Tarapaty idioty, albo: ile jesteś w stanie wytrzymać?

Na zdj. kadr z filmu „Jaś Fasola: Nadciąga totalny kataklizm”, reż. Mel Smith

Jedno wam powiem: Życie idioty to nie bułka z masłem.

Winston Groom, „Forrest Gump”

Jak byłam mała, moi dziadkowie hodowali przeróżne zwierzęta. Wśród nich – kurki brojlerki. Strasznie śmieszne, bo trzeba je było trzymać w domu, w wydzielonej pośrodku kuchni zagrodzie, z taką wielką żarówką, która nazywała się kwoka. Można było na nie patrzeć i nic więcej, bo delikatne to było i wszyscy chuchali na nie nawet bardziej, niż na mnie, wnuczkę-jedynaczkę.

I ja doszłam w swoim życiu do momentu, w którym poczułam się jak ta kurka brojlerka. Ciepło, domowo, mogę leżeć i tyć. I zaraz potem pomyślałam, że Ty się, dziewczynko, ogarnij, i wyjdź poza zagródkę. A wiecie, co się stanie, jak kurka wyjdzie poza zagrodę. Zaraz spotka ją wilk. Dwa wilki. Pięć wilków. Albo całe stadko.

Więc kurka się rozhulała i widziała, że to było dobre. Ale im bardziej się rozpasała (duchowo, nie wszerz, chociaż można było zaobserwować tu pewną symetrię), im bardziej wychodziła poza tę swoją strefę komfortu, tym mniej go pod nóżkami miała. I nagle wszystko rozpieprzyło się w tak drobny mak, że nic właściwie już nie zostało. Trochę jak dobrze puszczone domino. A trochę jak poatomowy świat.

I kiedy dziś przy śniadaniu Moni rzuciła coś o tarapatach idioty, pomyślałam, że jeśli kiedyś ktoś porwałby się na moją biografię, to tak się powinna nazywać. Bo to, co mi się ostatnio przytrafia, jest tak smutne, że aż śmieszne. Tyle rzeczy dzieje się źle, tak bardzo jest mi w życiu pod górę, że serio, jak już na tę górę wylezę, to turlać się z niej będę z uśmiechem od ucha do ucha, zwinięta w pozie beczki.

Nie, żebym się tu żaliła. Od pocieszania mam przyjaciółki i horoskop w magazynie „Twój Styl”. Ale może część z Was też jest w kompletnej dupie i smuci się, że nie zagląda tam światło. To ja Wam powiem, że nigdy nie ma się aż tak źle, żeby nie mogło być gorzej. Naprawdę, życie jest zajebiste w zaskakiwaniu i to bardzo niemądre, rzucać w eter pytaniem, co jeszcze się może wydarzyć. Z uporem maniaka Wam to chyba powtarzam, a sama się zapominam jak głupia i dzieją się rzeczy kolejne, czasem mocno spektakularne. No więc ja nie wiem, kto pisze mi mój życiowy scenariusz, ale ma facet jaja i musi się nieźle przy tym śmiać.

Jest natomiast takie ładne, pocieszające zdanie z książki „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Cormac McCarthy pisze w niej, że „nigdy nie wiadomo, ile większego niefartu oszczędził człowiekowi jego pech”. Więc może tak to sobie tłumaczmy. Że ok, mamy chwilowo źle, ale tak na dobrą sprawę, to przecież mogło być gorzej. Prawdziwe dramaty dzieją się gdzie indziej. Serce da się jeszcze posklejać, obolałe ciało wygłaskać, matkę nauczyć rozsądku, a laptopa naprawić. Znaleźć pracę, zmienić miasto, zrzucić te pięć kilo i wejść w ulubione jeansy. Nie wiem, co tam macie jeszcze za plany, ale dopiszcie je sobie do listy.

Może nasz pech też lubi, żeby o nim pamiętać. Ja, na przykład, całe życie byłam farciarą. Może teraz wyrównujemy rachunki. W każdym razie, jak dzieje się źle, to się dzieje. Grunt to zacisnąć zęby i iść sobie dalej. Bo jak się zacznie nad sobą użalać, to skończy się na kanapie, w obwisłej piżamie, z tabliczką czekolady w jednej, i paczką chusteczek w drugiej ręce.

A przecież jeszcze będzie dobrze, jeszcze będzie pięknie. A że teraz jest kiepsko?

Jak mawia mój dobry znajomy: jest źle, to jest źle. Na chuj drążyć temat?