Nie-miejsca. Krótka historia o miłości

Na zdj. kadr z filmu „Oslo, 31 sierpnia”, reż. Joachim Trier

Miłość między nami jest niemożliwa, wszystko pozostałe tak.

Tomasz Różycki, „Tomi. Notatki z miejsca postoju”

Dziś będzie inaczej. Dziś łapcie opowiadanie.

Entliczek, pentliczek, drewniany stoliczek,
na stoliczku majtki, obok majtek fajki.

Daj spokój, Mery. Nie przyszliśmy tutaj, żeby umierać. Przyszliśmy, żeby być. Nie-być. W nie-miejscu. Schować twarze do szafy, powiesić na wieszakach nasze starte make-upy. Ale Mery nie słucha. Mery ma na imię Maria, ale nie lubi, żeby tak się do niej zwracać. To imię zużyte jest w naszej kulturze – uważa. Ma piękne łopatki, widzę je wyraźnie, kiedy sięga do zamka sukienki. Nie pomogę jej. Chcę to zobaczyć. Zobaczyć, jak ściąga sukienkę. Potem choćby potop.

Zamek poddaje się. Złoty, na czerwonym tle. Jak czerwony był hotelowy dywan, który wczoraj nas tu przyprowadził. Widzę jej plecy, zjeżdżam na uda, by po chwili wrócić na jej chude pośladki. Figurę ma jak chłopiec, pomyliłbyś się, gdybyś poznać miał po dotyku. Ale Mery nie jest z tych, które się dają dotykać.

Mery wkłada jeansy, na gołe ciało naciąga za duży sweter. Torebkę zamienia na plecak, szpilki na trampki w kolorze brudnej mięty. Pakuje rzeczy, wychodzi. Zdążę zwrócić klucz do recepcji, dogonić złapaną przez nią taksówkę. Wysiądziemy przed dworcem, bez słowa. Spojrzenie w prawo, spojrzenie w lewo. Zatrzymane na szyldzie KFC. Tam: pełna standaryzacja doznań. Ciepłe, cuchnące moczem toalety. Uniformy w kolorze zakrzepłej krwi.

Entliczek, pentliczek, gdzie jest twój staniczek,
nie gap się na cycki, kup mi lepiej frytki.

Zanim Mery dosiądzie się do pana w żółtym płaszczu, zlustruje to otoczenie. Będzie przesuwać po ludziach spojrzenie, pogardliwie przeskakiwać po guzikach koszul, delikatnie ześlizgiwać się po nogawkach spodni, zjeżdżać po sznurówkach ich butów jak pasażerowie za pomocą rękawa zsuwający się z samolotu na betonową płytę lotniska. I będzie konsekwencja w tym wyobrażeniu i smutek w tej refleksji, bowiem wszyscy, których zlustruje, połączeni będą betonową więzią. Scementowani wspólnym mianownikiem, statyczni i nieruchomi, a jeśli już poruszający się, to na linii praca-dom i kanapa-lodówka. Mery będzie patrzeć na nich i doszukiwać się przebłysków inności. Zmiennych, pozwalających sądzić, że stworzyli ich różni jednak bogowie, a jeśli bóg był to jeden, to z różnych obszarów globu czerpiący na nich glinę i piach.

Ale patrzysz na nich i wątpisz, żeby to było dobre. Zamiast boga lepić musiał ich keczupowy diabeł o zębach w kolorze tzatziki.

Mery patrzy na pierwszy stolik, za nim ona i on, zjednoczeni w bezguściu oraz daniu o nazwie kubełek. Mery wolałaby nie wiedzieć o nich nic albo nawet mniej, ale kobieta wyartykułuje wiedzę o sobie na wszystkie znane katolikom sposoby, to jest poprzez myśl, mowę, uczynek i telefonowanie. Nie zeżre tego kurczaka, który bezwładnie przed nią spoczywa, ale wyciągnie za chwilę komórkę, której dzwonek to duet Iwan i Delfin i odbierze, bo dzwoni ciocia Helenka. I opowie, wszystko opowie, przybierając na twarzy złe kolory tęczy, o toaletach, które były zamknięte, a przecież ona nie zje, nie wysikawszy się. Obok niej on, polska klasa średnia, chociaż widzisz, że od przybytku głowa go raczej nie boli. Co robi z nią, nie wiesz, ale myślisz, że jeśli jest to seks, to co najwyżej w niedziele i święta.

Entliczek, pentliczek, brakuje solniczek,
ene due rabe, skąd masz taką babę.

Mery rozmyśla się. Nie zachodzi różnica między nimi, cechuje ich to samo, to jest nic. Znaki szczególne: (na plus) przezroczystość i łatwa obróbka, (na minus) niewielka odporność na ściskanie i rozciąganie. Pleksi, pleksiglas, metapleks. Kobieta i mężczyzna jak szkło akrylowe.

Mery patrzy na nich i widzi, jak każdego ranka wychodzą ze skromnego mieszkania, robią trzy kroki po schodach, po czym któreś zawraca. Zapobiegawczo raz jeszcze naciska klamkę, jakby przekręcenie klucza – ten rytuał, powtarzany od lat na tym samym zamku, zamontowanym w tych samych przecież drzwiach – podatny był na zmiany. Jakby zaklęcie miało przestać działać, formuła – stracić na wartości.

Następnie pomyślnie sfinalizowane zejście. Dojście do garażu, na parking, w okolice przystanku. Dojście gdziekolwiek, niewyrażające nic, poza fizyczne dotarcie na miejsce. Jak na polu golfowym – człowiek u celu, jak piłeczka w dołku.

W ich spojrzeniach odbijają się bloki z widokiem na bloki. I oni sami, kopia kopii, jakby zabrakło już na nich pomysłu, jakby zacięła się bogom maszyna losująca i nieustannie wyciągali z niej ten sam los. Mery jest szczęśliwa z powodu podwójnego znaczenia tego słowa, ze zmultiplikowania znaczeń, jakie właśnie się jej udało. Los ludzki, los na loterii. Znaczenie trzecie: łoś bez polskich znaków. Mery uśmiecha się, mijając wzorkiem spasionego czterdziestolatka z wbijającą mu się w tłusty palec obrączką. Łoś nabiera nowego znaczenia, mężczyźnie do twarzy z rogami.

Znaczenie czwarte: los jako przeznaczenie, fatum. Mery wylicza w głowie słowa, jakie przychodzą jej na myśl na literę F. Foka, Frankfurt, Frankenstein. Fakultet, fekalia, Francja. Feromony. Franciszek. Futerko.

Jej wzrok zatrzymuje się na blondynce. Prawdopodobnym jest, że ma na sobie futro, ale Mery widzi, że nie nosiło go wcześniej żadne żywe zwierzę. Wypluła je fabryka, taśma produkcyjna albo praca ludzkich rąk. Mery nie ma jak o tym pomyśleć, krępuje ją zacisk jej piersi, ta zbita gorsetem materia. Na dekolcie trzy złote łańcuszki, różniące się długością i grubością oczek. Duży krzyżyk, mały krzyżyk. Co dwóch bogów, to nie jeden, zawsze któryś czuwa, gdy ten drugi śpi albo sra.

Pomiędzy nimi dynda literka M, najpewniej imię Futrzanej. Mery wylicza znane sobie słowa na literę M. Menel, mrówka, matrioszka. Mistyfikacja, Moskwa, muzeum. Mapa, mur, mak. Mindfuck.

Dezorientację wprowadza świadek, najpewniej Jehowy. Mery rozpoznaje ich po długości spódnic i sztywności kręgosłupa. Moralnego, jak i anatomicznego – wdziera się kolejna dwuznaczność. Świadek kładzie gorące jeszcze skrzydełka na oprawę Pisma, zdaje się, że Świętego. Mery uważa to za niesmaczne, sama nie szarga świętości. Czasem pije na grobach, ale rzadko pod nogami wyrasta jej cmentarz. Cmentarz to dziadek, dziadek to bimber, a bimber to wódka domowej roboty. Gorzała, samogon, krzakówka. Zupa dla kur – tak mówił, gdy zagadywała, co jest w tych wielkich baniakach. Zupa dla kur, gdyby dzieci na podwórku pytały.

Entliczek, pentliczek, dziadek zwał się Zbyszek,
łapał cię za dupę, bo był głupim fiutem.

Do odjazdu pociągu Mery ma jeszcze godzinę i trzydzieści cztery minuty. Przy odrobinie szczęścia i wyciągniętej zza pazuchy broni, byłaby w stanie zwrócić Panu zebrane tutaj owieczki jego. Poczyniła w tym względzie pierwsze nawet kroki, to jest skierowała je pod sklep z militariami. Tak właśnie – pod sklep, bowiem do środka ciągle wejść się waha. Mery jest przesądna, wierzy w liczbę kroków, po których odwrót zostaje odcięty. Krok w tył nie wchodzi w grę, stanie w miejscu – parzy. Ojciec Mery śmieje się, że przejechał więcej na wstecznym, niż ona przez całe życie do przodu. Ty całe życie jedziesz na wstecznym – pomyślała, i wsadziła mu głowę w barszcz. Tak to właśnie widziała. Barszcz z młodej botwinki, z zielonymi kłączami, obrzydliwie zabielony śmietaną, którą Mery gardzi od dziecka. Mleka także nie lubi, odstawiła je w siódmym miesiącu życia, jako znak niechęci wobec własnej matki.

Może sama by na to wpadła, a może nie. Ale miała terapeutę, który powiedział jej to za sto dwadzieścia złotych za godzinę, co wstrząsające – lekcyjną. A jednak Mery lubiła odwiedzać go regularnie. To było miłe – płacić i słuchać, jak obcy człowiek obraża jej matkę i ojca. Ale obraża inaczej. Językiem nauki, wyszukanymi słowami, diagnozami, których nie powstydziłby się Freud oraz wszyscy święci.

Łeb w barszcz, naboje do magazynku. A jednak weszła. Naboi nie za wiele, bo gdzie. Pojemność magazynka waha się od 3 do 100 w modelach bębnowych. Została godzina, dwadzieścia osiem minut.

Mery nie znosi tłoku, chwyta za plecak, woli przesiedzieć ten czas na wyludnionym dworcu. Jest środek nocy, porządni ludzie śpią, nieporządni się kurwią. Mery jest elastyczna, pasuje do obydwu grup. Dworzec, kasy, perony. Znowu nie-miejsca. Nie uwierzą jej, kiedy powie, że w jeansy ma wetkniętą broń. Równie dobrze mogłaby legitymować się papierami arabskiej księżniczki, tak bardzo jest to dla wszystkich nieważne. Pani w kasie uśmiechnie się, trochę się wystraszy, ale jednak nie. Odpędzi od siebie tę wizję, przecież to niemożliwe, żeby takie rzeczy przytrafiły się właśnie jej. Taka młoda pinda, która w środku nocy może rozwalić jej łeb.

Mery staje więc na peronie. Przekracza białą linię, słyszy zapowiedź nadjeżdżającego pociągu. Kiwa się. Odwraca głowę, chce wiedzieć, czy patrzę. Dziwi się, że patrzę z tak bliska. Jeden ruch i zamknę cię w twoim nie-miejscu. Nie zdążysz krzyknąć, nie zdążysz złapać za słup.

Entliczek, pentliczek, zabił cię prawiczek,
mogłaś mnie pokochać, teraz martwaś locha.