My, dzieci z dworca „Daj mi”

Jesteśmy pokoleniem, które nic nie musi. Dziećmi, którym matki podpychały obiady pod nos, odrabiały za nie lekcje, opłacały studia. Których ojcowie nie znikali z domów, bo gdzieś za rogiem znowu toczyła się wojna, ale zarabiali ciężko te liche złotówki, żeby nam, młodym, żyło się lepiej.

Pochodzimy z domów, w których nigdy nie brakowało jedzenia. Mieliśmy ładne ubrania i kolorowe zabawki i chociaż na komunię dostawaliśmy złote łańcuszki zamiast iPadów i dronów, to jesteśmy pokoleniem szczęśliwym, które wie, jak smakuje wolny czas, kiedy spędza się go z kolegami na podwórku.

Problem w tym, że trzymani byliśmy przy tym pod kloszem. Przyzwyczajeni do wyciągania ręki, wciąż chcemy więcej i więcej. Jesteśmy nieposłuszni, niepokorni i roszczeniowi. Niczego nie dajemy, a wymagamy od innych. Oczywiste jest dla nas, że to rodzice zapłacą nam za edukację i wynajem stancji, a praca po studiach znajdzie nas sama.

Ostatnia historia z Komorowskim po raz kolejny potwierdza tę tezę i obnaża głupotę już nie tylko starych, którą tłumaczyć by można roboczogodzinami spędzanymi przed kolejnymi paradokumentami z logo TVN, ale i młodych, którzy oto dziarsko wychodzą przed szereg i buńczucznie zadają prezydentowi pytanie: jak kupić mieszkanie, zarabiając dwa tysiące złotych.

Więc ja się pytam: a dlaczego na starcie swojej zawodowej drogi oczekujesz posady za Bóg wie ile miesięcznie, najlepiej z umową o pracę, od razu na czas nieokreślony? Od kiedy cierpliwość stała się towarem deficytowym, a wszystkim od razu należy się fotel prezesa?

Postawa „daj mi” jest najgłupszą, jaką można sobie wyobrazić. Odbija się bowiem o mur pytania: „a dlaczego miałbym”? Nie wiem, skąd młodym przychodzi do głowy, że mieszkania i świetne posady miałyby spadać im z nieba. Życie pokazuje przecież, że jedyne, co spada z nieba, to deszcz, śnieg oraz ptasie gówno.

W porywach także samoloty.

Teraz natomiast wszyscy się oburzyli, bo jak prezydent mógł odpowiedzieć komuś, niech zmieni pracę i weźmie kredyt. A przecież to najsensowniejsza odpowiedź, jakiej można było udzielić! Nie masz pieniędzy? A co robisz, żeby je mieć? Zapieprzasz po nocach, kując na kolejnych studiach, dokształcasz się, robisz dodatkowe kursy? Wysyłasz CV po innych firmach, bierzesz pod uwagę przeprowadzkę do większego miasta? Nie. Zamiast tego siedzisz i czekasz z założonymi rękami, aż ktoś przyjdzie i Ci da, jak matka schabowego na niedzielny obiad. Tymczasem za darmo w dzisiejszych czasach nie dostaje się nic – nawet na wpierdol trzeba zwykle zasłużyć.

Nie zrozumcie mnie źle – to, co myślę o Komorowskim czy o sytuacji w kraju w ogóle, to zupełnie inna rzecz. Tu i teraz rozmawiamy o tym, jakie podejście mają młodzi. Serio, w wieku 20, 30 lat chcieć mieć własne mieszkanie? A po co? Żeby spłacać je później przez 30 lat? Ok, jak lubicie, to bawcie się i tak. Ale nie zadawajcie tępych pytań do rządzących albo przynajmniej nie obrażajcie się, jak raz Wam odpowiedzą uczciwie.

Wszyscy oburzają się na kolejną wpadkę Komorowskiego. A ja się pytam: jaką wpadkę? Pewnie, że z wizerunkowego punktu widzenia nie popisał się wcale, że dyplomacji w tej wypowiedzi nie było za grosz i wystawił się na lincz ze strony ciemnego ludu. Ale po raz kolejny dowodzi to smutnej prawdy, że my nie chcemy, żeby mówić do nas szczerze. Nikt przecież nie zainteresowałby się odpowiedzią, gdyby padła kolejna przedwyborcza obietnica, która nigdy nie zostanie spełniona. Gdyby skłamał mówiąc, że mieszkania będą i – choć wszyscy wiedzielibyśmy, że będzie to co najwyżej piątek po czwartku – to i tak nikt by się nawet nie zająknął.

Zamiast tego dostaliśmy coś, do czego politycy nas nie przyzwyczaili – prawdę. Grubo ciosaną, trzaśniętą nam między oczy, bolesną. I to wywołało w nas gniew. O, biedny ludu! I nikt słowem nie piśnie, że prowokacja tania, a młodzieniec, który ją uskutecznia, najpewniej ani złotówki w swoim życiu sam jeszcze nie zarobił. To cudne, że tak martwi go los siostry, która trzy lata nie mogła znaleźć pracy, ale ja się pytam – jak to jest, u licha, możliwe?

Nikt z nas nie musi mieć od razu pracy marzeń. Idziesz tam, gdzie w ogóle płacą, a po odbębnieniu tych 8h każdego dnia stajesz na głowie, żeby podwyższyć swoje kwalifikacje i za chwilę wystartować na ambitniejsze posady. Jeśli hrabina siedziała natomiast i swoją aktywność na rynku pracy ograniczała do masowo wysyłanego CV, to dyskutować nie mamy raczej o czym.

Jak dla mnie, można było odpowiedzieć młodzieńcowi jeszcze bardziej dosadnie: że żeby do czegoś dojść, trzeba zapierdalać. Niestety, większość z nas zapierdol to ma co najwyżej na fejsie.