Kochajmy się, czyli kiedy jesteśmy gotowi do miłości?

Na zdj. kadr z filmu „500 dni miłości”, reż. Marc Webb

Po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się, zapomina i nawet nie czuje, że zimno, bo zapomniał, co to jest ciepło.

William Faulkner, „Dzikie palmy”

Bardzo lubię, kiedy piszecie do mnie wiadomości, podrzucacie cytaty, mówicie, że jest fajnie, a nawet, że coś zjebałam. Ze wszystkim tym radzę sobie nieźle i niezmiennie czyni to każdy mój dzień lepszym, choć czasem sprawiacie mi kłopot, na przykład taki jak ten.

Kojarzycie piosenkę? Było o niej głośno przy okazji tej akcji. I z niej pochodzi taki ładny cytat, podesłany mi przez jedną z dziewczyn:

But if you’re not ready for love
How can you be ready for life?

I przyznaję, że pozostawił mnie skrajnie bezradną.

Jezu, nie wiem. Piosenki mogłabym słuchać w kółko, ale odpowiedzi jak nie było, tak nie ma. Pięknie było jej początkowo przyklasnąć i oburzyć się, że jak to, można nie być gotowym na miłość? Że faktycznie, znaczyć by to miało, że nie jest się gotowym do życia. Że sieroctwo, niezdarność, dziecinada i wstyd na dzielni. Że nic, tylko usiąść w kącie i czekać, aż z nieba spadnie grom albo z włazów kanalizacyjnych zaczną wyczołgiwać się zombie.

Ale teraz myślę, że to jest całkiem ok. Nie być gotowym, by kochać. I wcale nie musi to czynić nas gorszymi, wykluczać z pozostałych dziedzin życia. Doba to nie jest gumka od majtek, tego się nie rozciągnie, tam można nie mieć gdzie wepchnąć miłości. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że wszystko jest kwestią priorytetów i jasne, że miał wtedy rację. Ale jeśli miłość nie plasuje się w ścisłej czołówce? Jeśli pierwsze miejsca obsadzone są już przez pracę, pasję, przyjaciół? Każdy ma prawo wyboru i nie oznacza to, że na cokolwiek nie jest jeszcze gotowy.

Zresztą, życie to nie jest akcja zbrojna, żeby pozostawać do czegoś w gotowości. A nawet, jeśli. Mogę nie być gotowa na to, by w samo południe wyjść z domu bez makijażu albo zrobić fikołka przez płonące hula hop. Ale nie być gotowym na miłość? A jak to jest być gotowym? Czy przed użyciem trzeba sobą wstrząsnąć?

Chociaż! W czasach, kiedy Dorota Masłowska była jeszcze brzydka, ale pisała za to dobre książki, w „Pawiu królowej” zawarła piękny opis bohaterki, która siedziała wieczorami w oknie PCV plastikowym, w pozycji gotowości gotowa do miłości. No ale nie o taką miłość tam raczej chodziło.

A może to rzeczywiście jest tak, że każda wymówka jest dobra? Że tłumaczenie się brakiem czasu czy ochoty jest tylko zwykłym tchórzostwem? Że wszyscy chcielibyśmy już jakiejś miłości, tylko nie bardzo jest z kim albo nie bardzo wiadomo, jak?

Ale wtedy wpadam na słowa takie, jak te. Że po jakimś czasie człowiek przyzwyczaja się, zapomina i nawet nie czuje, że zimno, bo zapomniał, co to jest ciepło. I wtedy sama już nie wiem. Może niezaspokajane potrzeby zwyczajnie znikają? Albo idą spać. Jak na zimę niedźwiedź brunatny albo ja w okolicach piątej nad ranem.

Nie pamiętam, co to była miłość, ani jak się ją wtedy robiło. Dlatego nie wiem, czy potrzebuję jej dzisiaj. To nie jest jazda na rowerze, tego autentycznie się zapomina. I z każdym wciąż trzeba się jej uczyć od nowa. Może to zatem nie kwestia gotowości, tylko zwyczajnie, po prostu, lenistwa?

A skoro już tak nic nie wiem, to podrzucę Wam chociaż piosenkę.