Niki de Saint Phalle. Modelka, która strzelała do obrazów

Na zdj. „Nany” w Hanowerze, fot. JuergenG/CC BY-SA 3.0/Wikimedia

Strzelałam do tatusia, do wszystkich mężczyzn, małych mężczyzn, dużych mężczyzn, grubych mężczyzn, do mojego brata, do społeczeństwa, do kościoła, do klasztoru, do szkoły, do mojej rodziny, do siebie samej. Strzelałam, bo sprawiało mi to przyjemność i wywoływało wspaniałe uczucie. Strzelałam, bo fascynował mnie widok krwawiącego i umierającego obrazu.

Niki de Saint Phalle

W ten sposób Niki de Saint Phalle próbowała rozliczyć się ze swoją przeszłością. Psychoterapeuci wszystkich metod zdiagnozowaliby to pewnie jako symboliczny, freudowski proces uśmiercania ojca. Ale krytycy sztuki byli zachwyceni. Oto mieli przed sobą piękną i utalentowaną artystkę, która przytwierdza do wnętrz swoich obrazów woreczki z farbą, a następnie strzela do nich z ostrej amunicji. Po chwili farba wypływa na powierzchnię i sama tworzy dzieło, a efekt jest wart zachwytu. Ale i Freud by się nie pomylił – Niki de Saint Phalle próbowała w ten sposób zemścić się na ojcu, który zgwałcił ją, gdy była dzieckiem.

Zacznijmy jednak jeszcze wcześniej. Jest 29 października 1930 r., we francuskiej miejscowości Neuilly-sur-Seine, w rodzinie bankierów przychodzi na świat córka. Nazywają ją Catherine Marie-Agnès Fal de Saint Phalle. Jej uroda jest zachwycająca, toteż Niki jeszcze jako nastolatka pozuje dla takich pism jak „Life” czy „Vogue”. Zdobywa też serca mężczyzn, a pierwszy ślub bierze w wieku zaledwie 19 lat. Jej miłością jest amerykański pisarz, Harry Mathews. Mają dwoje dzieci, ale rozwodzą się po 12 latach.

Niki rezygnuje z kariery modelki, zaczyna malować. Przechodzi załamanie nerwowe, a sztuka ma być formą terapii. Są lata 60. XX wieku, Niki zaczyna strzelanie. Wkrótce wiąże się ponownie, tym razem ze szwajcarskim rzeźbiarzem, Jeanem Tinguelym. Jesteśmy Bonnie i Clyde świata sztuki – żartuje. Razem tworzą swoje największe dzieła, w tym gigantyczne, umieszczane w plenerze rzeźby.

Najwięcej chyba szumu robi wokół siebie Nana – olbrzymka, zademonstrowana w 1966 r. w sztokholmskim Moderna Museet z okazji pierwszej w historii wystawy na temat erotyzmu, wstrząsającej zresztą ówczesną Europą. Otóż Nana ma 28 metrów długości, 9 metrów szerokości i 6 metrów wysokości. Leży na plecach, z wyzywająco rozkraczonymi nogami, zapraszając gości do zwiedzania swojego wnętrza. Oczywiście, przez krocze. A wejść warto, bo w środku jest kino, bar, akwarium, a nawet ławeczka dla zakochanych. Oraz wyjście na werandę, prowadzące przez pępek.

Ale Nan jest więcej. Są wielkie, pulchne, kolorowe. Mają wielkie brzuchy i wielkie piersi, wyraźnie podkreślone usta. To nowe symbole kobiecości. Pierwsze z nich powstają z wełny, drutu i papieru mâché. Wkrótce jednak Niki przerzuca się na poliester, bo daje lepsze efekty i jest lekki, dzięki czemu Nany mogą opuścić pracownię i – zwiewne i radosne – zagościć w miejskiej przestrzeni. Jest tylko jeden problem. Poliester jest silnie trujący, artystka nabawia się chronicznej astmy. Jeździ po lekarzach i uzdrowiskach, w końcu skazuje się na życie z aparatem tlenowym.

Umiera w Kalifornii 21 maja 2002 r. z powodu przewlekłej choroby płuc. Tej samej, jakiej nabawiła się podczas pracy w toksycznych oparach. Ma 71 lat i zostawia za sobą szereg znanych dzieł, a pośród nich m.in. Fontannę Strawinskiego przed paryskim Centrum Pompidou, słynne Nany na placu w Hanowerze oraz Ogród Tarota w Toskanii ze wspomianymi obrazami-strzałami.

Gdyby nie sztuka, zwariowałabym – mawiała. A jeśli chcecie zobaczyć jej prace, zerknijcie niżej.