– Kochaliśmy się tego samego dnia, zaraz po tamtym locie. Od tamtej pory próbujemy się spotkać, ale nigdy się nie udaje. Najdłużej widzieliśmy się w tym samolocie. I dopiero wczoraj tu ze mną był! A to ten typ faceta, z którym mogłabym siedzieć całą noc w barze tylko po to, żeby się śmiać, pić, pogadać. Jak się do tego ma Darek? Praca na etat? I dzieci? Co bym powiedziała Darkowi? Kochanie, wiesz, to jest taki niezwykły człowiek, że muszę wyjść, żeby z nim czasem pogadać?

Pytam, dlaczego gadać nie chce już z Darkiem. Facebook jest tutaj ułomny, na czacie nie pada żaden dźwięk. Mimo to znam Ewę dobrze. Jestem pewna, że prycha.

– Darek? Z Darkiem robiliśmy razem sushi. Albo kurczaka. No i zakupy w Ikei. Nawet próbowaliśmy dzieci, ale moja psycho żartuje, że zadziałał mechanizm wyparcia. Podświadomie musiałam nie chcieć tej ciąży. I dobrze, bo dalej mieszkałabym w Polsce i wybierała na stronie Zary małe, pastelowe ubranka. I urządzała dziecięcy pokoik, też oczywiście w Ikei.

Po Australijczyku był Hiszpan. Też jak wyciągnięty z serialu. Kilka języków obcych, ciemna karnacja, genialnie wyrzeźbione ciało. Opierała się dobry miesiąc. Nic ponad tulenie, głaskanie, całusy. Wszędzie, byle nie tam.

– Jego czuły dotyk zawsze mi zapalał piękne światło w głowie. Ale jak przyszło co do czego, to zrobiło się tak miło i romantycznie, że wymiękłam. Przestraszyłam się, że teraz będzie jak z Darkiem. Miałam kino w głowie: Darek, Hiszpan, Darek, Hiszpan. I jeszcze Australijczyk. A gdzie w tym wszystkim ja? No ja leżę sobie na tej pościeli w kratę i z nudów chyba się puszczam!

Pytam, co poszło nie tak. O Hiszpanie słyszałam już wcześniej, miał być spełnieniem marzeń – przynajmniej tych, na poziomie orgazmów. Nie, żeby Darek ich jej nie dawał – dawał, jak mu odpowiednio pomogła. Temu też trzeba było pomóc.

– Był za spokojny, za dobry. No więc on w szoku, ja w płacz. Ale on ciągle czuły i mądry. Rozważny i szanujący. Zaproponował, że pooglądamy sobie film, a później wtulimy się w siebie i pójdziemy spać. Boże, naprawdę? To ja mu mówię, że chcę po mojemu. Tu całuj, tam szarp. Plus, że było miło, minus, że został na noc. A ja źle sypiam, jak jest nas w łóżku dwoje. Poza tym, po co mi facet? Mam pracę, mam jogę. Życie jak z obrazka. Mojego, a nie ciągle matki. Bo nie każda kobieta chce mieć na obrazku męża, dziecko albo chociaż psa.

I myślę, że to ostatnie zdanie powinno się drukować na ulotkach i rozsyłać naszym matkom. Żeby w końcu zrozumiały, że ich życie nie działa na nas jak kserokopiarka. Że ich córki mogą mieć inne plany, marzenia, potrzeby. Że zamiast przewijać niechciane dzieci niechcianych mężów, mogą spędzać poranki na mieście, gdzieś na końcu świata. Każda w swojej własnej Charlotte.

Instagram