Boję się o Ciebie, człowieku sukcesu

Fot. Thomas Brault, Unsplash.com

Nie mam serca z kamienia, ale i nie roztkliwiam się na wieść o kolejnych mamach Madzi. Nie płakałam po Mufasie ani po kolejnym zastrzyku botoksu Krzysztofa Ibisza. Bardziej niż świat zewnętrzny, interesuje mnie świat wewnętrzny. Ze wszystkimi moimi neurozami zwyczajnie brak w nim czasu dla sąsiadów.

Za sobą mam intensywne miesiące. Ostatnie dni? Wrocław, Warszawa, Gdynia, Warszawa, Wrocław. Festiwal, konferencja, znowu festiwal. Podczas wczorajszej jazdy tramwajem zasnęłam. Dojechałam do redakcji i – szefie mój, wybacz, jeśli to czytasz – także zasnęłam. W trakcie kolegium. Oparta o poręcz fotela. Ze snu wyrwało mnie mocniejsze trzaśnięcie słuchawką. Spojrzałam na zegarek. Z życia umknęło mi 1,5 godziny.

Wróciłam do domu, spojrzałam na obdrapane paznokcie. Zdążyłam złapać za lakier, nie wiem, kiedy znowu zasnęłam.

Znajomi dobijają się o spotkanie? Liczę wyjazdy, sprawdzam bilety na pociąg. Wrzesień. Najbliższe wolne będę mieć we wrześniu.

Telefon. „Widziałam Cię u Mellera, widziałam Cię u Kominka, kiedy zobaczę Cię w domu?” Nie wiem, co odpowiedzieć. W torebce mam szczoteczkę do zębów i modem iPlusa, ale nie wiem już, gdzie mam dom.

W głowie huczy mi widmo wczorajszego dnia. A wszyscy wiemy, jaki wczoraj był dzień. Wczoraj był dzień śmierci Jana Kulczyka. Moją ścianę na Facebooku zasypały czarno-białe laurki, a kumpel z pracy żartował: „Umarł w wieku 65 lat? Dwa lata przed emeryturą, skurwiel”.

A mnie jest wcale nie do śmiechu. Zżymam się na te wszystkie hasła, że „zatrzymaj się i żyj”. Obok kina przebiegam na czerwonym, bo zaraz zacznie się seans. Po seansie znów wybiegam, łapię na szybko pomidorową, która jest tak zła, jak zła musiała być Buka w oczach Muminków, ale nie mam czasu wybrzydzać, bo za chwilę zacznie się kolejny seans. Spieszę się, żeby zdążyć.

A jednak przed oczami ciągle przewija mi się czarno-białe zdjęcie Kulczyka i myśl, że mogę nie zdążyć. Że mogę nie zdążyć zrobić tych wszystkich rzeczy, o których szczerze marzę, bo całymi dniami uganiam się za tymi, które pozornie mają mnie do nich przybliżyć. A przecież realizacji marzeń nie zaczyna się od ich odkładania.

Daleka jestem od mówienia ludziom, jak powinni żyć. Ale w takie dni, jak dzisiaj, odpowiedziałabym bez zastanowienia: wolniej. A zaraz potem – uważniej.

Kiedy chodziłam jeszcze do podstawówki, panowała moda na pisanie do siebie w zeszytach. Coś jak listy, ale lepsze, bo pozwalały zachować ciągłość korespondencji. Wklejało się tam różne zdjęcia, zapisywało mądre cytaty. I jedna z moich przyjaciółek wkleiła mi wtedy pocztówkę z chłopcem, siedzącym na trawie razem ze swoim psem i wpatrującym się w tęczę. Nad tęczą widniał napis: „Nie trać małych przyjemności życia w pogoni za tymi większymi”.

Tak, chciałabym zdążyć zarobić kiedyś tyle pieniędzy, żeby było mnie stać na kupienie nowego Bugatti. Ale żyję czasami w takim tempie, że ledwo dążę brać poranny prysznic. Czy to kwestia złej organizacji? Na pewno. Ale i tego wariactwa, w jakie wszyscy dajemy się wmanewrować, bo wszystkiego chcemy więcej, mocniej, łapczywiej. Bo poza pracą musimy zdążyć na basen, żeby być fit oraz na angielski, żeby być cool. Musimy kupić nowe jeansy w Mango, zanim skończą się wyprzedaże i zobaczyć premierę najnowszego Bonda, zanim przed nami zrobią to wszyscy inni. Musimy też tak spiąć budżet, żeby jakoś wystarczyło nam do pierwszego i tak świecić oczami przed pracodawcą, aby uwierzył, jak świetnie na nasze stanowiska pasujemy.

I to jest bardzo naiwne i głupie. Bo – jak powiedział kiedyś Maciek Kozłowski – rodzimy się i musimy umrzeć i to jest w zasadzie jedyna rzecz, jaką musimy.

I naiwnie jest myśleć, że im później się załapiemy na to umieranie, tym lepiej, bo nie ma takiego czasu, jakiego człowiek nie byłby w stanie zmarnować.

Mniej przyszłości kosztem teraźniejszości, Panowie i Panie. Wczoraj runął kolejny pomnik i my także kiedyś runiemy.