Kogo kocham, kogo lubię, czyli rzecz o dwóch miłościach

Na zdj. kadr z filmu „Sierpień w hrabstwie Osage”, reż. John Wells

Ojczyzna to nie po prostu miejsce urodzenia, prawdziwa ojczyzna to miejsce zdolne cię zabijać nawet na odległość, podobnie jak matka powoli i nieodwracalnie zabija dorosłe dziecko, trzymając je przy sobie, krępując każdy jego ruch i myśl, swoją omotującą obecnością.

Oksana Zabużko, „Badania terenowe nad ukraińskim seksem”

Czasem wydaje mi się, że są na świecie dwie tylko naprawdę trudne miłości: miłość do matki i miłość do ojczyzny. Ze wszystkimi innymi jesteśmy w stanie sobie poradzić. Czasem może nas to kosztować mniej lub więcej butelek wina, ale jakoś te wszystkie dramaty da się jednak obejść. Natomiast kochać matkę i kochać swój kraj to sprawa już raczej niełatwa.

Zacznijmy od kraju. Nie wiem, jak macie z patriotyzmem, ale ja wolałabym mieć go w sobie mniej. Wiecie, czuć się obywatelem świata, zwijać po europejskich stolicach, w Polsce od niechcenia przepakowywać walizki. Jak Szczepan Twardoch rzucić srogie „pierdol się, Polsko” i obrazić na ten niewdzięczny kraj. Bo bycie tutaj mnie boli. Boli mnie tutejsza kultura, mentalność, poziom życia. Nadmiar kompleksów, brak kasy i klasy. Ilekroć wyjeżdżam, boli mnie później wracanie. To uczucie, kiedy wstajesz rano, a za oknem Polska.

A jednocześnie nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej. Przez kilka tygodni, miesięcy – i owszem. W porywach rok, dwa. Ale zostać? Nie wrócić? Jestem z tego pokolenia, które śpiewało hymn na stojąco i dalej się wzrusza, ilekroć go słyszy. Nie jaram się polityką, nie wywieszam flagi w narodowe święta. Ale gdzieś tam, jednak, uwielbiam ten popaprany kraj. Może to jak z dzieckiem, które lgnie do matki, chociaż ona je bije. A Polska, jeśli bije, to hardo. Nawet nie ręką, prędzej od razu kablem od żelazka.

Podobnie bywa z matkami. Zwłaszcza, jeśli jest się córką, nie synem. U mnie etap rozłąki wyglądał raczej boleśnie. Wyprowadzka na studia, lament, jedyne dziecko. Kilka telefonów dziennie. Zjadłaś śniadanie? Pada? Nie pada? Zjadłaś obiad? Jak na zajęciach? Kupiłaś buty? Jesz jakieś owoce?

Są jednak rzeczy, których wyprostować się nie da. Jest taki ładny cytat w „Ojcu chrzestnym”, że matki są jak policjanci; zawsze wierzą w najgorsze. Jedni mówią na to przezorność, choć dla mnie czasem to zwyczajna przesada. Nie wychodź nocą, bo Cię ktoś napadnie. Nie rób tatuażu, bo dostaniesz raka. Nie wychodź na basen, bo z mokrą głową łatwiej się przeziębić. Krótko mówiąc: życie jako zagrożenie życia.

Miłość to zresztą tym trudniejsza, że matka to zwykle istota wtrącająca się. Taka, która wie wszystko najlepiej. Która zna jedyny słuszny sposób rozwieszania skarpetek na grzejnikach, wszystkie potrawy doprawia lepiej od Ciebie i po umyciu kilkunastu okien w dwupiętrowym domu i tak Ci rzuci, że jak miałaś tak je myć, to lepiej było w ogóle nie ruszać.

Ale to matka jest. Z nią się nie dyskutuje, ją się kocha i wiele się jej wybacza.

No i dzisiaj to święto. Wy też bądźcie dziś milsi. Na fochy zostają 364 inne dni tego roku.