Kobieta jest teatrem, czyli kilka słów o pięknie i makijażu

Na zdj. kadr z filmu „Parnassus”, reż. Terry Gilliam

Nie tykać kobiet; świeżo malowane.

Honore de Balzac, „Komedia ludzka”

Dzisiaj jest sobota, a jak jest sobota, to trzeba wyglądać pięknie. Bo albo się idzie na miasto i zdobywa serca przechodniów, albo świętuje z mężczyzną w domu, urządzając romantyczne kolacje. Oczywiście możliwości jest więcej, ale pisanie o nich musielibyśmy odłożyć do godziny 22, a nikt tyle na wpisik czekać przecież nie będzie.

Więc kiedy kobieta chce wyglądać pięknie, to zwykle robi makijaż. Bardziej lub mniej subtelny, to już zupełnie nieważne. Ale tak bardzo oswoiłyśmy się już z tym malowaniem, że czasem niepodobna wyjść bez niego po bułki. Bo nam źle, bo czujemy się gołe. Bo matka pyta, czy nie jesteśmy chore, albo sąsiad, czy w domu coś nam nie zdechło.

Ale ważne jest, żeby zachować w tym wszystkim umiar. Bo wiecie, mieszkałam kiedyś z dziewczyną, która była piękna, do tego w sposób totalny. Boskie ciało, bujne, błyszczące włosy, regularne rysy. Mimo to – pełna kompleksów. Do tego stopnia, że nie podbudowywał jej nawet fakt bycia modelką. Wiecie, to ten typ, który ciągle wymaga od siebie więcej i sam najlepiej wszystko wie. Faceci mogli się za nią uganiać, dziewczyny szczerze jej nienawidzić, a ona i tak nie rozumiała, dlaczego.

Roboczo nazwijmy ją Basią. Więc Basia miała zasadę, że jak sypiała z chłopcami, to rano wstawała przed nimi. Nieważne, o której wrócili z imprezy, budzik musiał być nastawiony. Bo przecież trzeba cichutko wymknąć się z łóżka, wziąć kąpiel, ułożyć włosy i perfekcyjnie się pomalować. I gdyby jeszcze w tym rozpędzie robiła im czule śniadania i wołała ich, taka piękna, do stołu, to może bym zrozumiała. Ale Basia wślizgiwała się z powrotem pod kołdrę i leżała potulnie jak trusia. Czekała, aż panicz się wreszcie obudzi, a potem obudzi ją, przekonany, że oto naturalna piękność spoczywa u jego boku.

Ja rozumiem, że to taka potrzeba, chcieć czuć się pięknie i wyjątkowo. Że po nocy, zwłaszcza intensywnej, człowiek nie wygląda najlepiej. Tusz rozmazany, oczy jak panda, włos każdy w inną stronę. Ale żeby odstawiać tę szopkę? Malować się, zanim on wstanie? Przecież szczytem osiągnięć na kacu powinno być wzięcie prysznica.

I pewnie nadal dziwiłabym się temu i przyglądała z naiwnością dziecka, gdyby mi ktoś kiedyś nie uświadomił, że kobieta jest jednak teatrem. Że uwielbia te wszystkie codzienne rytuały, to strojenie, malowanie, przywdziewanie masek. Że bycie naturalną nie leży w jej naturze, bo naturalność już z założenia bywa ułomna. Makijaż jest po to, by tę ułomność tuszować.

Oczywiście są kobiety, które tę całą maskaradę zwyczajnie mają sobie w nosie. Które wyznają jedną, prostą zasadę – nie podoba Ci się, to nie patrz. I to też jest całkiem rozsądne. A nawet bardziej bezpieczne. Bo przecież w końcu zdarzy się, że to on wstanie pierwszy rano. Spojrzy na nią, a na jej twarzy nie będzie make-upu.

Może nie wyskoczy jednak oknem. Może w pokoju nie będzie okna.