Hulajnogi elektryczne to zło. Dlatego tak, gardzę nimi i całą tą ideologią

Steve Jobs powiedział kiedyś, że ludzie zazwyczaj nie wiedzą, czego chcą do momentu, kiedy im tego nie pokażesz. I to by się zgadzało. Ludzie jako masa nie mają pojęcia, czego chcą. Potrzeba innowatorów, aby pokazać im drogę. Tak powstał pierwszy smartfon, tak powstała też masa innych narzędzi i usług. Mniej lub bardziej potrzebnych, czasem zupełnie bezsensownych. I dziś będzie o jednym z nich, zupełnie moim zdaniem zbędnym, a do tego cholernie niebezpiecznym. Panie i panowie, przed Wami miejskie hulajnogi elektryczne. Zło w czystej postaci, choć nie wszyscy jeszcze zdają sobie z tego sprawę. 

Żeby nie było – sam jestem fanem technologii. Mieszkam w stolicy. Gdzie, jak nie tu poczuję ten europejski, jeśli nie światowy klimat innowacji? Gdzie, jak nie tu będę miał dostęp do zatrzęsienia usług i aplikacji? Polskie miasta walczą o to, aby być coraz bardziej przystępnymi dla swoich mieszkańców. Aby życie w nich było wygodne i łatwe. I to jest super, niech ten trend trwa. Mam tylko wrażenie, że czasami włodarze tracą nad tym panowanie, robią wiele rzeczy po omacku i na czuja. Efektem tego są niezbyt udane eksperymenty. Takie, jak na przykład udostępnienie przestrzeni miejskiej firmom, które w swojej flocie mają hulajnogi elektryczne. 

A co konkretnie jest w tym wszystkim nie tak? Ano sporo. 

PO PIERWSZE: BEZPIECZEŃSTWO

To, że hulajnogi elektryczne są niebezpieczne, było wiadomo w zasadzie od początku. Szpitale alarmowały, że z wprowadzeniem pojazdów do obiegu drastycznie wzrosła liczba pacjentów z obrażeniami kończyn. Nie trzeba być prorokiem, aby stwierdzić, że prędzej czy później stanie się coś gorszego niż skręcona kostka. W połowie sierpnia, w Krakowie, Brytyjczyk, jadący na hulajnodze, poturbował 4-latka, który był na spacerze z rodzicami. Dziecko trafiło w stanie ciężkim do szpitala. Kilka dni temu we Wrocławiu pod kołami auta zginął 25-latek, jadący hulajnogą po ulicy. Kolejny, tym razem 30-latek, wjechał w piątek hulajnogą pod tramwaj. A to nie pierwsze i raczej nie ostatnie ofiary tej mody.

Czemu tak się dzieje? W zasadzie z dwóch powodów. Jako społeczeństwo dostaliśmy praktycznie nieograniczony dostęp do lekkiego, zwinnego i szybkiego pojazdu elektrycznego. My, którzy de facto nie wiemy, jak kulturalnie poruszać się na drodze czy ścieżce rowerowej. Z drugiej strony, państwo nie zapewniło regulacji prawnych. Do tej pory nie wiadomo, czym jest hulajnoga i gdzie można nią jeździć. Po ścieżce rowerowej? A może po chodniku? Albo po ulicy? Czy w przypadku potrącenia na chodniku winny jest kierujący hulajnogą, czy pieszy? Bo była też taka sytuacja, w której przy zdarzeniu to pieszy dostał mandat, ponieważ nie sygnalizował skrętu…

To wszystko w połączeniu z brakiem wyobraźni kierujących (szczególnie wśród młodzieży) powoduje, że na ulicach i chodnikach robi się zwyczajnie niebezpiecznie. Sam zaczynam się na tym łapać, że idąc chodnikiem z wózkiem nerwowo odwracam się, sprawdzając, czy coś za mną nie jedzie. Bo hulajnogi elektryczne na domiar złego są bardzo ciche.

PO DRUGIE: EKOLOGIA

Za każdym dużym projektem czy innowacją zwykle stoi jakaś ideologia. Uber miał być miejscem dla ludzi, chcących dorobić na swoim samochodach. Airbnb miał dawać możliwość wynajęcia taniego mieszkania na wyjazd. Pierwszy skończył jako synonim ówczesnego wyzysku, drugi jest często droższy niż dobre hotele. Podobnie jest z hulajnogami. Miały być alternatywą dla komunikacji miejskiej i samochodów w mieście. Bo przecież takim elektrykiem jeździ się bardziej ekologicznie, taniej i wygodniej. Hasło ładne, ale w praktyce nie wygląda to tak kolorowo. 

Aż tak tanio nie jest. Wypożyczenie to koszt ok. 3 zł, każda minuta to kolejne 50 gr. Według prostego rachunku, 15 minut jazdy to 10,50 zł. Tanio? Jeśli pędzisz na fancy kawę do Starbucksa z nowym Macbookiem pod pachą, to pewnie tak. Dla typowego Kowalskiego to cena śniadania, po którym chętnie przejdzie się spacerem do pracy. 

Wygodnie i ekologicznie? Jak ktoś lubi stać, to pewnie tak. Przypominam tylko, że stać można też w tramwaju, a czasem nawet uda nam się usiąść. Co do ekologii, to tutaj można pisać elaboraty. Z założenia doskonałe rozwiązanie do ograniczenia emisji spalin przez auta ma zawrotną żywotność 3-4 tygodni. Tak, eksploatowane hulajnogi elektryczne nadają się do remontu/wyrzucenia po niespełna miesiącu. Nie jestem specjalistą, ale wydaje mi się, że nie takie było pierwotne założenie. A przynajmniej ma ono niewiele wspólnego z ekologią.

PO TRZECIE: SYF

Jeśli kojarzycie rowery miejskie, to te mają swoje bazy, do których się je przypina. W efekcie rowery są zawsze w określonych miejscach. Hulajnogi elektryczne nie mają takiej funkcji, a użytkownicy mogą je zostawić – uwaga – gdzie zechcą. Na chodniku, w krzakach czy za wiatą przystankową. Jaki jest tego efekt? Dość przewidywalny. O hulajnogę można się potknąć dosłownie wszędzie. Doprowadza to do naprawdę kuriozalnych sytuacji. Dziś o mało nie przejechałem jednej przewróconej na parkingu. Wczoraj idąc do znajomych widzieliśmy kolejną, stojącą i wyjącą pod samymi drzwiami wejściowymi do klatki. Nie wiem, o co jej chodziło, ale była irytująca. Nie wspominam już o tym, że te walające się żelastwa utrudniają ruch z wózkiem, rowerem czy zwyczajnie zaburzają ciągi komunikacyjne na chodnikach.

Ten problem jest też dużo bardziej złożony. Związek Osób Słabowidzących i Niewidomych wnioskował do prezydentów miast, aby ci zainteresowali się tym zjawiskiem. Dla ludzi z problemami ze wzrokiem jest to naprawdę duża przeszkoda. Nawet, jeśli do tej pory znali dobrze drogę do sklepu czy na pocztę, teraz tam mogą pojawić się w dość przypadkowych miejscach nieoczekiwane przeszkody.

HULAJNOGI ELEKTRYCZNE? GŁUPIA MODA I LENISTWO

Wybaczcie, ale nie da się tego inaczej nazwać. W Warszawie możemy wypożyczyć, rowery, samochody, skutery spalinowe i elektryczne. Mamy dobrą komunikację miejską, metro i taksówki. Na cholerę ludziom hulajnogi elektryczne, które nie są ani wygodniejsze, ani tańsze, ani ekologiczne? Robią masę syfu, stwarzają niebezpieczeństwo zarówno dla kierujących, jak i innych uczestników ruchu. No po co?

Nie mam innego argumentu niż moda. Może teraz modne jest takie podjeżdżanie pod kawiarnię na hulajnodze, albo pod szkołę. Może ta moda wkrótce przeminie. Albo ktoś w ratuszu przetrze oczy i wystawi oficjalny zakaz? I żeby mi zaraz ktoś nie powiedział, że ty wieśniaku-cebulaku nie rozumiesz, bo na Zachodzie to działa. Nie działa. Hulajnogi elektryczne zostały już zbanowane przez władze Londynu i Paryża. 

Ach, i jeszcze jedno. Nie róbmy z siebie takich leniwych parówek. Skoro już gdzieś się wybieracie, to wyjdźcie z domu odpowiednio wcześniej. Złapcie trochę promieni słońca i świeżego powietrza, zanim zacznie się sezon grzewczy. Pomyślcie o czymś pozytywnym, zrelaksujcie się, spalcie kilka kalorii. Bądźcie zdrowsi i mniej irytujący niż kierowcy tego elektrycznego badziewia.

Nie wiem jak Wy, ale ja idę na rower. I mam szczerą nadzieję żadnej hulajnogi nie potrącić. Ani – tym bardziej – nie zostać przez żadną potrąconym.


Zdjęcie główne: jittawit.21/fotolia.com

35
Dodaj komentarz

avatar
17 Comment authors
MonikaMarekJoannaSebastianIza Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
Monika
Gość
Monika

Hej. Miałam ostatnio okazję spróbować jazdy na hulajnodze elektrycznej w swoim mieście. Muszę przyznać, że całkiem przyjemna rzecz i sprawiło mi to dużo frajdy, bo to mój pierwszy raz :) Faktycznie nie ma regulacji prawnych i jest sporo wypadków i niestety wynika to z nieuwagi i nieostrożności jeżdżących. Jak dla mnie fajnie, że pojawiają się nowe możliwości i jest rozwój urządzeń elektrycznych, ale powinno to być zrobione z głową i przepisami. Zgadzam się z Tobą, że ceny są bardzo wysokie i także preferuję rower lub spacer :)

Pawel
Gość
Pawel

absurdalny wpis – jestem tu przypadkiem i nigdy nie wroce

bet
Gość
bet

Mam bardzo mieszane uczucia… Ad Bezpieczeństwa – myślę, że jest to kwestia dostosowania przepisów prawa ruchu drogowego do zmieniającej się technologicznie rzeczywistości. Oczywiście to jest dopiero początek, bo zmiany muszą nastąpić w naszych głowach. I nie chodzi o specjalne ścieżki jak dla rowerzystów – mogą być te same. Ja do dzisiaj boję się rowerzystów na wyznaczonych ścieżkach (są tam bogami, nawet jak ścieżka przecina całkiem ruchliwą ulicę). Jestem bardziej kierowcą i chyba dlatego też bardziej świadomym rowerzystą. Elektryczną hulajnogą (pożyczoną od mojej 12 latki poruszam się tylko na „wsiowych” drogach – bo się boję wjechać w kogoś.. Z drugiej strony,… Czytaj więcej »