Zabij się, a nie przyznaj się. Justyna Kowalczyk i kilka słów o depresji

Na zdj. Justyna Kowalczyk, fot. Oskar Karlin, Flickr.com, CC BY-SA 2.0

Od ponad roku mam zdiagnozowane stany depresyjne. To jest mój bieg o życie.

Justyna Kowalczyk w rozmowie z Pawłem Wilkowiczem ze Sport.pl

Od kilku godzin tematem numer jeden jest depresja Justyny Kowalczyk. W rozmowie z Pawłem Wilkowiczem z serwisu Sport.pl nie ma niczego, co mogłoby szokować czy gorszyć. Kowalczyk mówi wprost: od roku ma zdiagnozowane stany depresyjne, farmakologia nie działa, a ona zwyczajnie, po ludzku, ma dość.

Problemem jest jednak to, że o takich rzeczach się w Polsce nie mówi. Że depresja, podobnie jak inne choroby o podłożu psychicznym, objęta jest jakimś niewyobrażalnym tabu. Możesz chorować na raka, astmę, stwardnienie rozsiane. Jest to społecznie akceptowalne i jeśli już wywołuje jakieś emocje, to smutek, żal czy współczucie. Gorzej, jeśli cierpisz na tak zwane schorzenia wstydliwe, typu hemoroidy, zespół jelita drażliwego czy choroby ginekologiczne. Tymczasem już samo określenie ich mianem wstydliwych jest jakimś fatalnym nieporozumieniem. Czego tu się wstydzić? Jak boli głowa, to ok., jak dupa, to wstyd? Na jakim my świecie żyjemy?

Dramat na dobre rozkręca się jednak w przypadku chorób psychicznych. Wszystkim od razu kojarzy się to wtedy z pokojem bez klamek, najlepiej obitym gąbką i szczelnie oplatającym jego lokatora kaftanem. Albo z jakimś totalnym odjechaniem, bo przecież to nie jest normalne, cierpieć na zaburzenia psychiczne. A tymczasem to jest tak samo normalne, jak następująca po zimie wiosna albo program telewizyjny rozpisany na siedem następujących po sobie dni tygodnia.

Niestety, nie jest to stanowisko powszechne. Nic więc dziwnego, że Kowalczyk wolała przez bity rok robić dobrą minę do złej gry. Skoro my o własnych problemach boimy się powiedzieć przyjaciołom czy bliskim, to co dopiero rzucić taki news mediom. Kowalczyk ryzykowała zatem podwójnie – raz, że wystawiłaby się na publiczny osąd, dwa, że stawiałoby to pod znakiem zapytania jej szanse na dalsze sukcesy w sporcie. I to dopiero jest chore.

Pretensji nie mam absolutnie do niej. Ba, świetnie ją zresztą rozumiem, bo powiedzieć dzisiaj, że łyka się antydepresanty, chodzi na psychoterapię albo z bezradności wali głową w mur, to jak strzelić sobie w kolano. A tymczasem to całkiem normalne, mieć się źle. Nie dawać sobie rady ze stresem, presją otoczenia, obowiązkami, porażkami. Czy to w życiu zawodowym, czy prywatnym.

Dlaczego możemy wyłożyć się, jeżdżąc na łyżwach, a nie możemy, kończąc kilkuletni związek? Upadek psychiczny często bywa zresztą o wiele bardziej bolesny od fizycznego. I dłużej goją się rany. Problem jednak w tym, że jego skutków zwykle nie widać, bo cierpiący na zaburzenia psychiczne ludzie robią wszystko, aby umiejętnie się z nimi przed światem kryć.

A tymczasem to świat się powinien wstydzić, nie oni.