My name is Franek, her name is Jola. Mistrzyni disco, miss rock’n’rolla*

Na zdj. kadr z filmu „American Pie”, reż. Chris i Paul Weitz

– Jak ty się nazywasz? Jak mam do ciebie mówić?
– Jak chcesz. Najlepiej kochanie. Nie ma żadnej treści i można podłożyć pod każdą twarz. Możesz mówić kotku. Skarbie. Serce. Kurwo. Kurwiątko. Słoneczko. To też dobre, co? Najlepiej słoneczko. Poznaliśmy się w deszcz, więc na zasadzie tęsknoty.

Marek Hłasko, „Ósmy dzień tygodnia”

Dziś piątek, więc znowu rzecz o randeczkach. Bo jak czasem chodzicie na te randeczki, to mnie się zdaje, że niekoniecznie wiecie, o co właściwie w nich chodzi. Jak na przykład ta cała wymiana uprzejmości. Jesteście w klubie, głośno jak szlag. Muzyka gra, wynajdujecie kogoś, z kim fajnie by się było pobawić. Tańczycie, rozmawiacie, uwieszacie się czule na sobie albo kładziecie półprzytomnie łokcie na bar. I to jest całkiem fajne, tak sobie kogoś poznać i spędzać mile z nim czas.

Ale nie oszukujmy się. To historia rodem z Kopciuszka. Już za momencik cały czar pryśnie, karoca znów zmieni się w dynię, a Wy będziecie mieć problem, żeby nad ranem tę osobę pamiętać. Kolor jej oczu, jej włosów i to, w jaki sposób mówiła słowo „banan”. Ba, będzie całkiem spoko, jeżeli będziecie pamiętać jej płeć.

Więc po co ta kurtuazja? Po co pytania: jak masz na imię, co studiujesz, gdzie mieszkasz? Czy nosisz zielone swetry i którymi ulicami wyprowadzasz wieczorami psa? Czy naprawdę interesuje Was, jakiej słucha muzyki, czy kawę pije z mlekiem czy bez i po której stronie łóżka wygodniej jej się śpi? Idea wyjścia do klubu jest prosta. Zakłada przypadkowość, tymczasowość, ulotność. Nie idzie się tam szukać żony czy męża. Chyba, że cudzego, ale to zawsze jest pewne faux pas.

Nie wiem, dlaczego ludziom przychodzi do głowy, że tak to jakoś wypada. Nagle wszyscy są dobrze wychowani, pełni kultury i ogólnie pachnący Mentosem. A konwencja jest przecież jak budowa cepa, zdaje się, prosta – chcesz, to gadaj, chcesz, to tańcz. Ale nie pytaj o rzeczy, które zwyczajnie masz gdzieś. I nie opowiadaj rzeczy, które gdzieś mogą mieć inni.

Przecież tak dobrze jest się ze sobą pobawić. Potańczyć, pośmiać, powygłupiać. Wymienić pocałunek czy dwa. Zapalić papierosa, pomarznąć wspólnie na dworze. To wszystko ma swój czar i żal sprowadzać to do smutnego parteru. Opowiadać, jak to współlokator od tygodnia nie wynosi śmieci, matka ma pretensje, że ciągle grasz w gry, a pracę to masz do kitu. To wszystko jest wzruszające i na pewno dla Ciebie istotne, ale ta osóbka naprzeciw Ciebie nie po to leje w siebie drinki po dwie dyszki, żeby się takich rzeczy nasłuchać. Baw się, zamiast zmieniać wieczór w wizytę u terapeuty. Tańcz, zamiast ciągle gadać. Od rozmów masz przyjaciół i panie dzwoniące z promocją na komplet pościeli.

Bo czy naprawdę robi Ci wielką różnicę, czy to jest Gosia, Natalia czy Piotr? Czy telefon ma w Plusie czy w Play, skoro wiesz, że i tak nie zadzwonisz? Po co pytasz, którym wraca nocnym, jeśli nie zamierzasz jej odprowadzać? Życie to nie jest bajka, nie zgrywaj więc królewicza. Zwłaszcza, że nie przyjechałeś na białym koniu, a ona na trzeźwo może być brzydka jak smok.

*Jak ktoś nie wie, skąd tytuł, to tytuł jest stąd. Bo jak disco, to Franek Kimono, wiadomo.