Ta mina, kiedy słyszysz w słuchawce: To gdzie wybierasz się na sylwestra?

Na zdj. kadr z filmu „Movie 43”

Rozklekotany zrazu się wzbraniał, że nadciśnienie i po wylewie, po zawale, po śmierci klinicznej i po padaczce, ale dla towarzystwa oczywiście jak najbardziej, kieliszeczek, dwa, litr.

Michał Witkowski, „Drwal”

Znacie to? Wcale nie macie ochotę na imprezę, ale przecież to sylwester, więc nie iść nie wypada. Nie wiem, kto i kiedy wpadł na pomysł terroryzowania ludzi jakimś abstrakcyjnym świętem, ale zwykle unikam brania w nim udziału. Dwa, może trzy razy zdarzyło mi się iść na jakąś większą, zorganizowaną imprezę, raz spędzałam sylwestra w Paryżu. I może od tego zacznę.

Wiecie, jak wygląda sylwester w Paryżu? Ja też nie wiem. Na długo przed wybiciem północy, po tygodniu zwiedzania przy minusowej temperaturze i pochłanianiu dziesiątek drożdżówek od mamy (#Polaknawyjeździe), żadne z naszej czwórki nie miało najmniejszej ochoty na choćby dojazd do centrum. Pojechaliśmy wtedy w dwie pary, spiliśmy się w hotelu jak Pan Bóg przykazał i zanosiliśmy się śmiechem do białego rana. I był to jeden z najfajniejszych sylwestrów w moim życiu, chociaż równie dobrze mogłaby być to każda inna noc w roku.

Tak samo mam z imprezami. Jasne, bawmy się. Też lubię wymalować się czasem jak zdzira i zakładać buty, przy których łydka zaczyna drżeć. Średnio raz na rok, ale bardzo rzadko ten raz wypada akurat w sylwestra. Niestety, jestem z tego okropnego gatunku, który jak już gdzieś pójdzie, to się świetnie bawi, ale ZANIM pójdzie… Pięć tygodni marudzenia, pięć dni zakupów, przypalone przy prostowaniu włosów uszy, a po wszystkim wielki kac.

Tymczasem mamy dziś 3 listopada. 3 listopada 2014 roku dostałam pierwsze w sezonie pytanie o to, gdzie idę na sylwestra.

Wiecie, to bardzo miłe, że ktoś o mnie pamięta. I bardzo miłe, że organizuje to wszystko za mnie, a ja tylko zapłacę i mogę iść. Natomiast przeraża mnie fakt, że mamy dopiero 3 listopada, do sylwestra jeszcze dwa miesiące, a to pytanie usłyszę jeszcze ze dwadzieścia razy. Że przez te najbliższe dwa miesiące głównym tematem będzie to, gdzie kto idzie na sylwestra, za kogo się przebiera i czy będzie pił wódkę czy whisky. I ja tę gorączkę najserdeczniej szanuję, ale nie potrafię zrozumieć, co jest fajnego w bawieniu się w najbardziej zatłoczony i najdroższy dzień w roku.

I, właściwie, po co to wszystkim, skoro trzy czwarte będzie przed te dwa miesiące narzekać, że nie ma GDZIE iść, nie ma Z KIM iść i nie ma W CZYM iść. Reszta pokpi z sylwestra z Polsatem, a zaledwie maleńki odsetek autentycznie, od dnia planowania aż do dnia wykonania, będzie się dobrze bawić.

Chociaż bardzo chciałabym się mylić.