Międzynarodowy Dzień Szczęścia? Tym razem nie otwieram szampana

Na zdj. kadr z filmu „Droga do szczęścia”, reż. Sam Mendes

Nawet bajki kończą się owym „żyli długo i szczęśliwie”. Długo i szczęśliwie, czyli tak nudno, że nie ma o czym pisać.

Marta Fox, „Kobieta zaklęta w kamień”

No to dzisiaj, proszę Państwa, obchodzimy Międzynarodowy Dzień Szczęścia. Nie wiem, jak Wy, ale ja obchodzę go raczej szerokim łukiem. Jakoś tak się dzieje ostatnio, że karma się zapomniała i zamiast podrapać czasem za uszkiem, to nieustannie daje mi w pysk. Ale nie ma co ponad normę się mazać, bo każdy cios poprawia ukrwienie w okolicach szczęki i ogólnie się człowiek zaprawia.

Dla tych, którzy takie banały również mają w głębokim poważaniu, mam informację zastępczą. Że dziś jest Światowy Dzień Wróbla. Można gardzić szczęściem, ale takim wróblem już lepiej nie. Ale dzisiaj nie będziemy się zajmować wróblami. Dzisiaj zajmiemy się pochwałą nieszczęścia, bo to wcale nie jest takie złe.

Miałam kiedyś fantastyczną rozmowę z Januszem Leonem Wiśniewskim. Fantastyczną, ponieważ udało mi się zachować klasę oraz ogólnie świeżość umysłu, chociaż byłam na takim kacu, że mogłabym nim obdzielić dwa koczowiska romskie. Nie, żebym niepoważnie podchodziła do takich wywiadów, ale tak się jakoś złożyło, że dzień wcześniej mieliśmy wyjazd integracyjny w klimacie prohibicji, znaczy frędzle, sznury pereł i chłopaki z cygarami w zębach. I wtedy zwyczajnie trzeba było pić.

Poza tym tak się jakoś złożyło, że to był piątek, a przecież nawet w Piśmie widnieje, abyś dzień święty święcił. Więc święciliśmy do granic człowieczeństwa, a potem przyszła sobota. Dzień, kiedy wszystko, co możesz zrobić dla świata, to wstawić pranie, wciągnąć pomarańczkę oraz wylegiwać się brzuszkiem do góry. Tak się jednak złożyło, że on, to jest Janusz, był wtedy dostępny, a dostąpić zaszczytu wywiadu z Januszem to jak dotknąć troszeczkę Boga.

I kiedy pojechałam tam, i on patrzył na mnie tym swoim wzrokiem, a ja utwierdzałam się w przekonaniu, że dojrzały mężczyzna to najseksowniejszy mężczyzna, padło jedno, bardzo intrygujące zdanie. A mianowicie, że szczęście to nuda. Że dlatego w tych jego książkach tyle niepowodzeń i sporych dramatów, bo książka o szczęściu mogłaby mieć trzy strony, na czwartej zaczęlibyśmy ziewać. Bo szczęście jest miałkie i jednostajne. Ciepłe i miłe, ale niczego do życia nie wnosi. Że emocje są znacznie silniejsze, zmysły bardziej wyostrzone, kiedy w naszym życiu dzieje się jednak źle.

I ja sobie myślę, że jest to pewna pociecha. Że może brak szczęścia ma takie synonimy jak rozpacz i desperacja, ale nigdy nie nuda. Może warto tak na to popatrzeć? Niech dzieje się źle, ale niech się dzieje. Na kapcie i miłość przyjdzie jeszcze czas.