Nie taka dziewczyna, czyli Lena Dunham znowu ściąga majtki

Już wiem, że będę się wstydzić myśli, iż mam ci cokolwiek do zaproponowania. Ale jeśli to, czego się nauczyłam, pomoże ci wykonać choć jedno parszywe zadanie albo uratuje przed stosunkiem, w trakcie którego będziesz się bała zdjąć trampki, na wypadek gdybyś musiała wiać, każda moja porażka będzie tego warta.

Lena Dunham, „Nie taka dziewczyna”

Och, naprawdę niepotrzebnie się Dunham kryguje, bo wystarczy kilka haustów tej jakże nierównej książki, aby wiedzieć, że postać z niej tyleż śmiała, wulgarna i rozpasana, co narcystyczna i ekshibicjonistyczna. To jest taka, która swój wstyd dawno temu nauczyła się zostawiać za drzwiami i nawet, jeśli mówi o porażkach, to tylko dlatego, że wie, z jaką łatwością zdoła przekuć je w kolejny sukces.

„Nie taka dziewczyna” już u podstaw zdaje się nastręczać recenzentom pewnych trudności, bowiem ciężko osądzić, czym właściwie jest. Szlachetnie nazywana zbiorem esejów autobiograficznych, przypomina trochę poradnik, trochę pamiętnik, a nade wszystko – burdel. I nie mówię tego, aby ją obrazić – wszak burdele także odwiedza się z największą przyjemnością.

Wszystkie te próby gatunkowej identyfikacji schodzą jednak na drugi plan, jeśli odpowiedzi poszukamy pozaliterackich i przyznamy wprost: ta książka jest po prostu kolejnym, dobrze pomyślanym biznesem. Nieważne, co Dunham by nam napisała. Ludzie kupiliby jej książkę, nawet gdyby była oprawioną w różową okładkę instrukcją obsługi nieprodukowanej od dekady pralki.

Na szczęście nikt nie robi z tego tajemnicy i jako pierwsza świat zelektryzowała wieść, że oto wydawnictwo Random House daje debiutantce 3,7 mln dolarów zaliczki. Bo o ile debiut literacki miała rzeczywiście przed sobą, o tyle była już uwielbianą przez tłumy gwiazdą. Jako reżyserka, scenarzystka i odtwórczyni głównej roli w serialu „Dziewczyny”, podbiła serca milionów ludzi, którzy i tak by tę książkę kupili. Co z tego wyszło? Ano to, co wyjść może z tekstów autobiograficznych 28-latki. Trochę o dzieciństwie, trochę o dorastaniu, trochę o chłopakach i trochę o rodzicach. Ziew.

Przede wszystkim, nie jest to głos ŻADNEGO pokolenia. Lena nie jest reprezentatywna dla ŻADNEJ grupy, no chyba, że mówimy o kobietach, które są: a) młode, b) białe, c) wykształcone, d) z wielkich miast. Natomiast niewiele jej czytelniczek może się z nią rzeczywiście zidentyfikować, bo oto przed nami dziewczyna z bajkowym wręcz dzieciństwem, dorastająca w rodzinie bogatych nowojorczyków, do tego artystów, funkcjonujących w ociekającej sztuką i inteligencją bohemie. Jasne, że nie odbiera jej to prawa do reprezentowania kogokolwiek, ale nie oszukujmy się – to tak, jakby powiedzieć, że Barack Obama reprezentuje mężczyzn koło pięćdziesiątki.

Oczywiście, nudno byłoby i przewidywalnie, gdyby Lena dzieciństwo to oraz młodość przeżywała w sposób normalny. Na szczęście do normalności jej jednak daleko, toteż naczytamy się tutaj na przykład o pierwszej miesiączce, powitanej przez ojca słowami, że wśród Pigmejów mogłaby zacząć rodzić dzieci, zaglądaniu młodszej siostrze do majtek, a także o pierwszej inicjacji seksualnej, w czasie której jej partner był zdenerwowany i w ramach ukłonu w stronę równości płci żadne z nich nie doszło.

nie taka dziewczynaTym, co uderza więc jako pierwsze, jest ta bezkompromisowość, autoironiczność, ogromny dystans do siebie i do świata, umiejętność błyskotliwego podsumowywania życia w jednym choćby zdaniu, a także ogromne poczucie humoru, którego – obok nieprzeciętnej inteligencji – tej dziewczynie odmówić nie sposób. Mało tego – Lena jest też cudownie neurotyczna (trochę jak Woody Allen w spódnicy, a to już duży komplement), boi się miliona rzeczy, spędza godziny na kozetce u psychoanalityka i próbuje ratować swoje ciało i głowę tymi wszystkimi rzeczami, dostępnymi wyłącznie na receptę. Potencjał drzemie w niej więc ogromny i jedyny żal rozbija się o to, że w czasie lektury drzemiemy także my.

Są tu – żeby nie było – momenty naprawdę dobre. Ba, momenty nawet ważne. Jak te o potrzebie przyjaźni, próbach zabijania samotności poprzez sypianie z kim popadnie, pierwszych zawodach i rozczarowaniach, walce z niedoskonałym ciałem, z całą tą kobiecą fizjologią, która niejednego mężczyznę przyprawiłaby przecież o zawrót głowy. Ale Lena rozpędza się w tym za mocno i nie zauważa, że od pewnego momentu jest to już autostrada bez zjazdów.

Naprawdę, nie interesują mnie jej wizyty u ginekologa, problemy z endometriozą oraz macicą, samowolnie skręcającą w prawo. To nie są już tematy, które przełamują tabu, które trzeba wywieszać na sznurze, niczym przed laty zakrwawione prześcieradło po pierwszej małżeńskiej nocy. Jeżeli ta książka chciałaby nieść misję edukacyjną, to musiałaby być dystrybuowana za darmo w krajach trzeciego chyba świata, bo wszystkie fanki „Dziewczyn”, które dobrowolnie ją kupią, chodzą już do ginekologów, a sytuacje łóżkowych wpadek oglądają, zagryzając popcorn przy odpalonym YouTubie.

Ale przy tym łóżku na chwilę jednak zostańmy. Jak pisze Dunham, seks w telewizji i kinie zawsze dawał jej mylne wrażenie. Wszystko, co widziałam jako dziecko, od Beverly Hills 90210 do Co się wydarzyło w Madison County, pozwalało mi wierzyć, że seks to wstydliwe, ciepło oświetlone zdarzenie, podczas którego dwoje gładkolicych frajerów o rozmarzonych spojrzeniach osiąga wspólny orgazm, oddychając sobie w twarz. Świetnie więc, że Dunham rozprawia się z mitem seksu filmowego, że wali nam tą fizjologią po oczach i mówi, że nie martwcie się, że macie kiepski seks, bo ja też wiele razy miałam. Ale to znowu są wynurzenia, jakie serwuje się przyjaciółce przy odtłuszczonej kawie. Bo to, że miała niepotrzebny stosunek z malutkim poetą-matematykiem, który już po zdjął prezerwatywę, włożył ją pod poduszkę i wytarł penisa w zasłonę ani bawi, ani przeraża, ani nie przynosi większego pocieszenia. Idę o zakład, że co druga kobieta przebiłaby tę historię, tylko nikt nie dałby jej za to choćby pół miliona.

Jakże irytujące jest w końcu to wychwalanie kobiecości – z całym szacunkiem, ale sikanie na stojąco i umiejętność rozwiązywania problemów za pomocą pięści wciąż uważam za niepodważalne argumenty za tym, że to jednak mężczyźni są płcią uprzywilejowaną. Bo kiedy czytam, że Dunham uważa bycie kobietą za wyjątkowy dar, uświęconą wręcz radość, pod wieloma względami sięgającą tak głęboko, że nie potrafi jej wyartykułować, to przerywam jej podirytowana i rzucam: to skończ. Naprawdę, to jak ekscytować się, że mamy po dwie nogi i ręce. No mamy, i co?

Znużenia nie przerywają także niby-żartobliwe listy, wplatane pomiędzy kolejnymi „esejami”. Oto znajdziemy tu m.in. 18 sposobów na kiepski flirt, 15 rzeczy, jakich Lena nauczyła się od matki i 17, jakich nauczyła się od ojca, 10 chorób, których się boi, rozpiskę diety oraz spis rzeczy, jakie ma w torebce. I żeby to jeszcze było napisane prześmiewczym językiem, żeby rozsadzało nas absurdem jej co drugie zdanie, to nie miałabym – zapewniam – pretensji. Tak się jednak nie dzieje. I nie przekonuje mnie mówienie, że nieważne, czy Dunham chce być głosem jakiegoś pokolenia, czy nie chce, bo – jak argumentują jej wyznawcy – najważniejsze, że ma coś do powiedzenia. Tu bowiem tkwi największa bolączka tej książki: Dunham wielokrotnie nie ma.

Owszem, umie pisać, ale nie zawsze wie, o czym. Rzuca nam anegdotami ze swojego życia, ale jest ich jednak zbyt mało, by utrzymać całość na jednym, dobrym poziomie. „Nie taka dziewczyna” jest więc momentami świetna, dowcipna i aż do bólu szczera, ale równie często jest też męcząca, nieciekawa, drażliwa. Dlatego lekturę tej książki – choć wiele się po niej spodziewałam – podsumuję tak, jak Lena jeden ze swoich średnio udanych stosunków:

Było, jak było.