Moja karta nigdy nie była tak czysta, moja walizka nigdy nie była tak lekka

Na zdj. kadr z filmu „W drodze”, reż. Walter Salles

Pragnąłem wracać do miejsc, które się nie zmieniają. Żeby wszystko czekało na mnie jak zastygłe. Chciałem powracać do własnych uczuć, tak jak powraca się do pierwszej miłości. Nigdy się to nie udawało, ale zawsze próbowałem.

Andrzej Stasiuk, „Dziennik pisany później”

To taka naiwność. Myśleć, że rzeczy się nie zmieniają. Że my się nie zmieniamy. Że dane nam może być przeżywanie tych samych uczuć, w tych samych miejscach.

Że jesteśmy w stanie wrócić po latach do domu i myśleć, że nadal ucieszy nas kupująca nam skarpety matka. Że znowu będziemy mogli położyć się do łóżka, a ona otuli nas kołdrą i zrobi nam palcem na czole rytualny, niewidzialny znak krzyża. Powie, że zaraz brzuszek przestanie boleć i on faktycznie, jak zaczarowany, boleć po chwili przestanie.

To smutne, że niektóre rzeczy możemy przeżywać tylko raz. Że na próżno szukać w nich później tej radości, którą dawały nam na początku. Mam tak na przykład z Wrocławiem. Długo, długo zabierałam się do tego, żeby stamtąd wyjechać. Udało się na niemal rok. Wróciłam, nabrałam dystansu. Ale nie zachwyciłam się nim już ani razu. Odwiedzam stare, niegdyś hołubione miejsca. Piję ulubioną kawę, chodzę na ulubione lody (kocham cię, mięto z czekoladą). Zatapiam się w bibliotekach, rozgaszczam w czytelniach. Tylko w środku odbija się echo.

Nauczyłam się nie przywiązywać do miejsc. Mieszkam w ósmym z rzędu mieszkaniu (nie licząc dwóch domów rodzinnych). Sześć w czasie ośmiu lat studiów, dwa kolejne w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Nie zadamawiam się. Raczej wywożę rzeczy, niż je przywożę. Chcę, żeby moja walizka była coraz lżejsza. Żeby dało się zapakować to wszystko do auta na raz, nie, jak dawniej, na dwa. Nie chcę u nogi kotwicy ze stali. Najwyżej taką z żelków Haribo.

Chcę, żeby było mi w życiu lżej, ale nie w żadnym tam metafizycznym sensie. Nie chcę płacić w samolotach za nadbagaż. Zastanawiać się, czy zmieszczę czterdzieści pięć bluzek. Czy moja walizka przejdzie kontrolę.

Nie kupuję już rzeczy na spółę. Nie chcę rozmawiać o tym, kto zabierze żelazko. Czy potrzebna mi gofrownica i które z nas bardziej lubi przypieczone tosty. Nie chcę znosić po schodach większego od siebie lustra, dźwigać dwunastu kartonów z książkami. Nie chcę budować domu, który później tak boleśnie przyjdzie mi znowu rozbierać.

Nie chcę wracać później do tych miejsc, zaglądać do szaf, szukać zapachów, które zostawiły po sobie nasze ubrania. Nie chcę głaskać parapetów, otwierać okien, przeglądać się w lustrach i widzieć obejmujących mnie czule ramion. Przypominać sobie, na której ze ścian się kochaliśmy, i kto częściej mówił, że nie zamierza zmywać podłogi.

Nie chcę odtwarzać zdarzeń, nie wierzę w recyklingi uczuć.