Sorry, że jesteś biedna. Najpewniej to był Twój wybór

Na zdj. kadr z filmu „Kasyno”, reż. Martin Scorsese

Kasy, ile by jej nie było, zawsze jest za mało.

Jerzy Pilch, „Miasto utrapienia”

Kiedy do Was piszę, po mojej lewej stronie stoi kubek z pachnącą, czarną kawą, po prawej leży stos książek, z którego przynajmniej jedną zamierzam dzisiaj przeczytać. Za oknem Chorwacja. Trochę kapryśna, bo od rana leje jak z cebra. Takiej jej nie znałam, od pierwszego dnia przyjazdu było tu pięknie, słonecznie. Zatrzymaliśmy się w Rogoźnicy – niewielkiej miejscowości, wolnej od turystycznego zgiełku. Zresztą, chyba dawno już po sezonie i dzięki temu da się tu żyć.

Miejsce świetne z racji tego, że wszędzie jest blisko. Jeśli ma się samochód, wycieczka do Trogiru, Splitu czy Dubrownika nabiera realnych kształtów. Ba, można się wybrać nawet do Bośni i Hercegowiny. Byłam, zachwyciłam się, żal mi tylko Sarajewa, do którego trzeba by turlać się ponad pięć godzin. Może innym razem, może jeszcze w życiu zdążę.

Tym, co mnie smuci, są natomiast uwagi w stylu: Tobie to dobrze, bo Cię stać. No, nie. Kasa nie spada mi z nieba, nie przynosi jej wielkanocny zajączek ani też Wróżka Zębuszka. Nie mam bogatych rodziców, ojciec nie kupił mi jachtu, a matka nie kąpała mnie za młodu w kozim mleku, żeby moja cera była dzisiaj jaśniejsza. Pieniądze mam wtedy, kiedy je zarobię, a nie wykonuję znowu jakiegoś czadowego zawodu, żeby było to łatwe i szybkie.

Ale kiedy już zarobię, wiem, jak chcę je wydać.

To, że jestem dzisiaj tu, gdzie jestem, nie jest szczytem szaleństwa. Nie jest też szczytem rozrzutności, bo Chorwacja nie jest przesadnie drogim krajem, ani ja nie żyję tu w pięciogwiazdkowym hotelu. Nie wachluje mnie mały i słodki Murzynek ani kelner nie donosi mi kiściami winogron. Ale jestem tu, gdzie jestem, bo chciałam. Bo nadarzyła się okazja, bo byłam ciekawa. Bo wolałam wydać te pieniądze tak, a nie inaczej.

Nie rozumiem ludzi, utyskujących, że nie zwiedzają świata, bo ich na to nie stać. Nie wierzę im, bo kiedy się widzimy, wybierają najmodniejsze knajpy i zamawiają w nich kolorowe drinki, bo nawet do piekarni podjeżdżać muszą samochodem, bo wiedzą, jaka aktualnie jest kolekcja w Zarze i kiedy Media Markt daje plazmę na zerowe raty. Ludzie, którzy tak żyją, nie mogą być biedni. Po prostu wydają pieniądze w inny niż ja sposób. Szanuję to i nic nie mam przeciwko. Przynajmniej tak długo, jak długo nie rozliczają przy tym i mnie.

Nie zrozumcie mnie źle – mój tekst nie jest skierowany do osób, które faktycznie ledwo wiążą koniec z końcem. Jest skierowany to ludzi, żyjących na jakimś tam poziomie. Bez szału, ale i bez martwienia się o to, czy wystarczy im na czynsz. Sama staram się uważać, żeby na czynsz mi nigdy nie brakło. Ale na Zarę? Brakuje mi prawie zawsze.

Nie mam też dziesięciu par szpilek. Nie mam nawet pięciu. Nie mam ramoneski za tysiąc złotych, chociaż chciałabym. Nie mam auta, które musiałabym tankować ani kosmetyczki, które regularnie robi mi hybrydowy pedicure. Nie mam swojego mieszkania, chociaż dobijam do wieku, w którym podobno powinnam. Nie mam, bo wydaję wszystko na przeżycia, nie rzeczy.

I po części dlatego, że brak mi odpowiedzialności.

Bo widzicie. Nie mam oszczędności ani na lokacie, ani nawet w skarpecie. Nie mam też stałej pracy. Wrócę jutro do mojego wynajmowanego pokoju, do pustej lodówki, do zaległości w pisaniu tekstów, które na gwałt trzeba będzie nadrobić. Ale dopiero wtedy zacznę się martwić.

Dziś nie myślę o tym, że jestem biedna. A jestem, tak jak i Ty. Obie będziemy, dopóki nie zarobimy naszego pierwszego miliona albo nie pokocha nas ktoś, kto zarobi go za nas.

Dziś wolę myśleć, że jestem najbogatszym człowiekiem na świecie, bo spędzam czas tak, jak chcę.

Czego i Tobie życzę.