Żeliszów. Miejsce, w którym mogłyby umierać koty

Powiedziałem: znam takie miejsce,
gdzie przychodzą umierać koty.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.

Marcin Świetlicki, „Świerszcze”

Dziś będzie o miejscu. Takim, w którym można umierać, a które samo żyje resztką życia.

Ale powoli. Zaczęło się pewnego niedzielnego poranka. Jestem śpiochem – kiedy mogę, śpię do południa. Tym razem miało być inaczej. Z moją Aśką umówiłam się na 10. Nie miałam pojęcia, skąd przyszła jej do głowy ta pora. Tym bardziej, że wie, że wczesne wstawanie nie jest moją mocną stroną. Ale wskazówki były jasne – na dziesiątą jesteś gotowa, wkładasz dres i stare buty. Bo możliwe, że trzeba się będzie wspinać.

Pierwsza myśl? Jezu. I bynajmniej nie dlatego, żebym była zbyt religijna. Bo widzicie, wspinam się, jasne, ale zwykle na palce, gdy chcę ściągnąć z wyższej półki ciasteczka. A tu? Jak Aśka zabiera mnie na przejażdżki, rzadko jadamy ciasteczka.

Cel wędrówki – Żeliszów. Wioska na Dolnym Śląsku, gdzieś w okolicach Bolesławca. A na jej skraju, on – niepozorny kościół z końca XVIII wieku, mocno zaniedbany i niszczejący. Kiedy zajeżdżamy na miejsce, dziwimy się trochę. Wygląda niepozornie, jest mały i porośnięty chaszczami. Ale to, co widać z zewnątrz, nijak nie zapowiada tego, co w środku.

Ale najpierw trzeba się dostać do środka. I tu powraca kwestia wspinania się. Obiekt, jak to ruina, pozamykany na wszystkie spusty, wstęp na jego teren – wzbroniony. Ale od czego są okna! Stare, zdewastowane, powybijane. Tak przynajmniej mówili w TV.

Wysiadamy więc z auta,  obchodzimy kościół dokoła. Jak na złość – wszystkie okna świeżo zamurowane. Dochodzimy do drzwi, na nich numer konta, na który można przesyłać darowizny. I tyle. Żadnej szpary w ścianie, żadnego zaglądania do środka. Aśka robi w tył zwrot, ja wyginam buzię w podkówkę. Aż w końcu olśnienie. Robię najprostszą i najoczywistszą rzecz na świecie, która żadnej z nas nie przyszła od razu do głowy.

Naciskam klamkę.

Tak, tak, to właśnie jest czas na fanfary. Drzwi otwierają się, jesteśmy uratowane! Akurat trwa sesja ślubna, możemy wejść na momencik i popatrzeć na butwiejące ściany. Ale co to za ściany… Miłość od pierwszego wejrzenia. Architektoniczna perełka, zrujnowana do granic możliwości. Z dziurami w dachu, zwisającymi nad naszymi głowami deskami, butelką po coli gdzieś w rogu. A jednocześnie tak majestatyczna i piękna, że autentycznie zapiera dech. I nieważne, że może ci runąć na głowę. Czujesz, że to miejsce, w którym jesteś w stanie umierać.

Kiedy wracamy do domu, przeglądam internet. Czuję niedosyt, chcę więcej. I nie ma więcej. Raptem kilka zdań. Że budowę przypisuje się Carlowi Langhansowi. Temu od Bramy Brandenburskiej w Berlinie. Że były to lata 1796-1797, że jest z piaskowca, że na planie elipsy. Że do II wojny światowej z kościoła korzystali niemieccy protestanci. I dziękuję, to tyle.

O kościółku pewnie dalej byłoby cicho, gdyby nie pewien film w sieci. Wrocławski reżyser, Patryk Kizny, nakręcił bowiem „The Chapel” – obraz, który poruszył setki internautów i dzięki któremu tematem zainteresowały się media. Mieszkańcy Żeliszowa mówili im wprost – ostatni pastor, który opuszczał Żeliszów, przekazał klucze mieszkańcom. Tylko że kościół był ewangelicki, a wioska katolicka. Najpierw trzymano w nim więc owce i bydło, potem zwyczajnie rozebrano. Co komu było trzeba – okna, deski. Darmowe, to można brać.

Gminy na remont nie było stać, bo koszty – jak to przy zabytkach – idą w miliony. Teraz za ratowanie go wzięła się warszawska Fundacja „Twoje Dziedzictwo”. I będę mocno trzymać kciuki, żeby się udało, bo Żeliszów dorównuje najpiękniejszym kościołom Europy.

I tylko żal będzie tych snopów światła, wlewających się do wnętrza przez dziurawy dach w letnie, słoneczne dni. Jakoś bardziej czuć Boga w kościele, w którym deszcz, zamiast morałów, leje się ciepło na głowę.