Najgorszy człowiek na świecie. Bo picie jest straszne i picie jest piękne

Na zdj. Bohater, fejsbukowe dziecko Małgorzaty Halber

Nie wiem, od czego zacząć. Standardowo zaczyna się tak: „mam na imię Krystyna, jestem alkoholiczką i narkomanką”. To bardzo chujowa formuła. Wszyscy musimy się jej nauczyć. To znaczy: nie wszyscy. Ci, którzy mają problem.

Tak zaczyna się „Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber. Książka, która może jest miejscami nierówna, która wymagałaby kilku stanowczych, redaktorskich cięć, ale która jest tak potrzebna i ważna, że bez oporów wpisałabym ją do kanonu lektur. Bo Halber mówi wprost, że można się w życiu zapędzić. Że można ulec potrzebie ciągłej fajności i w pewnym momencie obudzić się z myślą, że najprościej byłoby się schować pod kołdrę i popełnić tam samobójstwo.

Najgorszy człowiek na świecieTo, że jest to dziennik z czasów choroby – to jedno. To, że jest szczery, bezpretensjonalny, dosadny – to drugie. Niezaprzeczalnym jednak jego atutem jest dystans. Ogromny dystans, jaki mimo wszystko tej kobiecie udaje się mieć do siebie. To, co się dzieje w jej głowie, jak układa zdania, co i jak pisze – jest po prostu genialne. Aż chciałoby się rzecz: Królowo ciętej riposty, módl się za nami.

Zamiast recenzji, przed Wami 7 cytatów z książki wraz z komentarzem. Czyli 7 powodów, żeby jeszcze dzisiaj iść do Empiku i kupić własny egzemplarz „Najgorszego”. Gwarantuję, że złapie Was za gardło, a w finalnym zdaniu rozpieści i rozczuli.

 

Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego ludzie nie chodzą cały czas najebani (…). Myślałam sobie tak: Nie chcę być trzeźwa. Trzeźwość kojarzy mi się z nieustającą czujnością i napięciem, podczas gdy życzyłabym sobie z rozmachem mieć wszystko w dupie.

Krystyna nie rozumie. Nie rozumie, po co być trzeźwym, skoro można być ciągle naprutym. Przy udziale pierwszego lepszego monopolowego zafundować sobie kompletną zmianę stanu świadomości. Seans leczniczy lepszy niż w niejednym SPA. Kojący, regenerujący, odprężający. Pełna rewitalizacja, tylko zamiast gorących kamieni i masażu bańkami chińskimi masz sześć puszek po piwie – tym fajniejszych, jeśli wciąż są pełne.

 

Nie da się na dłuższą metę znieść tego, że trzeba cały czas być fajnym. To jest nieludzkie bardziej niż „Bravo”. I kiedy myślę o sobie, to chyba mnie to zwiodło ma manowce. W świecie ciętej riposty i getrów z H&M tak łatwo się zgubić.

Bo autentyczność wcale nie jest dobra. Może się okazać, że jesteś nudny i mało ciekawy, że nie interesujesz się tym, co jest właśnie modne, że nie masz w sobie tego czegoś, za co można Cię lubić. Jeżeli nie jesteś wystarczająco bystry, kreatywny i wyluzowany, nie masz czego szukać w świecie z wiecznym konkursem na ciętą ripostę. Krystyna to wie, więc regularnie doładowuje baterie. Alkohol, fajki, jointy. Jeden cel, a tak wiele środków.

 

Dla dziewczyny z prenumeratą „Przekroju”, co popija czekoladę w Czułym Barbarzyńcy, pójście do takiej przychodni jest jak wycieczka do Suwałk bez karty do bankomatu i majtek na zmianę.

Wiecie, jak wygląda alkoholik. Co przychodzi Wam na myśl? Brud, smród, bezdomność. Tymczasem Krystyna to piękność w cieniach od Diora, to prezenterka telewizji muzycznej, gwiazda ekranu. To ktoś, kto wymyka się stereotypowemu wizerunkowi pijaka. Ale mówi wprost: to było tak, że od zawsze wiedziałam, że lubię pić alkohol. Krystyna więc nie pasuje. Nie wygląda jak alkoholik, ale daleko jej też do wyfryzowanych dam. Czuje się, jakby ktoś wyciął ją z innego magazynu lajfstajlowego i ma w tym słuszność. Ale na terapię pójdzie, bo to jest tak, jakbyś szła do wróżki – płacisz stówkę za to, żeby przez godzinę było tylko o tobie. Oraz dlatego, że nie ma już wyjścia.

 

Wiedziałam tylko, że mam zacisnąć zęby. Że jak mnie zaczyna, dajmy na to, boleć palec u nogi, to nieważne, nieważne, inni mają gorzej, powstańcy chodzili kanałami i się nie skarżyli, więc idę dalej, nie, nawet nie idę, staram się biec, żeby udawać że mnie nie boli. I dopóki mi noga nie zacznie odpadać, to będę zapierdalała.

Krystyna nie wie, że może nie wyrabiać, bo nikt jej tego nie powiedział. Nie wie, że ma święte prawo sobie nie radzić. Że może czegoś nie chcieć, nie umieć, nie rozumieć. Zamiast walczyć o siebie, cierpi za miliony. I cierpieć będzie tak aż do momentu, w którym nie dojdzie do ściany. A jedną ze ścian będzie upicie się do tego stopnia, by stracić przytomność pod Pałacem Kultury, obudzić się w szpitalu i słuchać od pielęgniarki o pigułce gwałtu, którą najpewniej ktoś jej podał.

 

Mój chłopak mówi, że nie jestem gruba, a ja mówię, że jestem gruba. Rozmiar 36. Ale jak długo? Jestem przekonana, że kiedy nagle będę zmuszona sięgnąć po 38, nastąpi reakcja łańcuchowa, lawina, pojawi się 40, 42. Siedzę na kanapie w rozmiarze 36 i oglądam Ewę Drzyzgę, „po mojej ciąży mąż stracił zainteresowanie seksem, bo przytyłam dziesięć kilogramów”. I widzę siebie wśród tych kobiet.

To już nie jest zwykłe „mamo, ja się boję”. To paniczny lęk i wyrastająca na nim obsesja. Już nie tylko na punkcie własnego charakteru, talentów, osobowości. Ale także ciała. Bo ciało musi nadążać. Musi mieć rozmiar 36, bo wystarczy chwila nieuwagi, aby nastąpiła reakcja łańcuchowa. Ciało na bieżąco zresztą reaguje – opuchniętą twarzą, szarą cerą, wywiercającą Ci w mózgu potrzebą picia wciąż więcej i więcej. Reaguje także na brak.

 

Ponieważ w środku jesteś spiętym, wystraszonym ciałkiem, które wolałoby porozumiewać się z otoczeniem za pomocą dziwnych dźwięków, a nie zdań wielokrotnie złożonych z orzeczeniem, bo przecież słowa nie oddają stanów emocjonalnych i nie są zdolne wyrazić tego, co najważniejsze, oraz ponieważ nie za bardzo masz z kim podzielić się tą refleksją.

Bo nałóg bierze się z pustki. Tej, która kiełkuje Ci w środku i rośnie w Tobie jak balon. Nieważne, czy pijesz, ćpasz czy się kompulsywnie obżerasz. Nie wiesz, jak i komu miałbyś o tym powiedzieć, więc sięgasz po jedyny znany Ci środek. Mechanizm zabijania bólu jest zawsze ten sam. Skutek uboczny na plus: ta upragniona przez Ciebie zajebistość. Nagle stajesz się zabawny, atrakcyjny, wesoły. Krystyna powie wprost: Wychodziłam i nagle z osoby typu depresyjna nastolatka na czarno zamieniałam się w jakąś lwicę salonową, która przemawiała łaskawie i górnolotnie, i wszyscy myśleli, że jestem zarozumiała, podczas gdy ja w środku myślałam, że mnie nie ma w ogóle, ewentualnie szukam swojej matki gdzieś po łąkach i mam trzy lata. Bo nałóg jest też trochę jak żelazna dziewica – z zewnątrz robi Cię twardym, ale od środka wbija w Ciebie kolce.

 

Ponieważ gdybym miała pracować w biurze po osiem godzin dziennie przez pięć dni w tygodniu, czułabym się, jakby mnie życie zrobiło w chuja (…). Takie osoby po prostu nie miewają problemów z uzależnieniami, bo ich życie składa się z poniedziałku, wtorku, środy, czwartku, piątku, soboty i wyjścia do kościoła w nowych butach.

Ponieważ Krystyna ma lęk przed zwykłością. Przed biurem, garsonką, kompotem i schabowym. Krystyna lubi uciekać, ale nie tylko w głąb siebie. Ucieka w fajność, a fajność jest droga. Można być uśmiechniętą panią z telewizji, ale ceną jest anonimowość. Zostawiasz ją przed drzwiami studia niczym kurtkę w szatni. Ryzykujesz rozpoznawalność. Wystawiasz się na obstrzał. Ale Twoja dusza jest już spokojna, bo ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej się boi być nudna.

Tylko co, jeśli i to zawiedzie? Jeśli ta fajność to tylko wydmuszka? Krystyna znów wyzna: najbardziej się boję, że nie ma nic więcej. Że trzeba rano wstać, zjeść śniadanie, sprawdzić maile odruchowo, wsiąść w tramwaj 25, pojechać do korporacji medialnej, zobaczyć film na DVD, a wcześniej kupić lody śmietankowe Grycan.

A Ty wiesz, że jadłbyś z nią te lody i jadł.

Instagram