Nie chodzi o to, żeby żyć 100 lat. Ale by nigdy nie musieć żyć w samotności

– Żona? Miałem. Nie uwierzy pani, ale poznałem ją przez gazetę. Takie były tu kłopoty z ożenkiem, że trzeba było słać ogłoszenie. Napisałem trochę głupot, przyszła paczka z listami. Ja otwieram, a tam 300 kopert! Później druga paczka: 250. I trzecia: znowu 300. Tyle ich chciało wyjść za mąż! Jeszcze wtedy samochodu nie miałem, to pojechałem do dziesięciu czy do piętnastu, już nie pamiętam. Ale co pojechałem, to u każdej lepiej. No to ile będę tak jeździł? Pojechałem więc do tej mojej, 500 kilometrów pociągiem. Nocą, w jedną stronę. Później ona przyjechała do mnie. Wzięliśmy ślub, było dobrze. A później zachorowała. Wszystko przy niej robiłem. 43 lata byliśmy razem. Pięćdziesięciu nie dożyliśmy, a chcieliśmy – opowiada 70-letni Walenty.

Dzieci? Pewnie, że są. Dwie córki, syna już nie ma. – On mi też umarł. Skończył studia, pojechał do Anglii, pobył rok, a jak przyjechał, to zaczął narzekać na nogi. Tak się zaczęło. Miał 35 lat. Stwardnienie rozsiane.


CZAS JEST ZAWSZE PROBLEMEM

Wbrew pozorom, problemem Walentego nie jest wiek ani to, jak doświadczyło go życie. Ani nawet choroby. Zresztą, jakie choroby? Walenty chwali się, że to już 30 lat, jak nie był u lekarza. Pytam: jak to? Przecież lewa ręka przepasana bandażem, prawą podtrzymuje laskę, bo coraz mocniej boli go noga i coraz trudniej mu chodzić. – Lekarz? A co on mi pomoże? – pyta z uśmiechem. Za to problemem jest czas, ten upływający. A raczej to, że nie za bardzo jest go z kim spędzić. Dlatego Walenty codziennie przychodzi tutaj, do gospodarstwa. Fachowo nazywa się to gospodarstwo opiekuńcze. Na terenie całego województwa kujawsko-pomorskiego powstało takich czternaście. Cel? Pomoc osobom starszym. Osamotnionym, schorowanym, niekiedy niesamodzielnym. Stworzenie miejsc, w których ci ludzie będą mogli spotkać się w większym gronie. Porozmawiać, pośmiać się. Poczuć się wciąż potrzebni. 

Pieniądze na projekt przyszły z Unii Europejskiej. To tam coraz głośniej mówi się o sytuacji seniorów i szybko starzejącym się społeczeństwie. Gospodarstwa opiekuńcze mają wspierać osoby starsze w codziennych czynnościach, utrzymywać ich samodzielność, sprawiać, aby nie zamykały się w czterech ścianach i nadal były aktywne społecznie. Każde gospodarstwo przeprowadzi po 3 turnusy, trwające 6 miesięcy każdy. W sumie z projektu skorzysta 225 seniorów, takich jak Walenty. Koszt? Spory, bo łącznie projekt pochłonie blisko 4 miliony złotych, z czego dofinansowanie przez Unię Europejską wynosi aż 85 procent. Ale byłam, widziałam i wiem już, że warto. Gdyby nie fundusze unijne, to wszystko by się nie udało. Ta pomoc, to wsparcie, te błyski w ich oczach. Wspólne posiłki, rozmowy, uśmiechy. 


STATYSTYKI SĄ BEZLITOSNE

Z badania, przeprowadzonego przez Stowarzyszenie Mali Bracia Ubogich wynika, że samotność to jeden z największych problemów współczesnych seniorów. Nie choroby, nie brak pieniędzy, ale właśnie samotność. Widać to zwłaszcza na wsi, gdzie już dawno upadł model rodziny wielopokoleniowej, a młodzi pognali do miasta. Albo jeszcze dalej, za Polskę, za pracą. Skutki tego są opłakane. Szacuje się, że aż od 15 do 30 procent osób w wieku 65+ cierpi dziś na depresję. A prognozy są coraz gorsze: w 2025 roku Polacy powyżej 60. roku życia będą stanowić 28 procent ludności. W roku 2050 – nawet do 40 procent. Ilu z nich będzie się starzeć wśród najbliższych? A ilu zostanie zupełnie samych?

W mieście nie jest jeszcze najgorzej, ale wieś rządzi się własnymi prawami. Parę domów na krzyż, sąsiada od sąsiada dzieli niekiedy kilka kilometrów. Zaczyna się niewinnie: nie ma jak pójść do lekarza, to się nie idzie. Nie ma się do kogo odezwać, to się nie odzywa. Tak postępuje samotność, ale i izolacja społeczna. Dlatego dzięki funduszom unijnym powołano do życia właśnie ten projekt. Gospodarstwa opiekuńcze to „dyskretna pomoc” o rodzinnym charakterze. Seniorzy spotykają się tu w małych grupach, liczących od 4 do 8 osób, przez 5 dni w tygodniu, po 8 godzin dziennie. Spędzają razem czas, czytają książki i gazety, zajmują się ogrodem, zwierzętami, czasem rękodziełem.

Szczerze? To jeden z najważniejszych projektów społecznych, jakie widziałam. To realna, konkretna pomoc, dzięki której standard życia osób starszych naprawdę się poprawia. I tak, ogromnie cieszę się, że pieniądze z Unii Europejskiej wspierają naszych polskich seniorów, skoro my sami zawodzimy jako ich dzieci, wnuki, społeczeństwo i państwo. Że kiedy wszyscy gnamy ciągle do przodu i zapominamy o nich, skupieni na przyszłości, UE wyciąga do nich rękę i inwestuje w nich swoje środki, jednocześnie pokazując nam, że da się lepiej, inaczej. Że starość nie musi oznaczać niechcianych domów opieki, że pomoc może wyglądać inaczej, a starość lepiej – bez tej przerażającej alienacji i samotności.


„JAKOŚ MUSIMY SOBIE RADZIĆ”

Kiedy przyjeżdżamy do gospodarstwa w Komratowie, mamy w głowach masę pytań. A jak będzie? Czy będą zdrowi? Uśmiechnięci? Czy będą chcieli w ogóle z nami rozmawiać? A co, jeśli nie? Odpowiedzi przychodzą w pierwszych sekundach po wjeździe na podwórko. Seniorzy siedzą przy kawie, przed domem, otwarci i uśmiechnięci. Bo Walenty nie jest tu sam. Razem z nim jest czworo innych seniorów. Pani Maria – najmłodsza z całej brygady – pracowała jako nauczycielka w technikum. Teraz jest już na emeryturze, mieszka z bratem i siostrą. We wsi jest zaledwie 15 domów, nie ma świetlicy, sklepów, żadnego miejsca, w którym można by się spotkać. Życie? – Szybko zleciało – mówi.

Jest też ciocia Irenka. Najstarsza, ma 78 lat. Cechy szczególne? Pierwsza: mimo wieku, nie bierze żadnych leków. Druga: nie usiedzi w miejscu. Przychodzi do gospodarstwa i wypytuje: – A nie macie dla mnie jakieś roboty? Może bym ziemniaki obrała? Może bym pomogła? Na wsi mieszka całe życie. Czy nie chciała się stąd wyrwać, gdy była młodsza? Może i chciała, ale śmieje się, że brakło jej do tego talentów.

– Rodzice mieli jeszcze dwóch synów. Oni poszli w świat, a Iruchna została. Pomagałam mamie, teraz pomagam synowi. On prowadzi gospodarstwo, ja oprzątam mu kurki. Nie jest najlepiej, mam kłopoty z nogą, rana mi się otworzyła. Ale jakoś sobie musimy radzić – mówi, kwitując to czarującym uśmiechem.


A WIEŚ TO CO, GORSZA?

Ale największa agentka to i tak pani Zofia. Jest z nią mąż, Zygmunt, raczej cichy i małomówny. Za to ona? Kobieta-rakieta. Nie wiem, skąd bierze wszystkie swoje riposty, ale przegadałaby niejednego młodego. Zadbana, promienna. W oczy rzucają nam się jej paznokcie: piękne, czerwone.

– A to kobietom na wsi nic się nie należy? W Bydgoszczy byłam, to nie koniec świata. 50 kilometrów jechałam. Manicure, pedicure, wszystko mam zrobione – chwali się. Zofia ma dwie córki i syna, ale wszyscy wyjechali do miasta. – Postawiliśmy wielki dom, myśleliśmy, że chociaż syn na gospodarstwie zostanie. Guzik, nie został. Stoi wszystko puste, tylko bałagan jest – opowiada. – To siedzimy tak razem z mężem, ale mąż nie docenia. Powiedział, że jak baba ma takie paznokcie, to znaczy, że nic nie robi.

– I ja go popieram. W mieście to możesz takie mieć, ale nie na wsi – wtrąca Walenty.

– A wieś to jest jakaś gorsza? – oburza się Zofia. – Ja już mam dorosłe dzieci, wnuki mam. 71 lat mam. To chociaż sobie paznokcie zrobię – kwituje.


CZASEM KLUSKI NA PARZE, A CZASEM PRASÓWKA

Nad wszystkimi czuwa druga kobieta-rakieta, Asia. Siedzimy właśnie w jej domu, to ona jest opiekunką w tym gospodarstwie. Młoda, szalenie życzliwa, pomocna i rozmowna. Całe życie pracowała w gastronomii: gotowała, piekła, biegała po salach. Kiedy dowiedziała się o projekcie z Unii Europejskiej, pracowała w hotelu. Nad zgłoszeniem do programu nie zastanawiała się długo.

– Młodszy syn zaraz wyprowadzi się do miasta, bo idzie tam do szkoły. Starszy ma już 19 lat, więc pewnie zostaniemy z mężem sami. A dom ma 16 pokoi. Pomyślałam: będzie tak stał pusty? – wspomina. – Nikt mnie tu przecież nie odwiedzi, wszyscy mają swoje sprawy w mieście. Tylko ja z miasta uciekłam. W mieście nie mogę wyjść w piżamie do ogrodu. Nie mogę chodzić cały dzień boso. Siedzieć na trawie i patrzeć się w niebo. A tutaj? Tutaj mamy raj. A jak wezmę haczkę do ręki, to wszystkie problemy znikają. 

Żeby poprowadzić gospodarstwo opiekuńcze, Asia musiała ukończyć 100-godzinny kurs, pozwalający zdobyć kwalifikacje na opiekuna osób starszych i niepełnosprawnych. Czy było warto? Nie ma wątpliwości. – Oni są tak kochani, że ja bym mogła z nimi konie kraść. Codziennie robimy razem coś innego. Mamy plan dnia, rozmawiamy, śmiejemy się, spacerujemy nad jezioro. Robimy sobie szkoły gotowania, pieczemy placki, zajmujemy się rękodziełem. W czwartki wychodzi u nas gazeta regionalna, więc rozkładamy ją i jest tzw. prasówka. Tu nudów nie ma – zapewnia Asia.

– Och, i gry! Uwielbiamy grać w gry. Mamy chyba wszystkie gry planszowe, jakie tylko są – dodaje. 


PORZĄDEK MUSI BYĆ

W pokoju wisi cała rozpiska ich zajęć. Można podejrzeć, o której jest śniadanie, o której warsztaty, a o której obiad czy kawa. Są też dwie rundy dzielenia się ze sobą swoimi przemyśleniami: na temat tego, co miłego ich spotkało, oraz za co są dzisiaj wdzięczni.

W pewnym wieku, jak już się usiądzie w fotelu, to ten fotel staje się całym życiem. Ludzie starsi nie lubią zmian. Mają swoje rytuały i dlatego my też je mamy. Zaczynamy od śniadania, opowiadamy sobie, co w danym dniu się wydarzyło, co u kogo słychać. Czasami oczywiście nie robimy nic, tylko idziemy do ogrodu i patrzymy w niebo. Oni mają leżing, plażing, ja koszę trawę, a Walenty śpiewa piosenki, żeby mi było milej – śmieje się. 

Poza harmonogramem, każde gospodarstwo opiekuńcze ma też własne zasady. „Jesteśmy dla siebie mili, szanujemy się, pomagamy sobie” – czytam na kartce. Ale są też wspaniałe „nic nie musimy” i „próbujemy”. Bo oprócz wspólnych posiłków, zorganizowanych zajęć czy wsparcia w codziennych czynnościach, chodzi tu też o to, żeby po prostu ze sobą być. Żeby zapewnić seniorom opiekę, ale i rozmowę z drugim człowiekiem. Dać im szansę, by wciąż wiedli aktywne i szczęśliwe życie. By to starzenie się – choć konieczne – wciąż było znośne i radosne.


RODZINA TO NIE WSZYSTKO 

I faktycznie, pobyt w gospodarstwach opiekuńczych poprawia ich kondycję, zarówno psychiczną, jak i fizyczną. Mają kontakt z równieśnikami, mogą wymieniać się historiami i doświadczeniami, rozmawiać o podobnych problemach. Zaczynają funkcjonować jako grupa, przyjaźnić się i o siebie dbać. A nie zawsze rzeczy te odnajdują we własnych rodzinach.

Czy w Komratowie są ludzie zupełnie bez nikogo? Na szczęście nie. Każdy z nich ma jakąś rodzinę, ale każdy ma też swoją historię. – Jeden owdowiał, drugiemu dzieci ze wsi wyjechały, trzeci nie ma się do kogo odezwać. Co z tego, że ci krewni czasem są, jak siedzą w pracy i nawet telefonu nie mają kiedy odebrać? Tu nie chodzi o wielkie rzeczy. Czasami rozmawiamy o tym, że jedna z dziewczyn kupiła sobie nową suknię, ale przytyła i musiała ją zawieźć do krawcowej opowiada Asia.

 My nie rozmawiamy o polityce, środowisku czy gospodarce. Rozmawiamy o tym, co jest zupełnie błahe, ale dla nich ważne jest to, że ktoś ich wysłucha. Kupiła tę sukienkę? Fajnie. Ale to nie jest jeszcze radość. Radość jest wtedy, kiedy można się nią podzielić, kiedy można o niej komuś opowiedzieć. I nam można. O tym, że była u krawcowej, że przerabiała, że to długo trwało. To jest w tym najważniejsze. Rozmowa.


LEK NA SAMOTNOŚĆ

Kiedy wyjeżdżamy, najchętniej rzuciłabym się im wszystkim na szyje. Bo tyle tu ciepła, tyle śmiechu i takiej zwykłej, ludzkiej serdeczności i życzliwości, których próżno szukać podobnych w pędzącym, betonowym mieście.

– Chwila, chwila! Pani mi obiecała zdjęcie samochodu – zatrzymuje nas jeszcze Walenty, po czym pozuje dumnie na tle wysłużonego Opla. 

– Pani nie robi, bo klisza pęknie. Co to za samochód? – śmieje mu się zza ramienia Zofia. – Grat taki, że on w nim już stopami hamuje. Jak w tej kreskówce o jaskiniowcach. Tylko śmiechu kupa. 

No to śmiejemy się. Wszyscy, razem. Ale niestety, ich półroczny turnus właśnie dobiega końca. Niestety, bo wszystkim naprawdę to służy i każdy najchętniej zostałby i na drugi. A „stety”, bo teraz szansę na podobne przeżycia zyskają kolejne starsze osoby. Czy ten projekt wart jest aż takich pieniędzy? Czy te 4 miliony złotych, w większości pochodzące z unijnych funduszy, warto inwestować właśnie w polskich seniorów? Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Owszem, to dużo, ale za te pieniądze nie sposób wymyślić lekarstwa na starość.

Tym lepiej, że udało się chociaż na samotność.


A więcej o gospodarstwach opiekuńczych i innych polskich projektach, wspieranych przez UE, przeczytacie pod tym linkiem: https://europa.eu/investeu/projects/green-care-farms-elderly_pl



Wpis powstał w ramach kampanii InvestEU, prowadzonej przez Komisję Europejską

Zdjęcia: Tola Piotrowska

20
Dodaj komentarz

avatar
10 Comment authors
MilaAgnieszkaAsiaMonikaAngelika Recent comment authors
  Subscribe  
Powiadom o
Dominika
Gość
Dominika

Myślę, że to wspaniała inicjatywa. Że względu na swój zawód bardzo często stukam się z ludźmi starszymi i prawda jest taka, że większość z nich cierpi na okropną samotność. Miałam taką Panią, która przychodziła do nas na oddział, bo po prostu czuła się u nas dobrze. Chorowała na astmę i kiedyś przyznała się, że dla niej zapalenie papierosa to taki bilecik na nasz oddział. I że jej jest od razu lepiej, jak nas widzi i witamy ją z imienia, uśmiechnięte i ciekawe co u niej. Może i nie powinna tak robić i strasznie ją ganiłyśmy, że szkoda jej zdrowia, ale… Czytaj więcej »

Agnieszka
Gość
Agnieszka

Wspaniała inicjatywa. W krajach, w których dozwolona jest eutanazja ludzie po 60tce mają wyrzuty sumienia, że żyją… skoro sąsiad już poszedł na zabieg i mieszkanie dzieciom zostawił, łatwiej im, to może i ja już powinienem… co ja mogę. Jestem przeciwna kulturze śmierci, która w naszym społeczeństwie zyskuje na popularności, jestem za życiem, dla każdego i w każdym wieku. Piękna inicjatywa za życiem, za pełnym życiem.

Mała Mi
Gość
Mała Mi

Co za reportaż! Chcę tu więcej takich!!!