Wasza miłość, moje mdłości, czyli co za dużo, to niezdrowo

Na zdj. kadr z filmu „American Pie”, reż. Chris i Paul Weitz

Zakochiwanie się jest jak zjedzenie naraz pudełka czekoladek – na początku wydaje się, że to dobry pomysł.

Jill Shalvis, „Szczęściara”

„Na początku” to tutaj słowo-klucz. Bo później przychodzi życie i to życie ten pomysł weryfikuje. Najpierw robi się człowiekowi niedobrze, ale nic sobie z tego nie robi. Ba, zjada nawet więcej. Później robi mu się więc jeszcze bardziej niedobrze, ale przecież zostały tylko trzy czekoladki, a co tak we trzy będą same w tym pudełku leżeć. Więc upycha je wszystkie do brzucha, a potem z tym brzuchem i widokiem jego w lustrze jest mu zwyczajnie źle.

I tak, jak brzuch może puchnąć od nadmiaru czekoladek, tak drugi człowiek może puchnąć od nadmiaru miłości. Cudzej. Bo widzicie, leżę sobie w szpitalu i utwierdzam się w przekonaniu, że dziadek Bukowski miał rację mówiąc, że szpitale, więzienia i burdele to prawdziwe uniwersytety życia. Tego, co tu się człowiek nasłucha, czego naogląda, a czego sam na sobie doświadczy, to nikt mi nie odbierze.

Niemniej, doświadczam tu także sporo czułości. Nie tylko tej, ukierunkowanej bezpośrednio na mnie. Tę jeszcze dzielnie znoszę, ponieważ generalnie jestem pieszczoch i lubię, jak się mnie głaszcze, dogląda i donosi mi do szpitala kisielki. I chociaż taka jestem skupiona na tym swoim chorowaniu, to są rzeczy, które dobijają mnie bardziej, niż kolejny z rzędu, niedziałający ketonal. Taką rzeczą jest na przykład miłość.

Nie to, że ból dupy, czy że innym zazdroszczę. Ale leży obok mnie dziewczyna i do niej przychodzi mąż. Oboje tacy niewyraźni, ale nie w sposób szpitalny. Życiowy. Bladzi – dosłownie, jak i w przenośni. Brązowe włosy, blade cery, podobni chyba do nikogo. Nieładni i niebrzydcy, raczej z tych, których spotykasz na ulicy i nie odnotowujesz ich obecności, tak jak nie odnotowuje się obecności kolejnego drzewa czy słupa z ogłoszeniami. Ot, element przestrzeni. Jeśli w roli dekoracji, to raczej lichej i z taniej tektury.

Mili, oczywiście. Spokojni. Urodziła im się Małgosia i ja widzę, że oni siebie nawzajem i tę Małgosię kochać będą już zawsze, dopóki na coś nie poumierają. I jak na nich patrzę, to myślę, że to są właśnie ludzie, którzy umierają we śnie. Nie giną nagle, w wypadkach i katastrofach. Nie przytrafiają im się ciężkie choroby, żadne nowotwory. Jakby śmierć nie miała czasu sięgać po bylejakość. Pewnie zorientuje się, gdy będą koło siedemdziesiątki, że o, zamknąłby oczy któremuś. Nie, nie obrażam ich. Twierdzę, że są ludzie, skazani na życie zwyczajne (a może to nie wyrok, może to błogosławieństwo?).

Nadzwyczajna natomiast jest łącząca ich miłość. A raczej towarzysząca jej werbalna otoczka. Wiecie, trochę jak stary, poczciwy telegram. „Rodzina zdrowa. STOP. Ula zdała maturę. STOP. Przyjadę na wiosnę. STOP. Kocham Cię. STOP”. No więc okazuje się, że są ludzie, którzy jako STOPU używają słowa „kochanie”.

– Kochanie, jak się czuje Małgosia?

– Dobrze, kochanie. A Ty?

– Też dobrze. Jadłeś już obiad, kochanie?

– Tak, ale nie martw się teraz takimi rzeczami, kochanie.

– Chcę już do domu, do Ciebie i do Małgosi. Tęsknię za Wami, kochanie.

– Wiem, kochanie. Jeszcze troszkę, kochanie.

Nie wiem, kto zdrowy by to wytrzymał, ale niezmiernie się cieszę, że mama, tata oraz Małgosia, są już w komplecie, w swym domu. Bo tak często wypowiadane „kochanie” jest jak jedna czekoladka za dużo, na siłę upchnięta do brzuszka.

Albo włożysz palec, albo sama wyjdzie na zewnątrz.