Rzeczy, których pod żadnym pozorem NIE WOLNO robić w pociągach i autobusach

To już wolę z dwojga złego być skazany na bluesa niż na bliźnich. Stać obok niego, bliźniego, ujdzie w tłumie, siedzieć obok to granica bólu, siedzieć naprzeciwko: ból.

Janusz Rudnicki, „Śmierć czeskiego psa”

Ludzie, podróżujący zbiorowymi środkami lokomocji, mają naturalną skłonność do uprzykrzania innym życia. Wiem, że żyjemy w pięknych czasach, kiedy wszystkim wolno wszystko, ale są jednak czynności, których publiczne wykonywanie może sprawić, że liczba nienawidzących nas osób drastycznie wzrośnie do około miliona. Dlatego dziś przed Wami rzeczy, których pod żadnym pozorem NIE WOLNO robić w komunikacji miejskiej czy też innych publicznych środkach lokomocji.

1. Jedzenie rzeczy, które śmierdzą*

Wybaczcie mi bezpośredniość, ale są rzeczy, które – jakkolwiek by Wam nie smakowały – najzwyczajniej na świecie cuchną. Moim faworytem jest tutaj knysza, ale goni ją zaraz kanapka z jajkiem, wyciągnięte po kilku godzinach podróży z plecaka kabanosy tudzież kanapka z kiełbasą. Oraz ryba. Pamiętajcie – publicznie jedzona ryba to zło.

2. Jedzenie rzeczy, które wydają okropne dźwięki

Tu prym wiodą jabłka, chipsy i landrynki. Jeżeli coś chrupie albo zmusza się do nadprogramowego sapania, siorbania bądź mlaskania – nie jedz tego. Są ludzie, którzy przeżywają wtedy autentyczny ból. To jest nawet zdiagnozowane i nazywa się mizofonia. Można by to szanować, jak katar albo AIDS.

3. Jedzenie rzeczy, które upieprzą Was od góry do dołu

Nie wiem, czy jest bardziej obrzydliwy widok,od wąsatego faceta, któremu majonez oblepia właśnie wąsy. Albo pomidor, spływający ludziom po brodzie. Serio, to nie to samo, co czterolatek uroczo oblizujący sobie palce bo zmłóceniu połowy słoika z Nutellą. Są jakieś granice obrzydliwości i dobrze jest ich nie przekraczać.

Tak, oblizywanie lepiących się od tłuszczu palców po wciągnięciu kubełka z KFC także się do nich zalicza.

4. Jedzenie rzeczy, które robią z Ciebie idiotę

Osobiście jestem wielką fanką kobiet, jedzących w pociągach banany. Sama je zresztą uwielbiam, bo nie brudzą, nie śmierdzą, nie hałasują i na długo zaspokajają głód. Ale jeśli kupuje się mutanta o nieludzkich rozmiarach i pochłaniając go, patrzy w oczy współpasażerom, to ja mało się nie udławię, powstrzymując od śmiechu.

5. Malowanie, obcinanie i piłowanie paznokci

Wiem, że wszystkie chcemy być piękne, a odpryśnięty lakier potrafi zepsuć nawet najlepiej zaplanowaną randkę. Tak, też mam niekiedy na tym punkcie świra, ale ostatnią rzeczą, jaką należy wtedy robić, jest wyciąganie lakieru. Jeżeli jedziesz pociągiem, a wagon jest pusty – otwórz okno i śmiało. W przeciwnym razie wstrzymaj jednak kopytka.

No i jasne, że każdemu może złamać czy zadrzeć się paznokieć. Uczucie potworne, dyskomfort jak stąd do Abu Dhabi i pierwsze, co sama wtedy robię, to wyciągnięcie pilniczka z torebki. Ale, na litość boską, to nie to samo, co regularne obrobienie sobie okrąglutkiej dyszki.

Na rekord poszła tutaj tleniona sześćdziesięciolatka z autobusu we Wrocławiu, która najpierw wyciągnęła cążki i poobcinała pazury (które spadały oczywiście na podłogę i tak już zostały), a następnie piłowała je metalowym pilnikiem. Naprawdę, tamten horror trudno byłoby przebić. Od siebie tylko podpowiem, że jednym z największych wynalazków ludzkości jest pilniczek szklany. Tak, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział.

6. Zbyt głośne rozmowy przez telefon

Tutaj genialni są zwłaszcza ludzie starsi, którzy – gdy nie spotykają się ze zrozumieniem z drugiej strony – zaczynają mówić głośniej. Taki trochę syndrom Polaka, tłumaczącego obcokrajowcowi drogę PO POLSKU. Nie wiem, skąd pomysł, że jak będzie się mówić głośniej i wyraźniej, to wtedy ktoś nas lepiej zrozumie. Natomiast darcie się w środkach lokomocji zostawcie dzieciom – jest ich tam wystarczająco dużo, żeby zepsuć innym życie.

Podobnie rzecz się ma ze słuchaniem muzyki czy oglądaniem filmów – po pierwsze, do tego służą słuchawki. Po drugie, nie ma co ustawiać głośności ma maksa.

7. Zbyt intymne rozmowy przez telefon

Rozumiem, że kiedy podróżujemy ze sobą jednym pojazdem, łączy nas przez chwilę szczególna więź. Wierz mi jednak, że nie jest ona na tyle mocna, żebym wiedziała, kiedy ostatnio uprawiałaś seks, ile razy doszłaś, a ile mogłaś, a także ile zarabiasz w swojej nowej pracy. Rozumiem, że podróż się dłuży i miło jest wtedy pogadać. Rozumiem, że czasem zadzwoni telefon i  nie ma powodu, by go nie odebrać. Ale jest jakaś dawka wiedzy, którą nie należy współpasażerów obarczać.

Swojej poprzedniej towarzyszce podróży miałam ochotę powiedzieć, że grzybica pochwy wraz z soczyście opisanymi objawami także się do nich zalicza.

8. Komentowanie współpasażerów

Zasada obowiązuje tu prosta – masz coś do kogoś, to mu to mów. Natomiast szczytem chamstwa jest komentowanie czyjegoś zachowania przez telefon, jakby wcale go w tym pomieszczeniu nie było. Przykład? Jadę z dwoma kobietami, staruszką i trzydziestolatką. Pierwsza zamknęła okno, bo boi się przeciągu, druga przewróciła tylko oczami, po czym wyciągnęła telefon, zadzwoniła do kogoś i pojechała z tekstem, że zaraz się w tym przedziale udusi, bo jakaś stara baba boi się, że jak otworzą okno, to dostanie zapalenia płuc. Mina staruszki była taka, że aż zwinęłam się w sobie. Serio, tak się nie robi. Chyba, że w papierach ma się wpisane „buc” albo „cham”.

9. Ostentacyjne picie alkoholu

Ja wiem, że każdego może nagle dopaść intensywna potrzeba najebki. Bardzo to szanuję, ponieważ sama uskuteczniam picie alkoholu, publiczne jak i nie. Natomiast nie wydaje mi się, aby należało się z tym obnosić – dlatego ekscytowanie się, że właśnie pije się w miejscu publicznym albo świrowanie pawiana, bo się nawaliło całym jednym ciepłym piwem, jest lekko zboczone. Chcesz, to pij, ale nie rób z tego afery, jakby właśnie do Twoich drzwi zapukała III wojna światowa.

10. Palenie w toalecie

Palisz – cuchniesz. To tak banalny mechanizm, że naprawdę dziwię się ludziom, że nie odnotowali jeszcze tej prostej zależności. Dlatego jeżeli wiesz, że zaraz wsiądziesz do pociągu czy autobusu, to nie pal najtańszego syfu bez filtra, a w czasie podróży nie jaraj w pierwszym lepszym kiblu. To nie jest eleganckie, tak śmierdzieć.

11. Kizianie

Zakochani to taka upośledzona grupa społeczna, która nie potrafi wytrzymać trzydziestu minut bez wkładania sobie języka do paszczy. A tymczasem jest subtelna różnica między przytuleniem się, głaskaniem czy choćby niewinnym buziakiem, a leceniem w ślimaka tak, że nawet sztuczna szczęka mlaskami by tego nie przebiła. Serio, jak mam ochotę na porno, to odpalam RedTube’a. Tam przynajmniej nie ma tych wszystkich koteczków, misiaczków i innych wyznań miłosnych.

*Żeby nie było, że jestem jedzeniowym nazistą – ja także głodnieję w czasie jazdy. I nie mam absolutnie nic przeciwko ludziom w podróży jedzącym. Problemem nie jest bowiem jedzenie jako takie, ale to, co i jak jemy. Pomijam już absolutne podstawy, jak zamykanie paszczy w czasie przeżuwania i powstrzymywanie się przed wysiorbaniem ostatniej kropli soku. Natomiast warto mieć na uwadze komfort innych pasażerów i jeść rzeczy, które nikomu nie wadzą. Przykłady? Bakalie i świeże bądź suszone owoce (za wyjątkiem wspomnianych jabłek). Są zdrowe i pyszne, a do tego zawierają dużo wartościowych składników odżywczych.

Świetną opcją są też batoniki musli. Zajmują w torebce mało miejsca, nie hałasują, nie brudzą, dają się wciągnąć „na raz” i są mega pożywne. No i na koniec królowa przekąsek, czyli czekolada – nie dość, że syci, to jeszcze błyskawicznie dodaje energii i poprawia humor, a świat staje się od razu piękniejszy. Pewnie, że dupa od niej rośnie, ale to i tak lepsza opcja od pompowanych rogalików i kalorycznych ciastek. A jak kanapki, to z serem, dżemem, masłem orzechowym czy warzywami – nie mają tak intensywnego zapachu jak jajko czy mięso, a napełniają brzuszek i dają się wszamać bez spinki.