Nowy Jork, Nowa Sól. Who cares? Czyli: idziemy do szpitala!

Na zdj. kadr z serialu „Dr House”, aut. David Shore

Szpitale, więzienia i burdele – oto prawdziwe uniwersytety życia. Mam dyplomy wielu takich uczelni. Mówcie mi „Wasza Magnificencjo”.

Charles Bukowski, „Na południe od nigdzie”

Nie tak dawno po Facebooku niosło się pytanie: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy? No więc ja kilka dni temu po raz pierwszy byłam w szpitalu. Był to bardzo fajny szpital i tylko ból nie był fajny, ale jesteśmy już duzi i nie ma co przesadnie się mazać.

I wtedy, w tym szpitalu, naszła mnie masa różnych myśli. Jak na przykład tak oczywistych, że żeby chorować w tym kraju, to trzeba mieć zdrowie i cierpliwość. Bo to, że masz się zgłosić o 8 rano, znaczy najpewniej, że na korytarzu koczować będziesz mniej więcej do 13, aż jakiś pacjent łaskawie zwolni Ci łóżko. Nie ma sensu, żeby zwalniał je szybciej, bo wtedy nie dostanie obiadu. Ja mogłabym napisać książkę pod tytułem „Szpitalny obiad jako źródło cierpień”, ale innym to widocznie smakuje. Boję się pomyśleć, co jadają w domu.

A skoro jesteśmy już przy jedzeniu, to naprawdę jestem zdziwiona, że tak karmi się ludzi, którzy wrócić mają do zdrowia. Na śniadanie: bułka z pasztetem. Na obiad: ziemniory z surówką. Na kolację: bułka z parówką. No szał. Jelita mają wolne, mogą jechać na Teneryfę i wcale już nie pracować. W ogóle nie wiem, jaki macie stosunek do bułek, ale dla mnie bułka-dupa to jakaś zmora z dzieciństwa. Wygląda źle, smakuje źle, lepi się od mąki i nie mieści w paszczy. A wszystko, co występowało w roli dodatku do tych bułek, zostało chyba wcześniej przeżute i obficie wyplute. Dacie wiarę, że można spieprzyć dżem? Że nie jem mięsa, to jadłam tam tylko dżem. I rozpacz rozgniatała mi serce.

Kolejna myśl jest taka, że to smutne, być starym. Bo każdy, kto do Ciebie podchodzi, z góry zakłada, że jesteś głuchy, zniedołężniały i rozumiesz tylko proste komendy, wypowiedziane przy użyciu zdań pojedynczych, do tego podniesionym głosem. Do ludzi starych nie mówi się wcale, na nich się krzyczy lub warczy. Ale starość spotka każdego i wtedy wszyscy zobaczą, że to wcale nie bywa fajne. Szkoda, że na refleksję będzie już trochę za późno.

Jak się jest starym, to nie ma się też prawa narzekać. Bo to normalne, że człowiek jest schorowany, ciągle mu źle i skąd w ogóle pretensje, że coś go gdzieś strzyka, gdzieś boli. Nad młodym się można zlitować, na starego szkoda zachodu. Znieczulica, jakby w łóżku leżał nie pacjent, a upierdliwy kawał mięsa. Boli to boli, who cares.

Myśl następna – intymności nie ma. Nie masz uczuć, masz ciało. Słyszysz, że masz się rozebrać i w zamian nie dostajesz nic. Nieważne, że się boisz. Nieważne, że Ci zimno. Tak łatwo odciągnąć uwagę, pokazując, że może Ci być jeszcze wstyd.

I jeszcze jedna – że bez sensu jest ćpać. Nie wiem, czy próbowaliście, ale ja nie. No więc jak powiedzieli, że mi pompą wtłoczą do żyły te wszystkie lekarstwa z najwyższej półki, lepsze od morfinki i wszystkiego, czym bez ryzyka zejścia przyćpać się da, to pomyślałam: ahoj, przygodo! Podobno po jednej takiej dawce w brzuszku rozlewa się ciepło, a pod sufitem zaczynają fruwać smoki. Bzdura. Miejsca wkłucia bolą do dzisiaj, a smoka jak nie było, tak nie ma. Szkoda żył, lepiej pić.