Tam dom Twój, gdzie kot Twój? Spróbuj to zrobić inaczej

Na zdj. kadr z filmu „Śniadanie u Tiffany’ego”, reż. Blake Edwards

Dom jest tam, gdzie czujesz się jak w domu.

Truman Capote, „Śniadanie u Tiffany’ego”

Wyznaję zasadę, że są słowa, wobec których lepiej pozostać ostrożnym. Gdy byłam mała, miałam tak ze słowem Szatan. Ha, widzicie, do dzisiaj piszę go z dużej litery. Z szacunku, i tak na wszelki wypadek. Bo jeśli się kiedyś okaże, że piekło gdzieś tam sobie istnieje i przypadkiem do niego trafię, to nie chcę mieć tak na starcie pod górę. Wiecie, jak mówią: Przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej.

Później miałam tak z kocham Cię. Ale studenckie imprezy mają to do siebie, że jest na nich serwowane kiepskie żarcie, gra kiepska muzyka i ogólnie robi się wtedy kiepską miłość w kiepskich dekoracjach. No i jak ja tam siedziałam w kuchni na tym blacie, on stał obok i popijał piwo i w tle leciało Jest już ciemno Feela, to jakoś tak się zapędziliśmy, że nawet nie wiem, które z nas powiedziało to jako pierwsze. A potem mówiliśmy to sobie jeszcze przez kilka lat, przeważnie codziennie. I kiedy przestaliśmy, mogliśmy spokojnie spakować walizki i pójść, każde już w swoją stronę.

Teraz mam tak ze słowem dom. Dawno, dawno temu uważałam, że dom to miejsce, w którym jest mama i tata. I ciepły obiad i wyprane skarpety i pościel, w której nie sypia nikt poza Tobą. Na studiach co tydzień jeździłam więc do domu, a jak wracałam do Wrocławia, to na Jaracza, Borowską, Kiełczowską. Pod konkretny adres. Albo ogólnie, do mieszkania. Bo dom był słowem zarezerwowanym. Dawał poczucie stabilności, bezpieczeństwo i ciepło.

A później dorosłam.

Dzisiaj dom mam wszędzie, gdzie czuję się jak w domu. Gdzie to ja zmywam po obiedzie, robię sobie kawę, kiedy mam na to ochotę i wiem, w której szufladzie znajdę małe łyżeczki. Gdzie wiem, jak ustawić prysznic, żeby nie poparzyć łba i gdzie usłyszę zarówno: dobrze, że wpadłaś, jak i: dzisiaj to Ty odkurzasz mieszkanie.

Dzień dobry, jestem w Oslo.

Tak, czuję się tu jak w domu. Wiem, na której półce stoi Nutella i w którym kącie kuchni z zamkniętymi choćby oczami odnajdę czerwone wino. To aż nadto, żeby się czuć tutaj bezpiecznie.

I kiedy wrócę do Polski, to też będzie mi całkiem przyjemnie. Chociaż od kilku tygodni mieszkam na śródmieściu, a śródmieście to takie miejsce, gdzie ludzie zamiast słów posługują się maczetami i gdy pada deszcz, lepiej dla Ciebie, żebyś nie chował się w żadną z bram.

Ale na ścianie wisi tam żółty słoń, z głośników rozbrzmiewa soundtrack z Piny Bausch, a figurka Chrystusa ze Świebodzina trzęsie się, ilekroć za mocno trzaśniesz drzwiami od lodówki. To dobre miejsce, w sam raz na dom albo na zabawę w dom.

I powiem Wam, że bardzo mi szczęśliwie z takim domem, co to raz jest tu, raz tam. Nie potrzebuję stałego adresu, na który przychodzić będą rachunki, kota, któremu trzeba coś wrzucić do miski ani świadomości, że wszystkie meble są moje.

Potrzebuję ludzi, a tych najważniejszych zawsze mam wokół siebie.

Czego i Wam życzę, a sama idę zlokalizować odkurzacz.