See Bloggers: Licheń, whisky i hotel robotniczy

Na zdj. kadr z filmu „Dziennik zakrapiany rumem”, reż. Bruce Robinson

Nie bez powodu piszę swoją relację jako (zapewne) ostatnia.  A powód jest dość prozaiczny: jestem leniwa. Poza tym, jak mówi stare, dobre porzekadło, co masz zrobić dzisiaj, zrób pojutrze. Będziesz mieć dwa dni wolnego.

Są natomiast rzeczy, którymi chciałabym się z Wami podzielić i nie jest to czekolada. Czekoladę zjem sama. Natomiast dla Was mam 7 lekcji, jakie wyciągnęłam z weekendu z See Bloggers.

Po pierwsze: miłość spotka Cię wszędzie

Znacie to uczucie, kiedy wsiadacie do pustego pociągu, a chwilę potem dosiada się do Was książę z bajki? No właśnie, ja też nie. Znam natomiast takie, kiedy dosiada się do Was wypłoszony dwudziestolatek, który wyrwał się matce spod spódnicy i pół drogi mieli swoje nieudane, życiowe wybory. Nie wiem, co przeciwko mnie ma system rezerwacji miejsc w PKP Intercity, ale posadził mnie koło takiego gościa, że ostatecznie od niego uciekłam. W tym czasie zdążył zapytać mnie, czy kogoś mam, czy mogłabym go polubić oraz co sądzę o tym, że będzie marynarzem, ponieważ takie rejsy to jednak długa rozłąka, trudna dla tak młodego stażem małżeństwa. Naprawdę, przez pierwszy kwadrans byłam miła i dzielna. Odpadłam po pytaniu, czy byłam ostatnio w Licheniu, bo Licheń to piękne miejsce.

Po drugie: każda sceneria jest dobra dla taniego porno

Wyobraźcie sobie taką sytuację: pod dworcem bierzecie taksówkę, wiezie Was gdzieś na niby-wzgórze, na oddalone od miasta osiedle, wysadza pod słabo oświetloną willą. Tam wita Was człowiek o aparycji nieźle sfotoszopowanego Pudziana i mówi, że zaprowadzi Was na miejsce, bo Wasz nocleg, to jednak nie tu. Po czym idziecie ciemną ulicą i wcale nie myślicie, że zła się nie ulęknę, albowiem lękacie się tak bardzo, jak ja przy otwieraniu faktury z Play. I kiedy Waszym oczom ukazuje się wyczekiwany od pół doby hotel, na froncie ma wyspreyowane JEBAĆ POLICJĘ, w oknach swych zaś kraty.

Po trzecie: w hotelu robotniczym naprawdę mieszkają robotnicy

Tu płynnie przechodzimy do punktu trzeciego, bowiem pan otwiera mi drzwi, a tam na schodach trzech innych panów, stylizacja na człowieka z betonu, ale nie, że Wajda sequel, ale normalne polskie chłopy z budowy, puszeczki z piwem koło butów, faje w pyszczkach, miękko ulokowane między brakiem zębów. Do tego chłopaki szczere i otwarte, z sercem na dłoni i dłońmi na rozporkach. Ekstra, ekstra jest dowiedzieć się, że mimo sześciu godzin podróży i kolejnych sześciu zwiedzania fajna z Ciebie laseczka i nie masz co zamykać drzwi, bo wpadną na ruchanie.

Po czwarte: wcale nie musisz uprawiać seksu, żeby załamało się pod Tobą łóżko

Pierwszą osobą, jaką poznałam na See Bloggers, był Pan K. z radzesobie.pl, którego kojarzę głównie dzięki tekstowi o kupowaniu firanek (nienawidzę firanek) oraz tekście o tym, jak to w czasie seksu połamał łóżko. I w tym hotelu taka oto sytuacja, że wpadam przerażona do tego swojego pokoju, rzucam torbę pod ścianę, z impetem padam na łóżko, a ono robi bach. To znaczy, materac. Zapada się. I teraz wnioski możliwe są dwa: albo jestem lepsza od K., albo po prostu za gruba.

Po piąte: licz się ze słowami

Na rozpoczęcie See Bloggers mieliśmy fajną zabawę, w której trzeba było powiedzieć obcym ludziom, kim się jest, co robi i o czym ma w sumie ten blog. Ponieważ godzina była młoda, ja zaspana, a do tego mocno nieskładna, tłumacząc nowo poznanemu koledze, co piszę i po co i widząc jego ciągłe niezrozumienie, skwitowałam swój wywód stwierdzeniem, że ten mój blog to takie tam, pieprzenie o życiu. Kiedy więc jako kolejne zadanie biedak miał znalezienie dla mnie osób o podobnych do mnie pasjach, jak myślicie, co krzyknął? Ano, KTO LUBI PIEPRZYĆ?

Po szóste: fajni ludzie namierzą się wszędzie

Po szczęśliwej ucieczce z hotelu robotniczego wpadłam do mieszkania, w którym przyszło mi dzielić pokój z Kasią i Aurorą – jednymi z najfajniejszych i najbardziej pozytywnych ludzi, jakich można sobie wyobrazić. Do tego na samej imprezie los nas połączył z Siódemką, z którą przegadałam CAŁĄ noc i czasu nie było nawet na poprawianie szminki. I chociaż wypadałoby powiedzieć, że panele były super, kanapki z Lidla pyszne, a warsztaty takie, że wiem wreszcie, jak zarobić pierwszy milion, nie idąc za to do więzienia, to wszystko to chowa się przy energii, jaką dają Ci inni ludzie. Dlatego też nawet, jeśli brzmi to tak, że i Coelho by się w końcu porzygał, to nie zamieniłabym tamtego wyjazdu na żaden inny.

Poza takim na Malediwy.

Po siódme: kiedy barman pyta, z czym chcesz whisky, nie mów, że z whisky

Jeżeli ktoś czyta mnie dłużej, to wie, że w siódmym miesiącu życia odstawiłam mleko i że mało prawdopodobne jest, że kiedykolwiek odstawię whisky. Dlatego od czasów See Bloggers moim ulubionym sponsorem imprez jest Grant’s, który tak mi zrobił sobotę, że niedzieli właściwie nie pamiętam. I tutaj rada jak w tytule: jeśli barman pyta, z czym chcesz whisky, nigdy nie mów, że z whisky. Nie dlatego, żeby zachować twarz. Wystarczy, że zachowasz choćby równowagę.

Wszystkim, którzy byli i przybili piątkę raz jeszcze wielkie dzięki. Do zobaczenia przy najbliższej okazji!