Dzieci z in vitro jak truskawki bez smaku? Historia pewnego buractwa

Ilekroć myślę, że nasi politycy już dalej w swoim absurdzie, głupocie i chamstwie się nie posuną, to słyszę o ich kolejnych poglądach i pomysłach, które nawet Hulka zwaliłyby z nóg. Pomijam już wypowiedzi o tym, jak to dobrze dać kobietom 4 tysiące złotych po to, żeby rodziły śmiertelnie chore dzieci, żeby można było te dzieci ochrzcić. Pomijam też księży twierdzących, że w czasie gwałtu „fizjologia jest narażona na tak ogromny stres, że działa w sposób przeciwny możliwości zapłodnienia”, bo widać, że i im zdarza się działać w sposób umykający możliwościom zrozumienia. 

Pomijam w końcu równie szalony, co i – tu trzeba użyć tego słowa – kretyński pogląd ekspertki MEN od edukacji seksualnej, która nie wstydziła się twierdzić, że „stosowanie prezerwatywy i stosunek przerywany powoduje raka piersi, a kobieta pozbawiona dobroczynnego wpływu nasienia choruje”. To wszystko było szkodliwe i obraźliwe, ale celowało w nas, osoby dorosłe. Co jednak zrobić, kiedy to dzieci zaczynają stanowić kolejny cel?

„Dzieci z in vitro są jak truskawki bez smaku” – miał stwierdzić wczoraj jeden z radnych z PiS. Słowa te miały paść jako wygłoszone oficjalnie, podczas sesji Rady Miasta Krakowa, na której to dyskutowano na temat finansowania in vitro z budżetu miasta. Finansowania, którego – dodajmy – nie będzie, bo sprzeciwili mu się… wszyscy radni PiS. Jak jeden mąż stwierdzili, że kto ma nie mieć dzieci, ten ich mieć nie będzie. A przynajmniej nie za miejskie pieniądze. To jednak temat na inny zgoła tekst, my zaś skupmy się teraz na motywie truskawek.

DZIECKO JAK TRUSKAWKA, BO CZEMU BY NIE

Naprawdę jest na świecie ktoś (do tego dorosły, chyba wykształcony, posiadający minimum kultury osobistej i do tego parający się polityką i publicznym zabieraniem głosu), kto śmie porównać dziecko do truskawki bez smaku? Kto bez mrugnięcia okiem nazwie je eksperymentem genetycznym takim samym, jak eksperymenty genetyczne stosowane na roślinach? Kto – co więcej – dodał, że współczuje córce innego radnego, że „musi bawić się z dziećmi z in vitro”? Na litość boską, to jest tak złe, że żeby tak mówić i myśleć trzeba nie mieć nie tylko odrobiny rozsądku, ale i zwyczajnie, po ludzku, serca.

Dzięki Bogu, nie musiałam korzystać nigdy z in vitro. Ale gdybym musiała, nie wahałabym się ani chwili. Osobom, które twierdzą, że tylko Bóg może decydować o tym, kto powinien zostać rodzicem, a kto nie, przypominam, że: a) nie wszyscy wierzą w istnienie Boga, b) mamy XXI wiek, a religia i medycyna to działy zupełnie, ale to zupełnie osobne, c) wystarczy spojrzeć na osoby takie jak słynna matka Madzi, która jednego dnia zabije własną córkę, a drugiego pozuje na koniu na okładce „Super Expressu”.

Wróćmy jednak do naszego radnego, bo na tym złotych myśli nie koniec. „My teraz tym życiem chcemy sterować, decydując, że ten pan i ta pani mogą mieć dziecko. Nie wolno nam tego robić w Polsce, w której urodził się nasz papież” – miał dodać wczoraj radny. Zaprawdę, wycieranie sobie gęby polskim papieżem to jedno. Przypominanie, że głosił on szacunek do życia i twierdzenie, że właśnie dlatego nie wolno nam nikogo do życia za pomocą in vitro powoływać – to drugie. Ale jak ma się to do wszystkich zdobyczy współczesnej medycyny? Rozumiem, że pan radny nie korzysta z pomocy lekarzy, nie odwiedza szpitali, a w razie zagrożenia życia własnego bądź bliskich nigdy nie zdecyduje się na leki, transfuzje bądź operacje? Wszak jest to sterowanie życiem, bo kto jest chory, o tym Bóg widać zdecydował, że powinien już umrzeć.

TO WSZYSTKO WYRWANE Z KONTEKSTU

Jak nietrudno się domyślić, słowa radnego natychmiast wywołały burzę w sieci. Tak, jak dopiero co uczciliśmy odkrycie przez Witolda Waszczykowskiego naszego nowego sojusznika w radzie ONZ (Polska pozdrawia San Escobar ze stolicą w Santo Subito!), tak teraz zagrzmiało od słów o truskawkach. Bo internet ma tę piękną cechę, że nie darowuje i nie zapomina. I mam nadzieję, że niejeden rodzic pozwie radnego za to, co powiedział i niejedno dziecko, poczęte dzięki metodzie in vitro, stanie przed nim i zażąda, żeby spojrzał mu w twarz.

Oczywiście, radny całej sytuacji zaprzecza. Jak twierdzi, część jego wypowiedzi „została zmanipulowana, wyrwana z kontekstu lub zrozumiana opacznie”. Tak brzmiącą deklarację miał opublikować po północy na swoim profilu na Facebooku, z tym, że wpis w magiczny sposób już zniknął. Dlaczego? I jak?

Żebyśmy mieli jasność – ja nie oceniam, ja pytam. Pytam, jak można powiedzieć coś takiego. Jak można samemu bawić się w Boga i poprzez sposób dystrybucji miejskich pieniędzy decydować, kto ma prawo mieć dziecko, a kto nie? Jak można mówić w końcu, że współczuje się komuś konieczności obcowania z takimi dziećmi? Ja się pytam: jakimi? Czy to, że do procesu zapłodnienia doszło w inny niż wykształcony przez Matkę Naturę i pochwalany przez Kościół sposób oznacza, że dziecko jest mniej wartościowe? Staje się ułomne, niepełne? Może znów posypią się argumenty, że nie ma duszy? Albo że walka z niepłodnością to zajęcie szatańskie i niebezpieczne? Ja przypominam, że mamy 2017 rok. Mamy prąd, ciepłą wodę, mamy nawet internet. To zobowiązuje, żeby mieć także elementarne poczucie przyzwoitości i podstawową wiedzę – przynajmniej w tematach, w których zabiera się głos.

Natomiast radny broni się teraz, jak może. Na stronie Gazety Wyborczej czytamy: „Słowa, które próbuje się wkładać w moje usta nie padły. To nie jest w moim stylu. Nagonka na mnie ma związek z ogólną nagonką na Prawo i Sprawiedliwość” – przepraszam, z jaką nagonką? O ile się nie mylę, to PiS rządzi obecnie tym krajem. To przewagę tej właśnie partii pokazują wszystkie sondaże. To jej członkowie w końcu sami wypalają z takimi, a nie innymi teoriami i pomysłami. Więc o jakiej nagonce mówimy? PiS sam świetnie się goni i szczerze liczę na to, że skończy jak wąż z Nokii 3310, który prędzej czy później zżerał własny ogon.

DOBRY PAN, CHOCIAŻ BIAŁY

Dalej w wypowiedzi radnego czytamy jednak: „Akceptuję wszystkie rodziny i wszystkie dzieci. Wszyscy jesteśmy Polakami i żyjemy w Polsce. Szanuję wszystkich, mam ponad 60 lat, jestem głęboko wierzący i nie wyobrażam sobie używania takich porównań”. Otóż on – biały, dobry człowiek – akceptuje. Aż chce się krzyknąć: łaskawca! Co bowiem by zrobił, gdyby nie akceptował?

Fakt, że wszyscy jesteśmy Polakami i żyjemy w Polsce, zdaje się, owszem, niepodważalny. Z tym, że tego akurat mi żal. Jest mi żal tego, jak bardzo szargana jest nasza opinia na arenie międzynarodowej. Jak inne kraje patrzą na nas i zastanawiają się, kiedy skończy się u nas demokracja. Jak we własnym kraju chcemy wprowadzić drakońskie prawo aborcyjne, bliskie temu, obowiązującemu na Salwadorze. Jak zagraniczne media gubią się już w tym, kto tak właściwie nami rządzi i zamiast zdjęcia prezydenta czy premier zdezorientowane wstawiają zdjęcie wszechobecnego prezesa.

Jak w końcu wykluwa nam się kolejny Krzysztof Kolumb, który zamiast powiedzieć: „Tak, palnąłem, ten San Escobar to była totalna głupota” przekręci jeszcze dwa razy nazwę kraju, z którego przedstawicielami dopiero co ponoć rozmawiał. Naprawdę, wstyd mi, że tak prezentuje się szef polskiej dyplomacji. Bo podstawowe zasady dyplomacji nakazywałaby jednak nauczyć się na pamięć nazwy państwa, którą w mediach zaraz zechce się szastać. (A ja, korzystając z okazji, pozdrowię także inne sprzyjające Polsce państwa, takie jak Stumilowy Las oraz Narnia).

I tak, cieszy mnie, że radny „szanuje wszystkich” – natomiast smuci, że tego nie okazuje. Bo swoją opinię na temat in vitro podtrzymał. Co więcej, jestem szczerze zdziwiona – bo jeśli rzeczywiście ktoś jego słowa przeinaczył i niezbyt dokładnie go zacytował, przez co stał się on teraz obiektem drwin i ataków, to dlaczego nikogo za to nie pozwał? Dlaczego nie wskazał winnego? I dlaczego nikt z obecnych podczas tamtej sesji nie powie: „ludzie, tak wcale nie było”? Niestety, także krakowski magistrat umywa chwilowo ręce. Na publikację stenogramu z posiedzenia radnych ma bowiem dwa tygodnie i nic to, że sprawa raczej pilna. Dlatego – nie osądzając już, kto i co powiedział, a jedynie odnosząc się do charakteru dyskusji – sama zakończę ten tekst jednym, czysto teoretycznym pytaniem:

Gorzej jest być modyfikowaną genetycznie truskawką bez smaku, czy może zwykłym burakiem?


fot. JenkoAtaman/fotolia.com

Instagram