Nudny facet. Za czynsz zapłaci, ale z Disneylandu nici

Na zdj. kadr z filmu „Vicky Cristina Barcelona”, reż. Woody Allen

A czymże jest prawdziwa męskość, jeśli nie wymieszanymi w odpowiednich proporcjach klasą i szaleństwem?

Andrzej Sapkowski, „Pani Jeziora”

Nie wiem, jak powinien wyglądać udany związek. Ale jeśli rozgrzewa mnie na poziomie zbliżonym do kolejnego odcinka „Na Wspólnej”, to przepraszam, ale przed telewizorem mi jednak wygodniej. W dresie, kapciach i z psem. Chociaż nie mam dresu, kapci ani psa. Ani nawet telewizora. Ale żeby nie było, że żyję w biedzie, nadmienię tylko, że regularnie udaje mi się jeść.

Natomiast smutno mi się robi, kiedy słyszę o tych wszystkich związkach, które na wyżyny fantazji wzbijają się, jadąc w niedzielę na zakupy w markecie. Gdyby miłość polegała na regularnym zdejmowaniu z półki marchewki z groszkiem, musiałabym się zabić i Ty zresztą też. Albo inna rozrywka – w ramach wypoczynku pojechać sobie do mamy. Yeah, cały tydzień w robocie, więc jak przychodzi weekendzik, to dawaj w auto i wio po słoiki. No pociąć się idzie ze szczęścia.

I nawet gotowa byłabym twierdzić, że to z babami jest coś nie tak (oczywiście, że jest, ale to temat na osobny wpis, albo całą sagę), ale z nimi jednak udaje się zrobić czasem coś szalonego. Na przykład pojechać do Sopotu przy minus dziesięciu, bo zobaczyło się mewę za oknem. Bo jak ona tu, to my tam. Albo popłynąć do Szwecji, bo przeczytało się gdzieś w internecie, że mają tam najlepsze lody w Europie. Albo na Bornholm, bo trasy rowerowe wyglądają u nich jak z bajki. I to nic, że nie masz kasy i na obiad zajadasz mentosy z torebki.

Królestwo za mężczyznę, z którym da się to jakoś powtórzyć. Który nie najęczy się przy tym za dwóch, nie znajdzie tysiąca wymówek, nie rozpisze Ci tego w arkuszu Excela i nie rzuci, że maleńka, no weź. Naprawdę, jest takie słowo jak spontaniczność, albo jeszcze lepiej: szaleństwo. Można otworzyć słownik, sprawdzić, co ono znaczy. Albo wpisać w Google, bo kto ma dziś jeszcze słowniki (ja).

Pewnie, że czasem ta kalkulacja jest ważna. Że trzeba być trochę dorosłym, mieć dobrą pracę, wypłatę, którą da się zapłacić za czynsz. Że można chcieć domku z ogródkiem i dorodnego synka. Ale po drodze też może być przecież przyjemnie. Można zagrać w Karlskronie w Scrabble, bo się spóźniło na prom. Wylądować w hostelu będącym koszmarną imitacją „Słonecznego patrolu”, bo się na droższy nie miało. Zagryzać bułki z domowego wypieku, bo tylko szlachta się wozi po knajpach. Można sobie robić fajne życie, bez tego całego zadęcia. Bez grubych hajsów, planów i spiny.

Dlatego – klasa i szaleństwo, a nie sztywny gajer i temperament osła. Bo związek to nie jest projekt, to żaden plan biznesowy – tu nie wszystko musi się zgadzać, kalkulować i przynosić zyski. Czasem można zapomnieć, że jest się dorosłym, poważnym, odpowiedzialnym. Świat nagle nie runie i żadna panda nie zakwili od tego.