Szanuj ojca swego i matkę swoją. Bo przyjdzie Buka i Cię zje

Na zdj. kadr z filmu „Pod Mocnym Aniołem”, reż. Wojciech Smarzowski

Każdy normalny człowiek ma ochotę – choć raz w życiu – zabić własnego ojca. Ja tę normalność poszerzyłem w ten sposób, że miałem ochotę go zabić parę tysięcy razy. On mnie – setki tysięcy razy. Matka jego – przynajmniej raz w tygodniu. On matkę – codziennie. Byliśmy bardzo kochającą się rodziną.

Jerzy Pilch, „Pod Mocnym Aniołem”

Tak, to musi być całkiem normalne. Chcieć pozabijać się w końcu nawzajem. Z jednego, prostego względu – to znaczy, że nie jesteście sobie obojętni. Bo najprostsze, co można zrobić, to dać sobie w twarz i się rozstać. Wyjść, trzasnąć drzwiami, zabrać ze sobą walizki. Zapomnieć i zacząć od nowa. Tak, tak. Łatwiej zaczynać od nowa niż naprawiać to, co się porządnie schrzaniło. A jeśli Wasza chęć mordu bierze się z wściekłości, to oznacza, że zwyczajnie Wam tej rodziny żal. Że wierzycie, że mogłoby być lepiej, inaczej, przyjemniej. Że ta rodzina mogłaby funkcjonować całkiem sprawnie, gdybyście naprężyli trochę muskuły. Rozgoryczenie, biorące się z wiary, jest o wiele zdrowsze, niż rzucone na odchodne „spierdalaj”.

Oczywiście nie będziemy mówić tu o rodzinach dysfunkcyjnych, gdzie patologia goni patologię, wóda leje się strumieniami, a zamiast słów używa się kabla od żelazka. Wtedy same chęci to raczej za mało, żeby pozbierać się jakoś do kupy. Ale jeśli masz normalną rodzinę, w której nikt nikogo nie bije, ciszy nie rozrywają miotane między Wami „kurwy” i czasem tylko macie siebie dość, to spokojnie, już możesz odetchnąć. Przestać ciskać się, że matka znowu się wpieprza. Że wszystko chce wiedzieć, o wszystko pyta, do wszystkiego zagląda. Że wybiera gacie, w których powinieneś chodzić na randki. Albo wyznacza godziny powrotu, jeśli jesteś dziewczynką. Że wpycha Ci piątą dokładkę z serdecznymi życzeniami, żebyś rósł jej okrąglutki i owija Ci szalik wokół szyi, chociaż na dworze od kilku dni piękna wiosna. To matka jest. Jej takie rzeczy wolno, jej trzeba więcej wybaczać.

Albo ojciec. Jak nie daje Ci auta, to pewnie znaczy, że jeździsz jak wariat. Jak każe posprzątać w garażu, to pewnie dlatego, że zwyczajnie dzieje się tam syf. Takie akcje da się logicznie wytłumaczyć. To normalne, że chcą Cię zapędzić do tej rodzinnej machiny. Do prac w ogródku, chociaż brzydzisz się glebą i dżdżownicami. Do sprzątania, chociaż wszystko lśni jak w muzeum. Jest pewna powtarzalność rytuałów, którą zwyczajnie się w życiu odbębnia. Ich też ktoś kiedyś musztrował. Jeśli gonią Cię  do nauki, to dlatego, że chcą, żebyś do czegoś w życiu doszedł. Jeśli dają za małe kieszonkowe, to pewnie nie chcą, żeby Ci się w głowie poprzewracało. Albo, zwyczajnie, sami więcej nie mają. Nie ma co wychodzić z założenia, że wszyscy robią Ci na złość. Może robią, a może to Ty jesteś palantem.

Najważniejsze to pamiętać, że kłótnie są całkiem ok. Że pozwalają oczyścić atmosferę, wyzerować liczniki. Lepiej wykrzyczeć już sobie pretensje, niż chować później urazę. Nie wiem, jak Wy, ale ja kiepsko sprawdzam się w cichych dniach. Kiedy nikt nic do nikogo nie mówi, każdy snuje się po domu jak duch. Cicho, najciszej, bo przecież kijowo jest zdradzić obecność. Albo przeciwnie, kiedy zamiast rozmów pojawia się jakieś dziwne burczenie. Nie lubię ludzi nadąsanych i sama nie lubię się dąsać. Fochy? Błagam, to dobre w przedszkolu.

Więc jeśli nie chodzisz głodny, obdarty i z siniakami, to nie mów, że w domu Ci źle. Jeśli z imprezy nie wracasz po pięciu dniach, policja nie zna na pamięć Twojego miejsca zamieszkania, a dresy spod bloku nie krzyczą do Ciebie po imieniu i nie przysiadają się do Ciebie na ławeczce w parku – to znak, że jest ok. Że jednak wyrosłeś na ludzi i może masz całkiem fajną rodzinę. Nawet, jeśli na urodziny zamiast tortu wolałbyś czasem maczetę.