Wszystkie koty mojego życia

Na zdj. kadr z serialu „Sabrina, nastoletnia czarownica”, reż. Nell Scovell

Sabrina: Bawisz się kłębkiem wełny?
Kot Salem: Mam swoje potrzeby.

„Sabrina, nastoletnia czarownica”

Pod jednym z wpisów przyznałam Wam się, że w kwestii kotów mam kiepskie statystyki – na cztery dotychczasowe koty aż trzy uciekły, a czwarty zwariował. Wywołana do tablicy, czuję się w obowiązku szerzej o tym Wam opowiedzieć.

Otóż mój pierwszy kot miał na imię Szogun. Zważcie proszę, że jako humanistka przywiązuję do imion duże znaczenie, toteż i Szogun nie wziął się znikąd. Złoty był z niego chłopak, ale szalał za dwóch. Jak było w domu coś, co można było stłuc albo poszarpać, to wiadomo było, że Szogun to zrobi. Do tego znakomicie znał się na desiginie i podzielał mój wstręt do żyrandola z wiatrakiem, jaki w salonie zamontowali rodzice. Wystarczyło go włączyć, żeby kot wpadał w szał. Ja również, ale ja przy tym nikogo nie gryzłam.

Powiecie: koty nie gryzą. AKURAT.

Szogun doskonale znał się także na ludziach. Nielubianemu wujkowi tak zharatał na imieninach rękę, że biedak przez całą imprezę wstydził się nam pokazać. Trzymał ją tak krwawiącą w kieszeni. Wiem, że to mało zabawne, ale jak jest się dzieckiem i nie lubi się wujka, to naprawdę, nie takich rzeczy potrafi mu się życzyć.

Szogun był jednak kotem podwórkowym, to jest takim, który pewnego dnia wychodzi na podwórko i nigdy więcej nie wraca.

Później był Romek. I nawet nie myślcie, że to ja go tak nazwałam. Romek nazywał się naprawdę Romeo i był kotem zza płotu. Tyle, że mało chcianym, bo jego matka była dosyć rozwiązła. Romka wzięłam więc ja, ale zanim, to dzieci zdążyły go ochrzcić. Ja tylko przystałam na to plebejskie imię, co odbiłam sobie później na Gracji.

W każdym razie, Romek był tym typem kota, który nie schodzi człowiekowi z kolan. Cudowna sprawa, przez chwilę można czuć się kochanym. Tyle, że pewnego jesiennego dnia Romek także wyszedł i już nie wrócił.

Później była Gracja. Czyli kot, jakiego dostałam na 18. urodziny od mojego ówczesnego faceta. Zajebiście brzydki (kot, nie facet), profesjonalnie to się nazywa chyba pers szylkretowy. Trochę czarny, trochę szary, a trochę jeszcze brązowy. Czyli generalnie jakby ktoś Wam kota przez komin przepuścił i jeszcze błotem obrzucił.

Na Grację miałam plan, miała być cudowna, romantyczna i wiecznie śpiąca. Ale Gracja uznała, że chyba mnie popierdoliło, bo była dokładnie odwrotna. Do tego wprowadziła nam w domu taki terror, że strach było wyjść na korytarz. Tak, to ten typ kota-mordercy, który wskakuje na szafę i rzuca Ci się na plecy, kiedy tylko przechodzisz. I nie, nie w przypływie czułości.

Jedno, co miałyśmy wspólne, to wrodzoną niechęć do sobotniego sprzątania. Wystarczyło włączyć przy niej odkurzacz, a nie wiadomo było, którym oknem uciekać.

Gracja jednak zwariowała. Doszła do smutnego etapu, w którym demolowała nas psychicznie i fizycznie, a siebie przy okazji. Trafiła na wieś, do znajomych wujka. Chociaż mam podejrzenia, że tak naprawdę rodzice posłali ją wtedy na zgoła inny, niźli wiejski świat.

A potem był jeszcze Jorik. W zasadzie, Jorik wcale nie uciekł. Jorik został wysiedlony. Tyle, że jemu naprawdę trafił się raj. A imię dostał na cześć Augusta Strindberga, takiego szwedzkiego autora dramatów. Nie pamiętam już, czy facet miał tak na drugie, czy nazwał tak któregoś z bohaterów. Poza tym Yorick był też u Szekspira, nie było opcji, żeby kota nazwać inaczej. Bo wiecie, byłam wtedy polonistką – formalnie, jak i mentalnie.

Przygoda z Jorikiem zaczęła się jeszcze na studiach. Mieszkałam wtedy we Wrocławiu, dzieliłam pokój ze słodką dziewczynką, która sama była jak mały, piszczący kotek. Przygarnęła niemotę na kilka tygodni, bo akurat zbliżała się sesja i potrzebowała dla siebie zajęcia. Zaraz po egzaminach nadeszły jednak wakacje, a wiadomo, co małe, słodkie dziewczynki robią z kotkami, które psują im wakacyjne plany. Dziewczynka zaproponowała wtedy, że najprościej będzie go uśpić. Albo oddać do schroniska, ale w schroniskach jest jednak brudno i biednie, więc uśpienie to opcja w sam raz.

Pominę już szczegóły odnośnie dyskusji, jaka wtedy się między nami wywiązała. Dość wspomnieć, że z dziewczynką nie widziałam się od tamtej pory (a minęło z osiem chyba lat), a kot został i miał się dobrze. Znalazłam nam więc inną dziewczynkę i wspólnie zamieszkaliśmy z trzema chłopakami z polibudy i naprawdę, dla nas wszystkich to był wtedy raj. Ale wiecie, jak to jest z rajem – prędzej czy później ktoś Was z niego wyrzuci.

W każdym razie, nadszedł czas przeprowadzek. Po którymś przemieszczeniu z rzędu Jorik pojechał na święta do dziewczynki mamy. Polubili się i tak już zostali. Żyją ze sobą już dobrych kilka lat, a mnie tylko czasem było za nim tęskno i żal. Ale wiecie, jak mówią. Jeśli kochasz, pozwalasz odejść.

Teraz sami widzicie, dlaczego przed piątym kotem się jednak wstrzymuję.

Nawet faceci rzucali mnie rzadziej! ;-)