Krew, pot i łzy. Bo dobrze jest chcieć więcej

Na zdj. kadr z filmu „Fight Club”, reż. David Fincher

Biegłem. Biegłem, aż moje mięśnie zaczęły palić, a w moich żyłach począł płynąć kwas. A potem pobiegłem jeszcze trochę.

Jest taka teoria, która mówi, że dobrze jest wyznaczać sobie małe cele. Taki minimalny plan, najlepiej na każdy dzień. Bo jeśli niewiele będzie w nim punktów, jest większa szansa na to, że uda nam się go zrealizować. A stąd już tylko krok do satysfakcji i samozadowolenia. Plany na sobotę: sprzątnięcie mieszkania, zrobienie 100 pompek, wieczorne wyjście na miasto? Zgodnie z proponowaną metodą, weź prysznic, zawsze to jakiś sukces.

Dziś razem z Tylerem spróbujemy przekonać Cię, że taki sukces to żaden sukces. Że zawsze należy chcieć więcej. Więcej od siebie wymagać i więcej z siebie dawać. Że prawdziwa satysfakcja nie wynika z realizacji celu, ale z wytrwałości w dążeniu do niego. Że naprawdę nie chodzi o to, żeby złapać króliczka. Ale by gonić go tak mocno, by duma rozpierała Ci pierś.

Może najpierw dosłownie – lubisz sobie pobiegać? Ja lubię. Ale podchodziłam do tego jak do jeża, bo sport w moim domu to raczej rzadkość, a jedyny maraton odbywa się na trasie tapczan-lodówka. Założyłam, że przez pierwszy miesiąc będę biec po trzy kilometry. Niewiele, w sam raz na rozgrzewkę.

Było ok pierwszy raz i drugi. Nawet dziesiąty było jeszcze ok. Ale przy jedenastym zaczęłam się nudzić. Kontemplować szorstkość opaski, podziwiać napisy na murach. Ile razy mogłam się cieszyć, że przebiegłam zamierzone trzy kilometry? Więc pomyślałam: spróbuj pobiec pięć.

Pobiegłam, chociaż wcale nie chciałam. Setki razy przebiegała mi przez głowę myśl, że przecież odpuść, przecież zrobiłaś już swoje. Po co się męczyć, przecież sapiesz już jak lokomotywa, a jutro będą boleć cię nogi. Ale nie odpuściłam, chociaż faktycznie bolały. I był to jeden z najmilszych bólów świata.

Przypomnij sobie, jaka to frajda, pokonywać własne słabości. Jak fajnie było mieć te kilka lat i dzielnie wejść do piwnicy, chociaż panicznie bało się ciemności. Jaki to był sukces, gdy ze znienawidzonej matmy wpadła wreszcie piątka, chociaż zwykle zdarzały się co najwyżej trójki.

Plan minimalny to nie jest zły plan. Jest tylko trochę wybrakowany – właśnie o te emocje, jakie daje przekraczanie siebie. Przebiegnięcie jeszcze kilometra, jeszcze dwóch. Zrób sto brzuszków. Za dużo, czujesz już ból? To jeszcze dziesięć. Albo dwadzieścia. Słowo, że frajda będzie większa. I jeszcze bardziej polubisz siebie.