Nie, Francja wcale na to nie zasłużyła. I wszyscy mamy prawo się bać

Bardzo, bardzo długo zwlekałam z tym wpisem. Jest niedziela, na pulpicie czeka gotowe „Podano do łóżka”, które szykuję dla Was co niedzielę. Ale opublikowanie go oznaczałoby, że nic się nie wydarzyło. Że mamy kolejną, normalną niedzielę. Nie mamy. Nie straciliśmy jej przez to, co stało się w piątek w Paryżu. Straciliśmy ją przez to, jak na tę tragedię zareagowaliśmy.

Nie zmieniłam zdjęcia profilowego, nie owlekłam go we francuską flagę. Tak, jak nie zrobiłam tego po zestrzeleniu rosyjskiego samolotu, którym z Sharm el-Sheikh do Sankt Petersburga leciało w październiku ponad 200 osób. Nie wiem, czy śledziliście wtedy media. W promieniu 5 kilometrów od wraku służby ratownicze odnajdowały kolejne ciała. Niektóre z nich były spalone. Nie przeżył nikt.

Nie rozumiem, dlaczego dzielimy tragedie na lepsze i gorsze. Na te warte uwagi i łatwe do przemilczenia. Dlaczego nie obchodziła nas tragedia Rosjan, a obchodzi modny i wielokulturowy Paryż. Nie jestem za ignorancją, a za uczciwością. Śmierć to śmierć, bez względu na współrzędne na mapie.

Chcecie jeszcze bardziej dosadnie? Wojna w Syrii trwa blisko 4,5 roku. Według statystyk z marca (a przypominam, że jest już listopad), zginęło w niej ponad 215 tysięcy osób, w tym ponad 66 tysięcy cywilów. Ile razy nad nimi zapłakaliście? To teraz pomyślcie, że Syria ma Paryż codziennie.

Boli Was to, że teraz uderzono w Wasz świat. Wojna jest dobra tak długo, jak długo toczy się gdzie indziej. Jak długo nie tłucze naszych filiżanek, nie rozlewa naszej kawy, nie przerywa naszych dyskusji o pasjonujących lekturach. Zabijać to my, a nie nas. Nie nasze dzieci, nie nasze kobiety ani nas samych. To ja Wam powiem, że każdy chciałby mieć spokojny i bezpieczny świat. Niezależnie od religii, koloru skóry czy narodowości.

Z przerażeniem śledziłam w piątek dane o zwiększającej się liczbie ofiar. Ten dzień nigdy nie powinien był się wydarzyć, a ludzie, którzy ponoszą za niego odpowiedzialność, dawno już wyzbyli się resztek człowieczeństwa. Ale w swoim smutku i złości pamiętajcie proszę, że nie działają w imieniu ogółu. Nie stawiajcie znaku równości między islamem a terroryzmem. Nie dajcie sobie też wmówić, że każdy uchodźca to terrorysta.

Uchodźcy to ludzie, którzy uciekają przed wojną. Których współbracia w wierze mordują tak samo, jak mordowaliby nas. Najgorsze, co możecie zrobić, to utożsamiać ze sobą te grupy. Karać tysiące bezradnych i przerażonych cywili za to, co wyprawiają dziesiątki wyszkolonych bandytów. Przyklaskiwać teoriom, że wszystkiemu winna polityka imigracyjna, a Francja sama na taki los sobie zasłużyła. Kiedy mignął mi wczoraj gdzieś tekst, opatrzony tytułem „Zdychaj, Francjo”, zrobiło mi się autentycznie niedobrze. Doskonale zdaję sobie sprawę z wielokulturowości tego państwa, ale jeśli ktoś z Was uważa, że oto ponieśli zasłużoną karę, to niech wyjdzie stąd teraz i to tak już na zawsze. Bo życzyć komuś podobnej tragedii i jeszcze mówić, że na nią zasłużył, to jak przybijać piątkę z terrorystą.

Poza tym przeświadczenie, że bez otwartych granic piątkowa sytuacja by do skutku nie doszła, to naiwność godna trzylatka. Terroryści dotarliby tam tak czy inaczej. Wie to każdy, kto widział, jak śmieszne są choćby kontrole na lotniskach. Czy mieliby powód? Tak, bo tak w ich mniemaniu działa prawo odwetu. A mścić na Europie naprawdę mają się za co.

Żebyśmy mieli jasność – ja nikogo nie usprawiedliwiam. Ja tylko proszę, byście kierowali swoją uwagę we właściwym kierunku. Są nam potrzebne większe środki ostrożności, prace nad poprawą bezpieczeństwa, zaostrzenie kontroli, zwłaszcza tych na granicach. A nie nienawiść, samozachwyt „a nie mówiłem” czy sarkazm.

Sama prychałam pod nosem na hasztagi #prayforparis, zalewające Facebooka zdjęcia wieży Eiffla czy francuskie flagi. Prychałam, bo nie ma we mnie zgody na wybiórczość we współczuciu. Nauczmy się każdą tragedię przeżywać tak samo, a nie ślepo iść za tym, co bardziej medialne. Mimo to nie mam pretensji do osób, które to zrobiły, bo każdy sposób jest dobry, by okazać solidarność. Co robicie w momencie żałoby? Ubieracie się przecież na czarno. Idziecie na pogrzeb, oddajecie hołd. To samo robią ludzie na całym świecie, okazując swoją niezgodę wobec tego, co się wydarzyło. Tak okazują swoje wsparcie dla rodzin ofiar. Co innego mogą zresztą zrobić?

Natomiast boli mnie rozłam, jaki się w nas dokonuje. Otóż jeden z najwybitniejszych polskich reportażystów, którego przecież podziwiam i szanuję, publikuje status: „Zgładzimy skurwysynów tym naszym świętym oburzeniem na fejsie”. Zdobywa prawie 1,5 tysiąca lajków. Jakiś lokalny polityk pisze, że oto „świat Zachodu wytoczył w walce z islamskim terroryzmem najstraszliwszą broń – zapalono lampki LED w trzech kolorach. Analitycy zachodnich rządów już dawno przeczuwali, że gdy tylko muzułmanie ujrzą kolorowe, energooszczędne światełka, zrozumieją swój błąd i przyłączą się do międzynarodowej walki z globalnym ociepleniem”. A ja mam jedno, bardzo wulgarne pytanie – panowie, na chuj?

Dajcie ludziom przeżywać tę tragedię i upamiętniać ją tak, jak chcą. I nie, nie ma racji bytu czepianie się ich pytaniem, czy na 11 listopada zmienili profilowe na to w barwach flagi polskiej. Jeśli nie potraficie sami okazać tej solidarności, nie podkopujcie jej. Nieważne, czy jest autentyczna czy napędzona medialnie. To, co nas gubi, to obojętność i przyzwolenie na zło.

Ja rozumiem, że wszystkich nas paraliżuje strach. Ale naszą nienawiść kierujemy w nieuzasadnionym kierunku – w nas samych, kłócąc się o to, ile warte są nowe profilowe czy Pałac Kultury i Nauki w wiadomym trójkolorze, a także w uchodźców, którzy zwykle tyle mają z terrorystami wspólnego, co my.

Chociaż bardzo bym chciała, nie umiem dzisiaj powiedzieć, że do otwarcia Europy byliśmy naprawdę gotowi. Pozwoliliśmy wpłynąć do niej ludziom, o których intencjach nie mieliśmy pojęcia. Ale zastanówmy się, ilu z nich przyjęło to jednak z wdzięcznością. Ilu uzyskało szanse na spokojne, stabilne życie, jakie dla nas jest przecież normą? A ilu to odrzuciło? I czy – nieprzyjęci drzwiami – nie dostaliby się do nas i oknem?

Tego, co nam dzisiaj trzeba, to rozsądek i zachowanie maksymalnej ostrożności. A nie rzucanie w siebie kamieniami, bo – jak pokazał nam piątek – jest już ktoś, kto nie zawaha się rzucić w nas drugi raz.

fot. stokpic.com