Smażone zielone pomidory i usmażony na krześle elektrycznym trup

Na zdj. kadr z filmu „Smażone zielone pomidory”, reż. Jon Avnet

Może i siedzę tu, w domu spokojnej starości Rose Terrace, ale myślami jestem w kawiarni Whistle Stop, przed talerzem smażonych zielonych pomidorów.

Fannie Flagg, „Smażone zielone pomidory”

Wszyscy chyba znacie ten motyw: siadacie na ławce w parku, stoicie na przystanku, zajmujecie miejsce w pociągu, cokolwiek. Ot, próbujecie zagospodarować dla siebie ten kawałeczek publicznej przestrzeni i… zawsze pojawia się ktoś, kto zechce go z Wami współdzielić. To teraz wyobraźcie sobie Alabamę, rok 1985 i niezbyt przychylnie usposobioną do świata gospodynię domową, której znaki rozpoznawcze to otyłość i źle znoszona menopauza. Gospodyni ma na imię Evelyn i właśnie odwiedza swoją teściową w domu spokojnej starości, co samo w sobie nie jest już sytuacją najbardziej komfortową. Kryje się więc gdzieś w odległym kącie i dla otuchy wyciąga batonik. Ale nie ma, że zje go w spokoju, bo w takich sytuacjach ZAWSZE dosiada się ktoś.

smażone zielone pomidoryDo Evelyn dosiadła się więc trajkocząca staruszka, cierpiąca – podobnie jak wszyscy lokatorzy tego typu zakładów – na niemogące znaleźć ujścia gadulstwo oraz chroniczną samotność. I opowiedziała jej rzeczy, o których nie śniło się Waszym filozofom, a które mimo upływu lat wciąż wyciskają łzy z kolejnych pokoleń zachwycających się tą książką czytelników.

Prędzej bowiem zestarzejemy się my, niż zestarzeją się „Smażone zielone pomidory”. Ta najgłośniejsza dotąd powieść Fannie Flagg ukazała się w 1987 roku, od razu narobiła szumu i przeniesiona została nawet na ekrany kin, gdzie zdobyła dwie nominacje do Oscarów, dwie do nagrody BAFTA i trzy do Złotych Globów. Na czym zatem polega jej fenomen i co sprawiło, że po tylu latach wciąż uchodzi za bestseller?

Przede wszystkim: życzliwość i szczerość. Ta książka jest tak nieznośnie życiowa, tak pełna codziennych sukcesów i porażek, tylokrotnie wyciskająca z czytelnika łzy szczęścia, smutku i wzruszenia, że nie sposób odrzucić jej w kąt. A przyznam, że początkowo chciałam. Że drażniła mnie ta pogmatwana chronologia, ten chaos przeskakiwania od lat 80. do lat 30. XX wieku, to przeplatanie fabuły wycinkami z biuletynu, to nagromadzenie w końcu postaci, od których – jak od pacjentów w przychodni NFZ – robi się człowiekowi słabo. Ale – jak bohaterki tutejszych stron – postanowiłam zagryźć zęby. I rzeczywiście, dalej ta historia popłynęła już sama, a weekend z sielankową twórczością Fannie Flag uważam za zdecydowanie udany.

Dlaczego sielankową? Bo to najszczersza pochwała codziennego życia, jaką można by sobie wyobrazić. Bo ta książka jest autentyczna, sentymentalna, dowcipna. Bo ten infantylny, nieco naiwny styl, przynosi odprężenie po całej tej literaturze ambitnej, do której bez słownika wyrazów obcych to na trzeźwo nie podchodź. Jasne, że to nie jest książka, która zrzuci dzisiejszego czytelnika z nóg. To raczej jedna z tych, jakie określa się mianem „opowieści pełnych ciepła i humoru”, „kobiecych” czy „ przyjemnych w lekturze”. Ale Fannie Flagg udowadnia, że to może być największy komplement.

A warto ją przeczytać tym bardziej, że to książka szalenie praktyczna. Nie tylko dostarczy Wam cennych lekcji o życiu, a na koniec uraczy przepisami na tytułowe smażone pomidory i wiele, wiele innych. Powie Wam także, jak zutylizować trupa, jak zachować klasę unikając pieszczot poniżej szyi oraz jak przygotować skazańca na krzesło elektryczne, żeby nie trzeba go było później smażyć dobrych siedem razy. Słowem: książka łączy przyjemne z pożytecznym! A tak całkiem poważnie – jest zwyczajną pochwałą dnia codziennego, przy której i zaśmiać się da, i odpocząć.

babska stacjaJakże pocieszna jest już sama Evelyn! By ocalić małżeństwo, chodzi na spotkania grupy Spełniona Kobieta, gdzie słyszy, że uzyskać spokój można jedynie poprzez poświęcenie życia mężowi. Że te wszystkie bogate, pewne siebie singielki są w istocie potwornie samotne i zazdroszczą mężatkom rodzinnych świąt. Kiedy niespecjalnie w to wierzy, trafia do innej społeczności dla pań, z którymi momentami się zgadza, ale co do których wolałaby, żeby choć trochę się malowały i goliły nogi. No i ucieka od nich w obliczu propozycji, by każda przyniosła lusterko, celem publicznego obejrzenia sobie pochwy.

Inne bohaterki są tu równie ciekawe. Mamy więc chłopczycę, ogłaszającą się zaklinaczką pszczół, która pod kołami pociągu traci najbliższego sobie brata i robi później za ciotkę chłopcu, który w ten sam sposób traci rękę. Mamy jej ukochaną (sic!), którą zabiera od maltretującego ją i regularnie gwałcącego męża i z którą otwierają kawiarnię Whistle Stop. Mamy okropnie krzykliwe babsko, które przejeżdża swojego śpiącego robotnika, ale na szczęście głowa wbija mu się w błoto i – choć ślady po oponach zostają – nieszczęśnik przeżywa, skarcony jednak, że nie powinien był spać, skoro mu się płaci.

Mamy też nawiedzoną katoliczkę, która pewnego dnia słyszy głos Pana, że jej mąż jest opętany i zły, więc donosi na niego do urzędu skarbowego. Mamy w końcu staruszkę, która cieszy się, że jest już na wylocie, bo przecież w domu Ojca jest komnat wiele, chociaż ona ma jedną prośbę – żeby zanim ją wezwie do siebie, wyrzucił z tych komnat wykładziny z linoleum. I tak opowiadać mogłabym Wam jeszcze długo, ale prościej powiedzieć – przeczytajcie to sobie sami, bo naprawdę warto.

Książkę czyta się tym bardziej rozkosznie, jeśli sięgnięcie po nowiutkie, utrzymane w stylistyce retro wydanie, jakie serwuje nam Wydawnictwo Otwarte. „Smażone” wyszły u nich w ramach wznowienia razem z premierą „Babskiej stacji”, czyli nowej powieści Fannie Flagg. Prztyczek w nos zatem każdemu, kto mówi, że nie ocenia się książki po okładce – dobra literatura zasługuje na dobrą oprawę, a ode mnie wielkie dzięki dla Otwartego, że obie książki mi podesłało!

A na zachętę macie ode mnie jeszcze 15 cytatów z książki:

Ci, którzy cierpią, mówią najmniej.

Jakie to dziwne, często się zdarza, że spędza się z kimś dużo czasu i stopniowo, nawet nie wiadomo kiedy, człowiek zaczyna kochać tę osobę.

Jeżeli istnieje coś takiego jak szczęście całkowite, to jest nim świadomość, że jest się na właściwym miejscu.

Kiedyś była dziewicą, by jej nie wyzywano od puszczalskich i dziwek; wyszła za mąż, by jej nie wyzywano od starych panien; udawała orgazm, by jej nie wyzywano od oziębłych; urodziła dzieci, by jej nie wyzywano od bezpłodnych; nie została feministką, by jej nie wyzywano od dziwaczek nienawidzących mężczyzn; nigdy nie narzekała i nie podnosiła głosu, by jej nie wyzywano od zrzęd…

Kiedyś mieli takiego szopa pracza, którego nazwali Herbatnik. Całymi godzinami mogli patrzeć, jak usiłuje wyprać krakersa. Stawiali na podwórku małą patelnie z wodą, potem dawali mu krakersa, a on prał krakersa za krakersem i za każdym razem się dziwił, że herbatnik znika. Patrzył wtedy na swoje maleńkie łapki i był taki zdziwiony. Nie mógł zrozumieć co się dzieje z krakersem. Większość życia spędził na praniu krakersów. Prał tez ciasteczka, ale to już nie było takie śmieszne… Kiedyś uprał nawet wafelek od lodów…

Można mnie spytać, w którym roku ktoś wziął ślub, za kogo wyszedł albo jak była ubrana matka panny młodej, i w dziewięciu przypadkach na dziesięć potrafię powiedzieć, ale za Boga nie mogę sobie przypomnieć, kiedy się tak zestarzałam.

Myślę, że mężczyzna nie może żyć bez kobiety. Dlatego większość z nich umiera wkrótce po śmierci żony. Po prostu się gubią.

Nieważne, jak się wygląda, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że jesteś najprzystojniejszym człowiekiem na świecie.

Nigdy nie płakała. Za bardzo cierpiała, żeby płakać. Wiesz, serce może pęknąć, ale i tak bije dalej.

Ona żyje na tym świecie, ale w nim nie przebywa.

Przeszłam swoje, a za każdym razem bolało równie silnie jak poprzednio. Zdarzało się, że się zastanawiałam, dlaczego dobry Bóg dał mi tak ciężki krzyż do dźwigania – do tego stopnia, że myślałam, że nie wytrzymam już ani dnia dłużej. Ale Pan daje ci tylko tyle, ile możesz znieść – nie więcej… i mówi ci tak: Nie można zatrzymywać się nad smutkiem, to cię wpędzi w chorobę szybciej niż cokolwiek innego.

Słowo daję, nie mam pojęcia, do czego dzisiaj ludzie używają swoich mózgów. Wyobraź sobie tych chłopców: boją się jak cholera siedzieć koło czarnucha i jeść przy nim, a zjadają jajka, które wychodzą kurze prosto z tyłka.

To zabawne. Kiedy jesteś dzieckiem, myślisz, że nigdy nie umrzesz, ale kiedy tylko stuknie Ci dwudziestka, czas zaczyna pędzić jak ekspres do Memphis. Tak sobie myślę, że życie dopadnie każdego.

Wiesz, to dziwne, za czym się tęskni poza domem. Na przykład brakuje mi zapachu porannej kawy… i smażonego bekonu.

Z nienawiści nigdy nie było nic dobrego (…) Od tego nic, tylko serce zamieni się w kamień. Ludzie są, jacy są i nic tego nie zmieni. Nie uważasz, że gdyby mieli wybór, woleliby być inni? Pewnie, że tak. Ludzie są po prostu słabi.